28.02.2005: Bendyk: Cool Polonia

Z radością obserwuję, jak Edwin Bendyk formułuje i rozwija swoją wizję nowej i nowoczesnej, skierowanej ku przyszłości Polski – tym razem czyni to na łamach “Polityki” w tekście Cool Polonia. Bendyk moim zdaniem potrafi najlepiej przełożyć trendy z globalnej cyfrowej rzeczywistości na polski kontekst, budując pomosty między zacofaną, w końcu i niestety, Polską, i cyfrową, informacyjną rzeczywistością, która nas otacza. Jesteśmy, pisze Bendyk, niczym sportowiec goniący żółwia w paradoksie Zenona z Elei, bowiem kapitalizm i demokratyczne społeczeństwo, które potrafiliśmy sobie wyobrazić w 1989 roku nie miało żadnego związku z rzeczywistością, w której

“Świat włączył turbodoładowanie i z impetem wkroczył w epokę poprzemysłową, z gospodarką opartą na wiedzy, informacji, twórczości, w której dominującą rolę w tworzeniu bogactwa ma wytwarzanie i ochrona własności intelektualnej.”

Czytając to przypomniał mi się wykład węgierskiego eksperta od polityki informacyjnej państwa i ochrony danych osobistych, który opisywał jak w 1989 roku istniała grupa działaczy, którzy już kilka lat wcześniej zaczęli przygotowywać się do tego zadania, typowego wyzwania ery cyfrowej. Mam wrażenie, że w Polsce takiego myślenia w dużej mierze zabrakło.

W tekście Bendyk nawiązuje do projektu “Cool Britania” realizowanego przez rząd Blaira, zarysowuje wizję polskiej klasy twórczej i stwierdza, że jedyną nadzieją na jej powstanie jest wykrystalizowanie się nowej lewicy, będąca alternatywą zarówno dla cynicznych postkomunistów jak i skierowanej wyłącznie ku przeszłości prawicy.

Bendyk sugeruje, że sednem sprawy jest wyleczenie dotykającej nas ślepoty, związanej jak sądzę z wiarą w polską wyjątkowość. Ta wyjątkowość przekłada się romantyczne przeświadczenie o polskiej wyjątkowości, ale także często mantrowane stwierdzenie, że “Polska to nie Ameryka”, “Polska to nie Zachód”, my mamy własne problemy. To z niego wynika zarówno powszechny brak zainteresowania nowymi mediami i nowymi technologiami, jak i wygłaszany przez niektórych pogląd, że Polacy innym krajom pomagać nie muszą, bo mają dość własnych problemów. Bendyk dotyka sedna całej sprawy pisząc:

“Możemy powiedzieć, że nasza chata z kraja, że mamy inne ważniejsze problemy niż mieszkańcy bogatszego Zachodu. Czyżby? A może właśnie nasze problemy wynikają z nieumiejętności uporania się z prawdziwymi wyzwaniami teraźniejszości i przyszłości? Czy nawet jeśli zdekomunizujemy i zlustrujemy Polskę do trzeciego pokolenia, poprawi się jakość naszej administracji rządowej i samorządowej, kraj pokryje się autostradami i szybkimi sieciami teleinformatycznymi, a bezrobocie spadnie do jednocyfrowego poziomu?”

W jednej sprawie nie do końca się z Bendykiem zgadzam – nie wiem czy rozwiązaniem jest nowa lewica, rozumiana jako partia. Politycy bowiem w Polsce w pewien sposób zajmują się problemami informacyjnego i innowacyjnego społeczeństwa – istniejące w Polsce partie zajmują się na przykład problemem patentowania programów komputerowych. 30,000 osób stwierdziło “Thank you, Poland” po tym, jak przedstawiciel polskiego rządu storpedował próbę przepchniecia patentów na programowanie w Unii Europejskiej. Historia z patentami mogłaby stać się wydarzeniem przełomowym sybmolizującym nową Polskę. Mogłaby być zaczynem nowego mitu narodowego Polski przyszłości. Tymczasem mam wrażenie, że problem patentów dotyczy wąskiego grona polityków, działaczy i geeków – nie widać jednak zaczynu szerszego ruchu społecznego czy kulturowego. Klasa twórcza, jeśli taka istnieje, milczy, społeczeństwo nie jest zaangażowane. Niewielka grupka działaczy i technokratów jest w stanie osiągać konkretne efekty, takie jak blokada patentów na programowanie, ale jak na razie nie jest zdolna spowodować – koniecznej – zmiany zbiorowej tożsamości. Tak więc nowa lewica, jeśli miałaby być skuteczna, musiałaby być ruchem edukacyjnym i kulturowym, a nie tylko partią polityczną. W innym tekście, Antymatrix. Epilog II z najnowszej Krytyki Politycznej (uwaga: redakcja niestety postanowiła uciąć tekst w połowie) Bendyk pisze o znaczeniu solidarności społecznej jako siły przezwyciężającej nierówności ery cyfrowej.

