25.01.2005: gazety powinny otworzyć swoje archiwa

Dan Gillmor wraca do kwestii zamkniętych archiwów internetowych wersji gazet codziennych (link do uprzedniego wpisu dotyczącego tekstu o zamkniętych archiwach z Wired). Gillmor nawołuje Gazety: otwórzcie swoje archiwa i podaje kolejne argumenty za takim posunięciem:

“Pewnego dnia, jedna z gazet pobierających dziś opłaty za dostęp do jej archiwów uczyni odważny krok: otworzy archiwa szerokiej publiczności, za darmo lecz z reklamami na marginesach, ustalanymi na podstawie słów kluczowych”, z zaskakująco pozytywnym skutkiem (finansowym).

Kwestia oczywiście nie sprowadza się do pieniędzy, jest natomiast dobrym przykładem rosnącej kategorii kwestii, w której korzystne społecznie posunięcia okazują się też ekonomicznie rozsądne, odpada więc argument typu “byłoby pięknie, ale to bajka i utopia”. Gillmor jest ciekawą postacią – dziennikarzem, który tak wierzy w “grassroots journalism”, że rzucił posadę w San Jose Mercury News i tworzy teraz “citizen-based media”, media obywatelskie, wierząc bardzo w moc blogów.

(Doctorow dorzuca do argumentów Gillmora swoje trzy grosze)

I jeszcze kuriozum ze świata zamkniętych archiwów: gazeta.pl daje darmowy dostęp użytkownikom łączącym się przez jej numer dostępowy, jest to zapewne tańszy sposób dotarcia do archiwum i dosyć śmieszny powód, dla tych ze stałym łączem, by czasem przerzucić się na modem. Rozwojem nowych mediów, jak widać, nie rządzi bezwzględne prawo postępu na zasadzie, im szybciej i więcej tym lepiej!

Posted by alek at 18:11 | Comments (0)

24.01.2005: Modna folksonomia

Nowe rodzaje wspólnot, które powstają wokół serwisów takich jak Flickr, del.icio.us czy Furl to kolejny, po blogach, modny temat. Obserwatorzy internetowej rzeczywistości odkrywają, że coraz mniej trzeba by o całkiem obcych sobie osobach można mówić w kategoriach grupy czy nawet wspólnoty. W dość ciekawym tekście o popularnym serwisie fotograficznym Flickr natrafiłam na określenie systemu nadawania zdjeciom/stronom/zakładkom kategorii, które następnie po porównaniu z kategoriami innych użytkowników zyskują status "kategorii społecznych". Mowa o folksonomii (ang. folksonomy) a może kumplonomii, czyli taksonomii na podstawie ocen innych. Może to trochę mętne, ale zapewne jest coś na rzeczy skoro na bazie podobnego systemu powstają kolejne serwisy.
Przypisując w del.icio.us ulubioną stronę konkretnej kategorii możemy po chwili zobaczyć jakie adresy znalazły się pod tym samym hasłem u innych osób.
Tak otwiera się nieskończony często łańcuszek kolejnych odkryć ciekawych stron. Z czasem uczymy się dobrze wybierać własne kategorie, żeby nie różniły się od kategorii pozostałych osób, dzięki czemu zbiory linków na dany temat się rozszerzają. Tu pojawia się niestety niebezpieczeństwo "uśredniania", dążenia do tego co bardziej popularne. Oznacza to również dominację języka angielskiego, tam, gdzie użytkowników polskich jest niewielu.
System jest niesłychanie prosty i pewnie dlatego tak skuteczny. Można znaleźć mnóstwo ciekawych rzeczy przeglądając linki/zdjęcia/strony całkiem obcych nam osób i przeszukując interesujące nas kategorie.

Posted by justyna at 18:22 | Comments (1)

Przewiduję – a najłatwiej przewidzieć coś nieuniknionego, że rok 2005 będzie rokiem jeszcze większej ilości treści. Przewiduję wręcz, że będzie to rok rekordowy – nigdy jeszcze nie było tyle treści co dzisiaj. Myśli, słów, napisów, przepisów, wzorów, artykułów, smsów, wierszy, faktur, konstytucji, wszystkiego.

