31.03.2004: branża muzyczna walczy z sieciami p2p

Międzynarodowa Federacja Przemysłu Fonograficznego (IFPI) poszła w ślad za amerykańską RIAA i rozpoczęła walkę z użytkownikami sieci P2P. 250 osób w Danii, Niemczech, Włoszech i Kanadzie otrzymały “wezwanie do zaprzestania nielegalnej działalności” i zapłacenia odszkodowania.

W ten sposób wojna między społeczeństwem i przemysłem muzycznym zatacza coraz szersze koła. Ten drugi oczywiście robi wszystko, by zkryminalizować użytkowników sieci P2P i jednocześnie przedstawić ich jako patologiczną mniejszość. Rok temu pisałem o tym, jak przedstawiciele branży rysują powiązania i porównania między wymianą plików i terroryzmem. Do tego często do jednego worka wrzuca się komercyjne piractwo oraz prywatną wymianę plików lub tworzenie bootlegów. Widać to dokładnie na stronie IFPI, którą warto odwiedzić. Do ciekawszych rzeczy, które znalazłem, należy raport IFPI Online Music Report 2004 (PDF) oraz Commercial Piracy Report 2003, dostępny także jako PDF.

Wszystko wskazuje więc na to, że wojna o muzykę, a prawdopodobnie o wszelkie treści, zawita niedługo także do Polski, na dobre. To kolejna sfera, w której po wejściu do Unii, za miesiąc, nie będziemy mogli dłużej chować głowy w piasku i uważać, że nas to nie dotyczy.

Polska znalazła się na liście 10 priorytetowych obszarów w walce z piractwem – pod uwagę brano skalę piractwa, rozmiar legalnego i pirackiego rynku oraz tempo ich wzrostu od 2001 roku.

Donosząc o przyjęciu przez zmian w ustawie o prawie autorskim, prowadzących do zaostrzenia kontroli nad produkcją nośników optycznych (m.in. płyt CD i DVD), w celu zapobiegania piractwu, IFPI tak charakteryzuje polski rynek muzyczny:

Polskę otaczają kraje produkujące nadmierne ilości dysków optycznych, takie jak Rosja, Czechy czy Ukraina. Legalny rynek w Polsce nie jest w stanie wchłonąć w całości dużej liczby dysków produkowanych przez polskie wytwórnie. Polski rynek należy do największych w Centralnej i Środkowej Europie, a skala piractwa osiąga niedopuszczalnie wysoki poziom 45%. Piractwo nośników CD i DVD w dużej mierze zastąpiło dzisiaj piractwo kasetowe. Biorąc pod uwagę dramatyczny wzrost możliwości produkcyjnych, istnieje rosnące zagrożenie, że niektóre fabryki będą skłonne tłozcyć dyski optyczne bez niezbędnej autoryzacji ze strony artystów, muzyków i producentów.

7 wytwórni tłoczy w Polsce, według szacunków 386 milionów dysków rocznie, podczas gdy zapotrzebowanie ze strony legalnego rynku jest szacowane na 120 milionów.


Posted by alek at 19:48 | Comments (0)

kevin_sites.jpg

Kevin Sites prowadzi wspaniały blog, który wyróżnia się w morzu kompulsywnie aktualizowanych stron, na których, jak to w Internecie, perełki leżą przemieszane ze śmieciami.

Kevin Sites publikuje na swoim blogu, w nieregularnych odstępach, krótkie relacje z pobytu w Iraku, gdzie pracuje jako dziennikarz dla amerykańskiej stacji telewizyjnej NBC.

Blog ten jest dla mnie przykładem zastosowania blogów w celu tworzenia alternatywnych mediów. Początkowo, Sites prowadził bloga jako dziennikarz CNN w Iraku – i po kilku tygodniach został zmuszony przez stację do zawieszenia bloga. Nadawca uważał, że jako dziennikarz CNN Sites nie może na boku tworzyć treści, które nie podlegają edytorskiej kontroli. Jedni komentatorzy wskazywali, że taka pozycja jest zgodna z kontraktem Sitesa, inni nazywali CNN starym, zacofanym medium.

Obecnie Sites pracuje dla NBC i prowadzi swojego bloga bez przeszkód. Ten blog to także przykład mądrego wykorzystania możliwości prowadzenia bloga z telefonu komórkowego. Sites publikuje swoje posty poprzez email lub umieszcza na stronie pliki dźwiękowe, które nagrywa przez komórkę. Sto razy lepsze od przeciętnego mobloga.

W ostatnim wpisie Sites, moim zdaniem, pokazuje zarówno swój geniusz jako reportażysty, jak i możliwości niezależnego medium.