Znaczenie solidarności społecznej, troskę o innych i wyzwania społeczeństwa informacji w jednym, świetnym wywodzie przeanalizował Jacek Kuroń w napisanej przed śmiercią książce Rzeczpospolita dla moich wnuków. Książka ta powinna być literaturą obowiązkową dla wszystkich cool Polaków.

Posted by alek at 12:28 | Comments (0)

Meatball wiki to społeczność, która od kilku lat z pomocą wiki tworzy wielki zasób wiedzy, który trudno właściwie zaszufladkować. Nasuwają się skojarzenia z francuskimi Encyklopedystami, autorzy Meatball określają siebie jako “społeczność społeczności, interspołeczność lub metaspołeczność” zajmującą się kulturą online, w szczególności powstawaniem grup. Prosperujące wiki szybko nabierają objętości, jakby tekst był produktem ubocznym ich życia, produktem, od którego zależy trwanie społeczności, a nie który jest efektem końcowym jej pracy. Rok temu treść wiki liczyła 2500 standaryzowanych stron, jest tego dużo.

Opanowanie tej treści jest zadaniem niebanalnym. Nowoprzybyły na Meatball praktycznie nie ma szans ogarnąć materiału. Jednak najwyraźniej i członkowie mają kłopoty, skoro na samym czubku strony “recent changes”, używanej do śledzenia aktualizacji wiki znajduje się link do “losowej strony” z komentarzem:

“Czytaj jedną dziennie, by przypomnieć sobie, co zapomniałeś”.

Jak sądzę jest to jeszcze jeden, skazany raczej na niepowodzenie, wysiłek aby pozostać na czubku zalewającej nas fali wiedzy. Boję się, że niedługo wszyscy będziemy gonić w piętkę. Del.icio.us wydawał się być lepszy od Google, gdyż z jego pomocą tworzyłem osobistą kolekcję linków, przydatnych na przyszłość. Teraz, gdy niektóre kategorie zaczynają pęcznieć, będę niedługo potrzebował wyszukiwarki, by odnaleźć odpowiednią pozycję we własnej liście. Przykład może banalny, ale dowodzi, że internauta może się łatwo uwikłać w informacyjny wyścig zbrojeń.

Posted by alek at 11:16 | Comments (1)

27.02.2005: Autorem najlepszego bloga na świecie jest gazeta.

Relacje świata blogów i świata komercyjnej prasy to temat rzeka, który wykracza poza sensacyjne doniesienia typu: Blogi przyczyną dymisji szefa newsów CNN (link pewnie niedługo przestanie działać). Fascynacja tymi ostatnimi jest trochę jak historia wielkich postaci, która skupia się na Napoleonach, zapominając o zachodzących w tle procesach. Od spektakularnych sukcesów kanonicznych blogów ważniejsze wydaje mi się przelewanie form medialnych, wpływ wywierany przez blogowanie jako model dziennikarstwa i produkcji informacji na wydania online komercyjnej prasy.