Poniższy cytat jest całkiem zwyczajny, znów, nic bardzo odkrywczego, a jednak polecam go jako motto na ten rok:

“Uświadamiam sobie, że nie jestem już w stanie w spójny sposób polecić drogę poprzez przepastne terytorium myśli i linków, które każdego dnia zostają opisane, zaczynają istnieć. Czuję, że nie ‘przeczytałem internetu’ od miesięcy. Nie jest to żadna refleksja na temat tych stron – nic z tych rzeczy – jedynie moja niezdolność nadążenia za nimi w okresach, gdy mam wyjątkowo dużo pracy na głowie”.

Dodałbym tylko, że natłok pracy niestety ma z tym pewnie niewiele wspólnego, choć może służyć jako wygodna wymówka / racjonalizacja kłopotu. Autor tego tekstu na koniec, zamiast spróbować sczytać i podsumować tysiąc wpisów zaległych w jego kliencie RSS, proponuje linki wyłącznie z jednej strony. Myślę że to cenny eksperyment dla odważnych, dla niektórych może wręcz terapia: przez najbliższy miesiąc (rok?) czytać wyłącznie jedną stronę i po miesiącu (roku?) sprawdzić, czy życie bardzo na tym ucierpiało. Zapewne nie.

(Cytat wzięty z cityofsound, odkrytego dzięki rzeczom)


Posted by alek at 17:04 | Comments (0)

22.01.2005: Doctorow o DRM - Sterling o CC

Cory Doctorow i Bruce Sterling należą do mistrzów mojej internetyki.

Doctorow od jakiegoś czasu – a na pewno od czasu jego przemówienia na temat systemów Digital Rights Management dla pracowników Microsoftu – jest najlepszym źródłem mądrych komentarzy na temat głupoty, jaką jego zdaniem jest DRM. Doctorow raz na pewien czas wypowiada się na ten temat, jednocześnie dodając coś nowego i w krótkiej formie chwytając wszystkie istotne szczegóły.

Tym razem Doctorow wypowiedział się dla BBC. Ciekawe jest już porównanie oryginału, który przygotował na prośbę dziennikarza z fragmentami, które ukazały się w tekście. Przeczytanie jedynie artykułu w serwisie BBC na pewno oszczędzi nam czas – ja dziękuję internetowi, że jest w nim mieście także dla pełnej wypowiedzi Doctorowa.

Mnie najbardziej zaciekawiła uwaga Doctorowa na temat wpływu licznych istniejących obecnie systemów DRM, ograniczających możliwość korzystania z danej treści do określonych odtwarzaczy, na portability: możliwość przerzucania jednej treści pomiędzy wieloma platformami. Zdaniem Doctorowa ostateczna porażka DRM wyniknie z faktu, że użytkownikom, żonglującym codziennie wieloma mediami w wielu miejscach na raz, najbardziej zależy na możliwości wielokrotnego wykorzystania raz zakupionej treści – tymczasem korzystając z DRM producenci treści chcą nas zmusić do wielokrotnego kupowania tego samego, w wielu formatach. Do tego Doctorow wspomina o całkowitej nieprzydatności DRM do walki z komercyjnymi poratami, którzy stanowią prawdziwe i jedyne zagrożenie dla dochodów medialnych korporacji, o narzucanych przez DRM ograniczeniach, które idą dalej niż ramy obowiązującego prawa autorskiego, de facto wytyczając własne prawo, itd. Wszystko to na mniej więcej dwóch stronach tekstu.

Sterling tymczasem wypowiada się o Creative Commons w ramach dorocznego wywiadu z nim pt. “State of the World 2005” przeprowadzonego na WEll-owskiej liście Inkwell Vue (link do fragmentu o CC). Zdaniem Sterlinga CC jest zbyt skomplikowane i wyrafinowane. Do tego system WIPO – WTO, w dużej mierze odpowiedzialny za obecny system własności intelektualnej, może całkiem niedługo upaść . A w świecie, zdominowanym nie przez “Grupę 7 [Sterling ma pewnie na myśli G8] wraz z jej zabawkami w rodzaju zaawansowanej infrastruktury państwowej czy rozwiązań prawnych” lecz przypominającym bardziej Brazylię, Turcję, Chiny czy Indie: “Duże, sklejone do kupy, półstabilne, z losową przemocą, raczej biedne, niesamowice skorumpowane” – w świecie takim ludzie mogliby po prostu “wzruszyć ramionami i zapomnieć, że [CC] istnieje.