Omar został trafiony, stwierdza Sites i opisuje historię kurdyjskiego kamerzysty pracującego dla amerykańskiej stacji ABC, który kilka miesięcy temu został postrzelony w rękę, podczas kręcenia ulicznych zamieszek. Tekstowi towarzyszą zdjęcia ran Omara oraz operacji jego ręki, a Sites w cudwony sposób opowiada historię człowieka, unikając epatowania makabrą oraz zbędnej sensacji.

Dzisiaj trudno jest pokazać ofiary wojny w trakcie wieczornych wiadomości lub w dowolnym innym medium nadawanym w Stanach Zjednoczonych. Obrazy są przesycone polityką, nabierają znaczeń wykraczających poza bezpośredni przekaz. Często przemoc jest także zbyt straszna, zbyt trudna do przełknięcia w trakcie obiadu.

Pozostaje zadać pytanie: jak prawdę na temat ręki Omara mogą zrozumieć Ci, którzy jej nie widzieli?

Posted by alek at 18:57 | Comments (2)

27.03.2004: Forum Rozwoju Wolnego Oprogramowania

Właśnie odkryłem, na stronach Min.Informatyzacji, że w listopadzie 2003 Wojciech Szewko, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie, powołał do istnienia Forum Rozwoju Wolnego Oprogramowania:

Forum tworzy grupa społecznych ekspertów, których zadaniem będzie ścisła współpraca z ministerstwem w zakresie wspierania rozwoju i upowszechniania wolnego oprogramowania w Polsce oraz integracja środowisk zaangażowanych w działania na rzecz wolnego oprogramowania.

Na stronach Ministerstwa znajduje się lista członków forum i jego zakres działania.

Wątpliwości, niestety, zaczynają się mnożyć. Tłumaczenie nazw obcych sprawa nieprosta – jak starałem się pokazać na przykładzie cyfrowej rozpadliny. Tym razem – mam nadzieje, że wszystko wyjaśni się w trakcie dalszej lektury, używana nazwa wolne oprogramowanie budzi jednoznaczne skojarzenia z ruchem społecznym free software Richarda Stallmana. Ciekawe, czy świadomie odcięto się od ruchu open source? Unia Europejska, na przykład, stosuje zazwyczaj neutralną nazwę F/LOSS: Free/Open Source Software, które należałoby tłumaczyć jako Oprogramowanie Wolne / Otwartego Źródła (OWOŹ), ewentualnie Wolne / Otwarte Oprogramowanie (WOO).

WOO!

Brzmi całkiem dobrze.

Natomiast słowo forum zostało użyte nieco na wyrost, gdyż tworzy je sześć osób. Wśród członków dominują przedstawiciele sektora biznesowego i technicznego, w dużej mierze zajmujący się oprogramowaniem od strony technicznej (lub zarządzających projektami IT). Brak mi natomiast przedstawicieli trzeciego sektora, dla których oprogramowanie WOO stanowi cenny zasób oraz eksperta z jakiegoś miejsca na świecie lub w Internecie, w którym wokół open source dzieje się więcej niż w Polsce.


Posted by alek at 23:54 | Comments (6)

12 marca odbyła się w Ministerstwie Nauki i Informatyzacji prezentacja Narodowej Strategii Rozwoju Wolnego Oprogramowania.

Na stronach Ministerstwa dostępny jest PDF z tekstem strategii

Istnieje też lista dyskusyjna poświęcona sformułowaniu tejże strategii. Można się na nią zapisać przesyłając email o treści subscribe na “ten adres:mailto:nsrwo-request@frwo.linux.org.pl. Z listą jest związane Forum Rozwoju Wolnego Oprogramowania

Według serwisu 7th guard na liście trwają prace “z udziałem szeroko pojętej publiczności” nad Strategią. Autorzy strony polecają też tekst Krzysztofa Frydrychowicza pt. Lista pobożnych życzeń opublikowany przez Computerworld

Dopiero zamierzam wczytać się w strategię rządową, ale myślę, że faktyczny udział “szeroko pojętej publiczności” jest bardzo ważny.


Posted by alek at 23:43 | Comments (0)

26.03.2004: fanów muzyki różnią przekaźniki, nie przekazy

Brytyjska gazeta Guardian opublikowała na początku marca artykuł pt. Melody maker dotyczący zmian wśród słuchaczy popularnej muzyki.

Według cytowanych w artykule badań British Phonographic Industry (BPI), po raz pierwszy czterdziestolatkowie kupują więcej płyt niż nastolatki. Według najnowszych danych, z 2002 roku, osoby w wieku 12-19 lat kupiły 16.4% wszystkich sprzedanych albumów, czterdziestolatkowie kupili 19.1%, a pięćdziesięciolatkowie 14.3%. Niedługo osoby powyżej czterdziestego roku życia będą kupować ponad połowę wszystkich płyt.