Ben Hammersley ogłosił niedawno start The Observer Blog, stworzonego przez niego oficjalnego bloga gazety The Observer, niedzielnego wydania Guardiana. Blog Observera zdaje się wytyczać nową jakość zarówno w dziennikarstwie online jak i blogowaniu, dzięki integracji szeregu nowinek z ostatnich miesięcy (jeden z komentatorów określił to “zastosowaniem modnych wśród geeków trendów w nieco szerszym kontekście”):

Sparklines! Folksonomies! Tagging! XHTML Compliant! Accessible! Contemporania!” pisze Hammersley. Nowy blog:


  • umożliwia swobodne komentowanie i śledzenie trackback-ów dla każdego wpisu;

  • stosuje kumplonomie – autorzy kategoryzują każdy wpis, co umożliwia wynajdywanie pokrewnych wpisów, ale także stworzenie Folksonomic Zeitgeist, czyli graficzny wykaz częstotliwości używania różnych kategorii, będący formą wizualizacji zawartości bloga;

  • zawiera przygotowywane przez dziennikarzy Observera podcasty – to kolejna “nowa” technologia, która dotychczas była promowana przez rozproszoną sieć internautów, a teraz zostaje przejęta przez “wielkie” media;

    *częścią strony jest linklog, stworzony z pomocą del.icio.us;


  • jest też oczywiście RSS, nazywany przez autorów po prostu “web feed”, by oszczędzić przeciętnemu internaucie stresu rozumienia technologii RSS.

Co więcej, Hammersley zamierza udostępnić za darmo kod do szeregu rozwiązań, które opracował dla Observer Blog.

Żeby było jeszcze weselej, już na samym początku blog pokazał, do czego może go zastosować gazeta – jednym z wpisów jest tekst o Andriju Szewczenko, piłkarzu z AC Milan. Artykuł miał się ukazać w wersji drukiem, został jednak cofnięty i radykalnie zmieniony po tym, jak Szewczenko został nagle ranny w czasie meczu. Blog okazał się świetnym miejscem do zamieszczenia newsu, którego nie było.

Posted by alek at 17:19 | Comments (0)

19.02.2005: EBIB o otwartym dostępie do informacji

Najnowszy numer biuletynu EBIB, miesięcznika wydawanego online przez Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich, jest poświęcone dostępowi do informacji.

W numerze dużo tekstów o Open Access, w tym treść szeregu deklaracji w tej sprawie oraz solidna porcja opisów i analiz ruchu i modelu Open Access – najogólniej rzecz biorąc Open Access ma na celu tworzenie wolnodostępnych naukowych archiwów i publikacji internetowych, wychodząc z założenia, że finansowana często ze środków publicznych nauka powinna udostępniać swoje wyniki za darmo i powszechnie.

Polecam tekst “Prawna ochrona oprogramowania Open Source” :http://ebib.oss.wroc.pl/2005/63/siewicz.php Krzysztofa Siewicza, młodego prawnika specjalizującego się w otwartych licencjach.

Z dużą przyjemnością przeczytałem jest też tekst Wolny dostęp do informacji i wiedzy czy wykluczenie edukacyjne? Trendy światowe a Polska. Bardzo podoba mi się krytyczna postawa autorki wobec prowadzonych przez rząd projektów informatyzacji Polski:

“Po pierwsze Polska nie jest krajem, który w swojej strategii rozwoju stawia na nowe technologie i edukację, choć usta polityków pełne są gładkich wypowiedzi na ten temat nieprzekładających się na czyny. Nie wygląda na to, żebyśmy jako członek Unii Europejskiej poszli drogą Irlandii czy Finlandii, stawiając na edukację i technologie, raczej będziemy ciągnąć się w ogonie Europy, jak Grecja, przejadając fundusze Unii lub inwestując je niezgodnie z trendami rozwojowymi.”

Posted by alek at 23:05 | Comments (0)

10.02.2005: gry są szalonym zakątkiem społecznej rzeczywistości (online)

Internet jest pełen ciekawych zakątków, zbyt wielu ciekawych zakątków. Przejrzałem właśnie feed RSS Terra Nova, grupowego bloga o grach online – liczba tematów nie tylko ciekawych albo zupełnie nie z tej ziemi, ale także istotnych w szerszym kontekście i dla szerszego grona niż (nie tak znowu) wąski świat graczy MMORPG chyba przede wszystkim przeraża.

W 40 ostatnich wpisach znalazłem:


  • przypuszczenie, że istnieją internetowe sweatshopy w krajach trzeciego świata, których pracownicy grają w gry online w systemie taylorowskim, np. produkując przedmioty, które są później sprzedawane na giełdach online za prawdziwe pieniądze.

  • nową grę MMORPG będącą dosłownie przykładem “twórczości w stylu Walta Disney’a” – Fairyland Online to świat online zawierający miejsca dobrze znane z kreskówek Disney’a, takie jak świat Królewny Śnieżki – tylko że w nowej, mangowej, oprawie.