Nie zapominajmy, że Sterling jest przede wszystkim pisarzem science fiction.

Jeśli nie dość wam Sterlinga, kanadyjskie czasopismo online Horizon Zero, w 18 numerze zatytułowanym Ghost poświęconym archiwom, pamięci i martwym mediom, przedrukowało wystąpienie Sterlinga na temat martwych mediów zatytułowane Built on Digital Sand, które Sterling wygłosił w zeszłym roku w Amsterdamie na konferencji “Archeologia Wyobrażonych Mediów”. Sterlinga uwagi o martwych mediach, które spisuje już od 10 lat, stanowią dobrą przeciwwagę dla rozgrywającego się przed naszymi oczami szalonego wyścigu zbrojeń w świecie gadżetów – Apple ostatnio znów podbił poprzeczkę, wypuszczając Shuffle i Mini Maca, na przykład.

Posted by alek at 20:46 | Comments (0)

20.01.2005: Warto przeczytać

Ciekawy artykuł nt. praw autorskich ukazał się na początku roku w Salon. Andrew Leonard zestawia ze sobą dwa fakty - zapowiedź powstania nowej technologii,dzięki której możliwe stanie się zidentyfikowanie użytkowników, którzy
wpuszczają do sieci p2p nielegalne treści oraz informację o tym, że jedna z najlepszych amerykańskich serii dokumentalnych nie może być wyświetlana ze względu na wygaśnięcie praw do wykorzystanych zdjęć archiwalnych. Te dwa fakty stanowią punkt wyjścia do dywagacji na temat stanu praw autorskich i coraz większych rozbieżności między interesem społeczeństw demokratycznych i zysków wielkich korporacji.

Posted by justyna at 22:11 | Comments (3)

14.01.2005: Gates tłumaczy kwestię komunizmu nie tłumacząc się

Bill Gates w wywiadzie dla Gizmodo powrócił do kwestii nazwania zwolenników rozluźnienia systemu IP współczesnymi komunistami – jednak moim zdaniem nadal nic nie wyjaśnia, właściwie upiera się przy swoim, z pomocą dosyć demagogicznych argumentów, np. tych o Chinach, komunistycznych i kapitalistycznych.

Co ciekawe, dominującym motywem w wypowiedziach Gatesa jest troska o autora – ciągle sprowadzanie systemu własności intelektualnej do kwestii wynagradzania autorów. Przedstawiciele sektora pośredniczącego między autorami i odbiorcami, którzy przesadnie troszczą się o autorów, budzą we mnie poważne wątpliwości co do swoich intencji. Sprawę tę wypadałoby niedługo wyjaśnić - ostatnio opowiadając komuś krótko o Creative Commons usłyszałem w odpowiedzi, że brzmi to jak sprytny plan wielkich korporacji aby jeszcze bardziej pozbawić artystów ich praw, a samemu na “uwolonionych” treściach zarobić...

W serwisie BBC ukazał się Copying, content and communism, dobry tekst o zamieszaniu wokół CC i Microsoftu.

W listach do “Wysokich Obcasów” jedna pani napisała, że czuje się niezależna i pewna siebie, a jednym z dowodów na to jest bycie na czasie z trendami w telefonii komórkowej. Jeden z raperów z WWO stwierdził niedawno, że jest całkiem staroświecki, bo nie bawi go podrywanie przez Internet.

Jesteśmy już najwyraźniej całkiem informacyjnym społeczeństwem.