  • badacza gier online, który niedawno sprawdził, od jak dawna jest zalogowany do gry online – wyszło 12 dni. Jego przyjaciel, wychowujący małe dziecko tata, grał w miarę ciągle przez 28 dni. Badacz świadomie oscyluje między zachwytem nad przyciągającą mocą nowych światów i przerażeniem nad ucieczką od rzeczywistości, po czym daje link do tekstu dokładnie na ten temat.

  • Linki do szeregu konferencji o kwestiach własności intelektualnej i regulacji prawnej światów online, tematu który może się wydawać dziwaczny dopóki nie uświadomimy sobie, że rosnąca ilość osób gra w gry, które coraz częściej wykorzystują inne, popularne, zastrzeżone treści (jest tak np. w przypadku gry opartej na świecie “Star Wars”)

  • pracę doktorską o grach online: Towards a Poetics of Virtual Worlds: Multi-User Textuality and the Emergence of Story Lisbeth Klastrup

  • i na same zakończenie tekst z Wired o tym, co się dzieje, jak za długo gra się w gry – pani, która przez trzy dni grała w Katamari Damacy, szaloną japońską grę, w której toczy się lepką kulę, starając przykleić do niej jak najwięcej przedmiotów (serio), jadąc samochodem przez chwilę miała zamiar spróbowac najechać i przykleić do niego skrzynkę pocztową.

Myślę, że wielu z nas miało choć raz “komputerowe” sny. Sprawa nie jest aż tak banalna, gdyż dla naszego pokolenia gry stanowiły, jjak sądzę, ważną część dzieciństwa. Spectrum, Atari, Commodore brzmią niemal równie dobrze, a dla niektórych lepiej, co szczypiorniak, kapsle i chowanego. Miałem ostatnio okazję obserwować w Kanadzie dwójkę moich znajomych, która miała szansę zagrać znów, po latach, w Super Mario Brothers na Super Nintendo. System ten ma już dobre 10-15 lat, ale za czasów swojej świetności był dużo bardziej popularny, niż jakikolwiek komputer w Polsce. Super Mario, sprzedawany w zestawie startowym rozproszył się więc wśród Kanadyjczyków (czy też np. Amerykanów) naszego pokolenia w stopniu tak wielkim, że stanowi pewnego rodzaju przeżycie pokoleniowe! Wyglądało to trochę jak odwiedzanie po latach dobrze znanego zakątka dzieciństwa – grając pamiętali każdy szczegół, każdy sekret, każdy szczegół.

Mizuko Ito ma rację pisząc, że współczesne pokolenia budują swoje zbiorowe wyobraźnie na bazie cyfrowych technologii, produktów i treści.

Posted by alek at 17:10 | Comments (2)

4.02.2005: lista i sieć: rozproszenie i mutacja

To jeden z dłuższych wpisów jaki dotychczas znalazł się na terminalu, próbujący zrozumieć, co afera z listą znaczy dla polskiego internetu i czy przypadkiem nie jest to wydarzenie przełomowe

Afera z wyciekiem materiałów z IPNu jest ciekawa z punktu widzenia internetyki. Mówiąc ogólnie, internet odgrywa w niej bardzo ważną rolę. A szczegółowo rzecz opisując, technologia okazała się kluczowym aktorem już na samym początku – gdy Wildstein uwikłał w sprawę swojego pendrive’a. Z czasem dołączyły czasem wszystkie możliwe internetowe narzędzia – śladów całej sprawy można szukać w przeglądarkach i na forach internetowych, stronach www i serwisach p2p (łącznie z Bit Torrentem), zapewne – choć brak na to publicznie widocznych śladów – komunikatorach, poczcie elektronicznej, nawet Usenecie: jednym słowem, w całym polskim Internecie.

Kto wie, może mamy do czynienia z wydarzeniem dla polskiego internetu przełomowym – mówię to, choć jest to stwierdzenie łatwo okazujące się wypowiedzią na wyrost. I nie dlatego, że coś się w polskim internecie koniecznie zmieni, choć jest duża szansa, że wielu z nas pojmie na nowo, co umożliwia i co powoduje Internet; możliwe też, że zmieni się państwowa polityka ochrony informacji. Przełomowe są nie tyle skutki co samo, trwające właśnie, wydarzenie – bez internetu afera z listą miałaby zupełnie inny kształt.

W sieci pojawiły się pierwsze komentarze nt. Internetowego aspektu sprawy.

Vagla (serwis, który niestety ciągle nie umieszcza permalinków przy wpisach) umieścił 1 lutego wpis “Lista IPN w Sieci”, w którym pisze, że wydarzenie to “pokazuje z pełną mocą” takie cechy internetu jak interakcyjność, transgraniczność, rozproszenie źródeł informacji i – co może najważniejsze – problem wiarygodności informacji w Internecie. Nie zgodziłbym się tylko ze stwierdzeniem, że skoro “nawet w tak nagłośnionej medialnie sprawie niewiele mogą zrobić instytucje mające zapobiegać naruszeniom prawa”, to “w sprawach znacznie mniejszej wagi (bo dotyczących pomówionego czy zniesławionego w artykule opublikowanym w podrzędnym serwisie internetowym Iksińskiego) nie zrobi się dosłownie nic”. Nie zgadzam się dlatego, że nie sądzę, żeby problemem była, jak to sugeruje Vagla, niewydolność aparatu prawnego, niezdolnego interweniować nawet w przypadku największych afer. Myślę, że na rzeczy jest nieprzystawalność prawa lub wręcz całego systemu egzekwowania państwowej władzy do internetu w jego obecnej postaci. Rozproszenie informacji utrudnia skrajnie kontrolę nad nią (choć nie uniemożliwia, czego dowodzą skuteczne walki wielkich korporacji medialnych z tłumami próbującymi wykorzystać bez zgody treści, do których trzymają prawa autorskie). To oznacza, że z drobnymi sprawami prawo radzi sobie łatwiej, gdyż ze względu na ich skalę nie posiadają wymienionych przez Vaglę cech, które czynią egzekwowanie prawa tak trudnym w przypadku Internetu: rzadko kiedy zostają rozproszone np. na wielu serwerach, także poza granicami kraju. Jednym słowem kłopotem w tym przypadku nie jest aparat prawny. Nie jest też nim Wildstein, lecz mutująca lista nazwisk z którą tysiące, może nawet miliony ludzi mogą wchodzić w bezpośrednią interakcję. Brak pośredników oznacza brak kontroli, co gorsza nie zapewnia w zamian jakiejkolwiek przejrzystości lub wiarygodności, jak chciałoby wielu ideologów “demokratyzacji mediów”.

Tebe stara się śledzić oznaki niesamowicie szybkiego wzrostu popularności tematu we wpisie Lista Wildsteina no 1, wksazując na tekst z serwisu gazeta.pl, według którego związane ze sprawą zapytania są obecnie najpopularniejsze (bijąc dotychczasowych rekordzistów: “Miriam” i “seks filmy”, gdyby ktoś miał wątpliwości, czym polski internet żyje).

Sprawa Wildsteina fascynuje mnie, bo zahacza o masę aktualnych spraw związanych z Internetem. W komentarzu do wpisu Tebe (który wyraża opinie inne niż pracodawca, zaznaczając to we wpisie) makowski argumentuje, że przypadek Tebe przypomina podobne historie blogujących pracowników, którzy w takich sytuacjach często pracę tracili (BoingBoing zdaje się zebrał kiedyś razem listę takich przypadków, jest ona całkiem spora – a to dlatego, że spięcia na linii blogujący pracownik – pracodawca są oznakami ogólniejszego spięcia pomiędzy tradycyjnymi formami komunikacji (nie tylko medialnej, ale także np. biznesowej, poprzez tradycyjne kanały marketingu i PR) a oddolną komunikacją, np. poprzez blogi, która skutecznie rozbija strategie uprzedniej.