Posted by alek at 16:15 | Comments (1)

12.01.2005: muzyka dla naszych wnuków

Razem z moim bratem stryjecznym, Kubą Tarkowskim, zrobiłem jakiś czas temu krótki animowany film edukacyjny o wpływie systemu własności intelektualnej na muzykę, pt. Muzyka dla naszych wnuków. Film niestety jest po angielsku, gdyż został zrobiony w ramach konkursu Moving Image Contest zorganizowanego przez Center for the Study of the Public Domain na wydziale prawa Uniwersytetu Duke. Doszliśmy do finału, gdzie nasz film znajduje się razem z pięcioma innymi filmami dotyczącymi wpływu prawa na twórczość (duża ich część dotyczy filmu dokumentalnego). W naszej krótkiej produkcji podróżujący w czasie superchłopiec pokazuje alternatywne przyszłości dla muzyki w naszym świecie. Jest więc co oglądać, możecie też zagłosować na nas do 15 stycznia w plebiscycie na nagrodę publiczności.

Posted by alek at 0:18 | Comments (0)

11.01.2005: actimel w teatrze społeczeństwa wiedzy

W “Dużym Formacie” z 6 stycznia tekst Z pamiętnika młodej konsumentki (bez biegunki), czyli… śledzimy jogurt (pewnie zniknie w archiwum, jest też jego kopia). Pozornie mało związany z internetologią tekst dotyczy jogurtu actimel, reklamowanego jako jogurt o dobroczynnym działaniu, który wpływa na zdrowie i w dwa tygodnie, żeby “poczuć różnicę”. W tekście Internetu może nie ma, ale są wszystkie fajne elementy informacyjnego świata i społeczeństwa opartego na wiedzy: mamy mało przejrzystą wiedzę ekspercką na temat zdrowia i żywienia, wielką korporację patentującą bakterie, obsługę infolinii oraz dział PR Danone prezentujące ową ekspercką wiedzę w postaci łatwo przyswajalnych, dających się reklamować frazesów, naukowców z Instytutu Żywności i Żywienia tracących jakby naukową niezależność, itp., itd. Do tego jogurt z dodatkiem opatentowanych bakterii Lactobacillus casei defensis w roli głównej! Dla mnie bomba.

W tym całym zamieszaniu socjo-technicznym solidnym punktem oparcia zdaje się wspomniana w artykule i dostępna na stronach polskiej Federacji Konsumentów ekspertyza nt. actimelu przeprowadzona przez Francuską Agencję ds. Bezpieczeństwa Sanitarnego Żywności (AFFSA).

Posted by alek at 22:43 | Comments (1)

BoingBoing donosi o dalszych wesołych mutacjach wizji, przedstawionej przez Billa Gatesa, Creative Commons jako komunizmu. Ktoś już stwierdził, jestem kommonistą!

creative_commies_sapo.gif
Wśród nich warto zwrócić uwagę na grafikę stworzoną przez Kill Sapo!! oraz Free Can Mean Big Money: The Open Source Economy, tekst z serwisu OSNews z sierpnia 2004, który dowodzi czemu open source to nie komunizm.


Przy okazji, choć tylko mgliście na temat, w starej "Polityce" znalazłem dwa ciekawe teksty:
-Dobry pasterz to tekst o założycielu i byłym właścicielu Optimusa i Onetu, Romanie Klusce. "Roman Kluska był kapitalistą, został pozytywistą". Jak dla mnie jakoś, fakt, że nietypowo, Roman Kluska jest bardzo open source lub też free software.
-Nie warto myśleć za darmo, wywiad Edwina Bendyka z prof. Wojciechem J. Stecem, chemikiem i laureatem "polskiego Nobla", który ma zdecydowane i interesujące poglądy na kwestię patentowania i własności intelektualnej działającej w służbie narodowej nauki i przemysłu.

I jeszcze jedno. Michael Geist, kanadyjski prawnik zaangażowany działania w tamtejszego oddziału Creative Commons uważa, że Kanada jest w stanie zdygitalizować wszystkie kanadyjskie książki, i to stosunkowo niewielkim kosztem. To w odniesieniu do . Co najciekawsze, zdaniem Geista największym kłopotem nie są koszty, ale planowane przez rząd kanadyjski szkodliwe reformy prawa własności intelektualnej.