W tych samych komentarzach pajeczaki zauważają, ze to temat na pracę magisterską i trafiają tutaj w sedno: w prawie każdym wpisie, którym znalazłem na ten temat można odnaleźć nutkę przeczucia, że dzieje się internetowe wydarzenie na wielką skalę – brak tylko informacji, sposobów zmierzenia skali i natężenia zjawisk. Nic się prawdopodobnie nie da z tym zrobić, bo zostaną wprawdzie strony WWW jako materiał badawczy, przepadną jednak – albo nie dotrzemy do nich – emaile i rozmowy w komunikatorach, dane o natężeniu wymiany w sieciach p2p – jednym słowem efemeryczny element internetowego życia, który jest niebagatelnie liczny jak na technologię, o której często myśli się (choć jednocześnie o tym zapomina), że nic w niej się nie gubi. W najlepszym wypadku serwis typu stat.pl ujawni nagły skok odwiedzin na przestrzeni całego internetu, który miał miejsce w ostatnich dniach.

Szczur biurowy wprowadził do kodu swojej strony zwrot “lista agentów”, ściągając tym samym całkiem spory ruch z wyszukiwarek (choć zaobserwowane przez niego 14000 odwiedzin to nic w porównaniu z milionami, które podobno zatkały serwer, na którym lista pojawiła się po raz pierwszy, daleko też do skali przeciętnego Slashdottingu). (Na marginesie, paranaukowy eksperyment Szczura ji wnioski, które wyciąga, nie są poprawne – ściągając na swoją stronę zapytania o zwrot “lista agentów” nie dowiódł nijak, że w ten sposób najczęściej użytkownicy zapytują wyszukiwarki o tę sprawę). Co ciekawe, podobnie jak Szczur uczyniły też niektóre komercyjne serwisy, próbując w ten sposób podbić swoją pozycję. Niby nic nowego, ale dowodzi na ile różnych sposobów można wykorzystać coś takiego jak lista nazwisk.Kto by pomyślał, że zawirowania polityczne mają jakikolwiek związek z powodzeniem serwisu sprzedającego dzwonki do komórek?

Ciekaw jestem na ile sprawa listy wpłynie na rozumienie Internetu w Polsce, może przeskoczą nam w głowach jakieś zapadki – piszę to w kontekście niedawnego wpisu Justyny, która pisała o tym, jak w tyle jest nasze powszechne, jako społeczeństwa, rozumienie internetowych spraw. Pamiętam, że słysząc po raz pierwszy o aferze z listą dowiedziałem się, że Wildstein listę wydrukował i wyobraziłem sobie drukarkę, która jazgotliwie wypluwa kolejne kartki, albo też laserowo je wypala, wypełniając salkę w IPN charakterystycznym smrodem. Okazuje się, że Wildstein wrzucił listę po prostu na pendrive, co trwało sekundę i było procesem cichym i bezwonnym. Pozornie nic? Dla mnie oznacza to, że na poziomie technologicznym afera rozpoczęła mała medialna rewolucja. Od dzisiaj pendrive’y nie będą już się tylko kojarzyły z typowym dla geeków gadżeciarstwem.

Kolejną kluczową sprawą jest oczywiście krążenie listy po internecie, w wielu różniących się wersjach, można się było tego spodziewać. Opublikowanie przez IPN listy “oficjalnej” jest rozwiązaniem oczywistym. Fakt, że byłby to przykład całkowitego wymuszenia tego posunięcia na władzy przez, nazwijmy to umownie, “Internet”. Co więcej, niekoniecznie coś to zmieni, jeśli chodzi o przejrzystość i wiarygodność informacji. Tu dopiero jest pole do ciekawego badania, które na razie możemy przeprowadzić w naszej wyobraźni: czy jest oczywiste, że mając wybór między źródłem “wiarygodnym” i masą niejasnych źródeł online, ludzie wybiorą to pierwsze. Być może IPN okazałby się jednym z wielu równoważnych źródeł informacji.

Przypomina mi się powieść “Singularity Sky” Charliego Strossa, w której na zacofanej planecie o nieco centralnie sterowanym reżimie pojawia się obca cywilizacja i daje mieszkańcom dostęp do maszyny tworzącej dowolne technologie w dowolnych ilościach, jednym słowem dostęp do obfitości. Skutkiem jest chaos, powszechne wynaturzenie mieszkańców, którzy na gwałt ulepszają cybernetycznie swoje ciała i umysły oraz wypuszczenie na wolność egzemplarzy zmutowanej, rozszalałej technologii, która krąży po powierzchni planety. Myślę, że możemy to porównać do obecnej sytuacji w Polsce: Internet jest maszyną dającą obfitość, a lista nazwisk informacją, której wielu pragnęło, a której obfitość chyba nas wszystkich przerosła. Bruno Latour, który wierzy, że technologie są równie ważnymi aktorami, jak ludzie, powiedziałby, że polską rzeczywistość polityczną i dyskusję publiczną kształtuje obecnie ta lista – a nie Wildstein, politycy, dziennikarze, telewizja i gazety, IPN, czy jakikolwiek inny aktor.