7.01.2005: ruch "creative commies"nabiera rumieńców

Nie ma to jak obserwować na bieżąco rozprzestrzenianie się memu w Internecie. Ludzie wyraźnie podniecili się twórczymi możliwościami, jakie umożliwia zrównanie ruchów typu Creative Commons z komunizmem przez Billa Gatesa. Mamy więc szereg różnych dzieł sztuki , za dwa-trzy dni będzie ich milion.


Na razie wszystkie prace bije na głowę fotomontaż Lessiga i Gatesa.


No i Lawrence Lessig komentuje wypowiedź Gatesa w bardzo elegancki sposób.

Posted by alek at 0:02 | Comments (1)

6.01.2005: Biblioteka według Google

Całe zamieszanie świąteczno noworoczne sprawiło, że omal nie umknął nam jeden z najbardziej elektryzujących newsów mijającego roku. 14 grudnia Google ogłosił rozpoczęcie prac nad dygitalizacją zasobów pięciu ogromnych bibliotek i umieszczeniu ich online. W sumie Google chce mieć na początku cyfrowy zapis 15 milionów woluminów pochodzących z Uniwersytetu Stanforda (całość księgozbioru - 8 mln), Uniwersytetu Michigan (całość - 7mln), Uniwersytetu Harvarda (program pilotażowy, 40 tys. z 15 mln), New York Public Library (program pilotażowy, w przyszłości 20 mln) i Oxfordzkiej Bodleian Library (1 mln książek będących w domenie publicznej).

Przedsięwsięcie brzmi zupełnie surrealistycznie, ale wygląda na to, że Google nie żartuje. Brin i Page mają dzięki temu krokowi powrócić do swoich korzeni - praca nad perfekcyją wyszukiwarką zaczęła się bowiem wiele lat temu od projektu "digital libraries", przy którym pracowali na Stanfordzie. Google Library jest częścią inicjatywy Google Print , która ma realizować misję "to organize the world's information and make it universally accessible and useful" . Książki zostaną zindeksowane i linki do nich pojawiać się będą jako opcjonalne wyniki wyszukiwania. Po kliknięciu na tytuł książki otworzy się strona Google Print (przykład), gdzie będzie można przeglądać cały tekst książek będących w domenie publicznej lub fragmenty utworów chronionych prawami autorskimi. Google rozpoczął również negocjacje z wydawcami dotyczące rozszerzenia materiałów dostępnych online. Zachętą dla nich ma być popularyzacja książek i bezpośrednie linki do księgarni internetowych.
Całe przedsięwzięcie ma trwać ok. 6 lat (czyli średnio 3,200 książek dziennie tylko z U. Michigan). Koszt zdygitalizowania jednej książki oszacowano na ok. 10$. Co ciekawe, całą czarną robotę mają wykonywać ludzie, bo jak stwierdził John Wilkin z Uniwersytetu Michigan "ludzie zadziwiająco szybko potrafią przewracać kartki..."
Trudno przecenić znaczenie tego projektu dla zwiększenia pozycji internetu jako medium przełamującego różnego rodzaju podziały. Dla wszystkich podobnych do mnie "zszokowanych" kilka odpowiedzi na nurtujące wątpliwości.

Posted by justyna at 22:28 | Comments (0)

Gdy jakiś czas temu, komentując tekst ze "Wprost", pisałem, że bez sensu jest traktować ruchy takie jak open source czy Creative Commons jako przejaw komunistycznego ducha to myślałem, że tylko w Polsce tak cudaczne idee mogą się pojawić.

Myliłem się.

W wywiadzie dla news.com Bill Gates nazywa ruch free culture współczesną odmianą komunizmu. Na pytanie o jego stosunek do krytyków istniejącego reżimu własności intelektualnej Gates odpowiedział tak:

” [...] wśród różnych ekonomii tego świata więcej z nich wierzy dzisiaj we własność intelektualną niż kiedykolwiek przedtem. Mamy w świecie dzisiaj mniej komunistów niż kiedyś. Istnieje nowy, współczesny odpowiednik komunistów, którzy chcą zlikwidować, na różne sposoby, bodźce [zachęcające do tworzenia] muzyków, twórców filmów i programistów. Uważają, że zachęty tego rodzaju nie powinny istnieć.”