Moment wydaje mi się fascynujący, bo mamy do czynienia z rzadką sytuacją, w której 1. jedno wydarzenie niemal kompletnie dominuje sferę publiczną 2. informacja wymknęła się całkowicie spoza kontroli. I błędem byłoby próbować to tłumaczyć wyłącznie tym, że to “tłum” dorwał się do listy i robi z nią co chce, nieprzewidywalnie – bo jest tłumem. Zdolność mutowania i nieprzejrzystość źródeł jest bowiem cechą nie tłumu, lecz medium, w którym lista się rozprzestrzenia. Istnieje wiele przypadków wycieku kluczowych materiałów do Internetu. Przykładowo, w światku FLOSS znaczącą rolę odegrało opublikowanie w internecie w 1998 Halloween documents, tajnych materiałów Microsoftu zarysowujących strategię walki z rosnącym w siłę Linuksem. Różnica polega na tym, że w żadnym znanym mi przypadku treść materiałów nie mutowała – stanowiła solidne źródło informacji, rzucające nowe światło na sprawę. Innymi słowy sprawcy wycieku zachowali kontrolę nad wyciekającą treścią. W tym wypadku raczej tak nie będzie.

Można wreszcie działania Wildsteina próbować ulokować w ramach toczącej się dyskusji o oddolnych mediach, jak to próbuje robić Dan Gilmore, który odszedł (z własnej woli) z tradycyjnej gazety, żeby wcielić w życie wizję “obywatelskiego medium”. W pewnym sensie mamy w Polsce do czynienia z podobną historią – wobec powszechnego w pewnych kręgach niezadowolenia ze sposobu, w jaki sprawą zajmują się tradycyjne media i władza, dziennikarz odwołał się do radykalnej alternatywy, jaką dziś stanowi Internet. Oczywiście, z tego co rozumiem, formalnie rzecz biorąc nikt nie wie, jak lista trafiła do Internetu. Co ciekawe, szukając w internecie śladów zainteresowania internetowym aspektem sprawy natrafiłem na tekst z Internet Standard pod tytułem Nocny stróż wolności, dotyczący informacyjnej rewolucji, a zaczynający się cytatem wziętym ze zbioru wywiadów opublikowanego kilka lat temu przez Wildsteina (niestety nie wiadomo, z kogo to cytat): “Jednym z fundamentów komunizmu był absolutny monopol informacji i komunikacji. Współcześnie nie jest to możliwe, gdyż instrumenty informacji i komunikacji są nadmiernie rozproszone”. Jesteśmy właśnie świadkami kolejnego takiego rozproszenia.


Posted by alek at 16:30 | Comments (5)

3.02.2005: w "Lampie" o wolnej kulturze

Najnowszy, lutowy numer Lampy jest poświęcony wolnej kulturze i wolnemu oprogramowaniu. Redaktor numeru, Jarek Lipszyc, słusznie nazywa go “w pewnym sensie rewolucyjnym”. W numerze pierwszy rozdział tłumaczonego przez nas Free Culture, Prawo do czytania Stallmana i Wspólnota jako idea Berry’ego, przedruk z pierwszego numeru Free Software Magazine- jednym słowem solidna porcja tekstów na te tematy.

Numer lutowy nie jest jeszcze niestety obecny w sieci, trzeba się więc ruszyć do sklepu. Do wersji drukiem jest dołączona płyta CD grupy “Usta” pt. “Pierwszy pocałunek”, opublikowana na licencji Creative Commons ttribiution-NonCommercial_ShareAlike 2.0, pierwsza taka płyta w Polsce.