Dalej stwierdza – czego można się było spodziewać, że:

“Własność intelektualna oferuje zestaw pozytywnych impulsów dla produktów przyszłości”.

copyleftcommie.gifInternet zaczął oczywiście reagować na wypowiedź Gatesa w charakterystyczny, mash-upowy sposób.


creativecomrades.gif

Posted by alek at 16:47 | Comments (12)

4.01.2005: 2004: szara pogoda

Copyfight donosi, że amerykańskie pismo Entertainment Weekly wybrało “Grey Album” DJ Danger Mouse’a jako płytę roku 2004 (o sprawie “Grey Album” pisałem już trzykrotnie).

Sprawa jest niebłaha, bowiem po raz kolejny okazuje się, i po raz kolejny dowodzi tego właśnie “Grey Album”, że jesteśmy świadkami przełomowego przetasowania na rynku rozrywkowym. Płyta, która zdaniem wytwórni EMI powstała nielegalnie, i która zyskała popularność wykorzystując sieci p2p jako kanał dystrybucji została uznana przez pismo głównego nurtu za album roku. Co istotne, nagroda nie została przyznana ze względu na całe zamieszanie wokół płyty, lecz jej muzyczną wartość:

”[...]efekt końcowy mógł się okazać nowością wartą w najlepszym przypadku jednego przesłuchania, odgłosem iPoda, w którym ktoś strasznie poplątał kable. Jednak “The Grey Album”, płycie dostępnej za darmo zanim przedstawiciele Beatlesów, zgodnie z przewidywaniami, uniemożliwili jej ściąganie, daleko do amatorszczyzny – jest ostatecznym potwierdzeniem przez artystę wartości technologii i [metody] mash-up.”

W tej historii warto jeszcze zauważyć, o czym przypomina “Copyfight”, że DJ Danger Mouse stworzył “The Grey Album” nie korzystając z profesjonalnego studia, lecz powszechnie dostępnego programu “Acid” (produktu innego rozrywkowego giganta, Sony). W ten sposób widać jak przemysł sam pod sobą kopie wilcze doły, prowadzi do spięcia różnych własnych, wewnętrznych logik.

szare.jpg
W 2004 roku powstał zresztą nie tylko “Szary Album”, ale także “Szare Wideo”, bootlegowy teledysk do jednej z piosenek z płyty, na którym Jay-Zee nawiedza koncert Beatlesów, a ringo zaczyna miskować płyty na decku. “Szare wideo” to mash-up nie tylko audio, ale też wideo. Plik jest nielegalny, trudno go w sieci znaleźć, gdyby ktoś go jednak chciał znaleźć, chętnie pomogę.


Posted by alek at 22:54 | Comments (0)
witajcie, przyjaciele!
planujemy iCommons Polska

Uczestniczymy w pracach przygotowawczych do stworzenia iCommons Polska, polskiej odnogi projektu Creative Commons.

tłumaczymy na polski Free Culture Lawrence'a Lessiga

Terminal jest poświęcony monitorowaniu i socjologicznemu namysłowi nad zmianami, jakie powoduje rozwój nowych mediów.
Nowe komentarze wydarzeń i linków pojawiają się co tydzień.
! Na stronie o nas znajdziesz informację o autorach terminala.
ENGYou will find information about authors of the terminal on the about us page.


archiwum
ostatnio dodane
najnowsze komentarze
linki
CZARNY LUD
to tłumaczenia tekstów, które w krótkich formach kryją głęboką refleksję o internecie i jego okolicach. Każdy tekst jest też dostępny jako gotowy do druku PDF. Nasze palce są czarne od tuszu drukarek.
!William Gibson: W KLESZCZACH DRA SATANA

!Bruce Sterling: CIEMNA STRONA WOLNOŚCI. ŻELAZNA PIĘŚĆ, NIEWIDZIALNA DŁOŃ, I WALKA O DUSZĘ OPEN SOURCE

movable type
Creative Commons License
Blog na licencji
Creative Commons.