Posted by alek at 18:05 | Comments (0)

1.02.2005: Rozmowy po czasie

Wczoraj wieczorem w TVP1 nadano program autorów "Rozmów na koniec wieku", którzy w nowym tysiącleciu prowadzą "Rozmowy na czasie". Tym razem tematem spotkania był Internet a raczej pytanie "Czy wszyscy utoniemy w Sieci?". Gośćmi byli dziennikarz radiowy Jerzy Sosnowski, poeta Marcin Cecko i psycholog Krzysztof Krejtz. Rozmowa jak zwykle w BUW, lecz tym razem dyskutanci otoczeni włączonymi komputerami i migającymi telewizorami.
Program był dobry. Rozmowa toczyła się wartko. Goście mieli nawet coś do powiedzenia, szczególnie Marcin Cecko, który bardzo sprawnie opisywał swoje doświadczenia z publikowaniem wierszy i zdjęć w internecie i inteligentnie ripostował autorom programu. Wszystko kręciło się jednak wokół odczarowywania rzeczywistości wirtualnej. Dziennikarze wyszli od szeroko opisywanego w prasie przypadku matki uzależnionej od internetu, której dzieci przestały chodzić do szkoły i całymi dniami siedziały przed komputerem. Kobieta została skazana na "odwyk". Rozmowa koncentrowała się zatem na tym, co się z człowiekiem dzieje jak już w tę sieć wpada? Czy przestrzeń wirtualna rządzi się innymi prawami? Czy ludzie wchodząc do sieci pozbawiają się wszelkich hamulców? itp. Goście na szczęście starali się tłumaczyć, że ludzie wszędzie pozostają ludźmi a Internet pozostaje przede wszystkim narzędziem w ich rękach. Dobrze, że mówili choć tyle. Ale dlaczego tylko tyle?
Oglądałam ten program z mężem, który po jego zakończeniu zapytał dlaczego nauki społeczne są tak bardzo w tyle. Poczułam się zawstydzona. Ja cieszyłam się, że wreszcie w polskiej telewizji zaczyna się normalnie mówić o internecie. Zdawałam sobie jednocześnie sprawę, że wszystko to są oczywistości. W tym programie nie zostało powiedziane nic nowego. Wiem, że problem nie wy tym, że nauki społeczne są w tyle, lecz w tym, że polski dyskurs nt. nowych mediów jest tak ubogi. Takie dyskusje toczyć się powinny lata temu, kiedy internet wchodził do polskich domów. Dziś brzmią one śmiesznie, ale jednocześnie muszą być prowadzone. Pytanie tylko czy mają trafiać do dzieci, które z internetem odrabiają lekcje czy do ich rodziców, którzy nie zawsze potrafią włączyć komputer. Obawiam się, że ani do jednych ani do drugich...

Posted by justyna at 16:12 | Comments (2)

opencontent.jpg osfreesoft.s.gif

Dwie nowe książki, wydane w zeszłym roku, o wolnych/otwartych licencjach (takich jak CC czy GPL) są dostępne w sieci za darmo: "A Guide To Open Content Licences" Lawrence'a Lianga oraz "Understanding Open Source and Free Software Licensing" Andrew M. St. Laurenta, wydane przez O'Reilly.

Posted by alek at 15:24 | Comments (0)
witajcie, przyjaciele!
planujemy iCommons Polska

Uczestniczymy w pracach przygotowawczych do stworzenia iCommons Polska, polskiej odnogi projektu Creative Commons.

tłumaczymy na polski Free Culture Lawrence'a Lessiga

Terminal jest poświęcony monitorowaniu i socjologicznemu namysłowi nad zmianami, jakie powoduje rozwój nowych mediów.
Nowe komentarze wydarzeń i linków pojawiają się co tydzień.
! Na stronie o nas znajdziesz informację o autorach terminala.
ENGYou will find information about authors of the terminal on the about us page.


archiwum
ostatnio dodane
najnowsze komentarze
linki
CZARNY LUD
to tłumaczenia tekstów, które w krótkich formach kryją głęboką refleksję o internecie i jego okolicach. Każdy tekst jest też dostępny jako gotowy do druku PDF. Nasze palce są czarne od tuszu drukarek.
!William Gibson: W KLESZCZACH DRA SATANA

!Bruce Sterling: CIEMNA STRONA WOLNOŚCI. ŻELAZNA PIĘŚĆ, NIEWIDZIALNA DŁOŃ, I WALKA O DUSZĘ OPEN SOURCE

movable type
Creative Commons License
Blog na licencji
Creative Commons.