Historia ciekawa dlatego, że w tle oczywiście czuć wpływ Internetu. Dla mnie sednem artykułu jest następujący akapit, pojawiający się po dłuższym fragmencie opisującym pokolenie obecnych czterdziestolatków, słuchających popularnej muzyki – w przeciwieństwie do wcześniejszych pokoleń – od zawsze.


Kiedyś pokolenia różnily się ulubionym gatunkiem muzyki – obecnie różnią się metodami konsumpcji. osoby poniżej 30 roku życia chcą móc dzielić się, wymieniać i ściągać muzykę, legalnie lub nie. Nie muszą jej posiadać, gdyż dźwięki są wszędzie. Jeśli już dokonają zakupu, wybrana forma może być równie nieznaczna co dzwonek do komórki. Przemysł muzyczny jest oczywiście przerażony, gdyż oczyma wyobraźni widzi własny upadek.

Starsi słuchacze także korzystają z Internetu, ale w przeciwieństwie do własnych dzieci zależy im na posiadaniu rzeczy na własność.

Jeden z przedstawicieli branży stwierdza, że jego firma “dawno temu przestała definiować docelowych słuchaczy na podstawie wieku. Stopień, w jakim muzyka jest dla nich ważna jest dużo bardziej znaczący”.

Podoba mi się, że w tekście nie tylko zarysowana zostaje wyraźna granica pokoleniowa, jeśli chodzi o korzystanie z Internetu, ale nie jest ona ukazana w sposób uproszczony. O odmiennym stosunku do sieci wymiany plików decydują nie tylko umiejętności, których starszym użytkownikom może brakować, ale także gusta i zawartość portfela.

Posted by alek at 5:39 | Comments (0)

19.03.2004: Cory Doctorow

doctorow.jpg

Uczestniczyłem wczoraj w spotkaniu z Cory Doctorowem, redaktorem bloga BoingBoing, działaczem EFF, samoukiem, pisarzem science-fiction i jednym z moich osobistych bohaterów Internetu.

Niestety, Cory zamiast mówić o prawach autorskich lub przekształceniach mediów przeczytał fragment nowej powieści. Mówię niestety dlatego, że przez to było jedynie "ciekawie", a nie "niesamowicie mądrze" - wolę jednak Doctorowa myśliciela od Doctorowa pisarza. Ciekawie zrobiło się dopiero podczas dyskusji, gdy okazało się, że Cory rzeczywiście na poczekaniu formułuje całe referaty i upycha je w odpowiedzi na proste pytania. Podobał mi się w sposób, w jaki od kwestii współtworzenia wiki przez wielu użytkowników zawędrował do Łysenki poglądów na zboże i chwasty. Niestety, nie potrafię odtworzyć ścieżki, jaką biegły jego myśli.

Spytany o plany na nadchodzący rok, Cory opowiedział o swoich nowych książkach oraz przeprowadzce do Europy, gdzie zostanie przedstawicielem EFF przy Światowej Organizacji Własności Intelektualnej. Działając przy WIPO, Cory najwyraźniej zamierza odwrócić do góry nogami lub zlikwidować szereg porozumień zacieśniających pęta reżimu własności intelektualnej.

Mam wrażenie, że Cory Doctorow to potężna postać i dobrze, że otwarty Internet ma go po swojej stronie.

Warto wiedzieć, że Doctorow z zapałem publikuje swoje opowiadania i powieści w Internecie. Większość z nich to science fiction pełna nawiązań do współczesnych zjawisk: systemów peer-to-peer, bezprzewodowego internetu, czy batalii o kształt systemu ochrony własności intelektualnej. Na swoich stronach, Doctorow udostępnia dwie powieści: Down and Out in the Magic Kingdom, Eastern Standard Tribe oraz szereg opowiadań ze zbioru Place so Foreign and 8 more.

W sieci można znaleźć sporo więcej, w tym Truncat, świetne opowiadanie nawiązujące do obecnego zamieszania z systemami wymiany plików.

W czasie spotkania z Doctorowem udało mi się zdobyć autograf na pierwszej w życiu e-książce!

doctorow_dysk.jpg

Posted by alek at 23:15 | Comments (0)

18.03.2004: dostęp do Internetu w Polsce iw Europie

gw_internet-w-europie_s.jpg
Na stronach Gazety Wyborczej znalazłem szereg wykresów zawierających informacje o dostępie do Internetu i podatku VAT na usługi internetowe w Polsce i w Europie, przydatny.

Niestety, do tego wykresu - tak jak do większości danych ilościowych o Internecie, na które trafiam - można podejść na dwa sposoby.

Z jednej strony, to przydatny wykres, z aktualnymi nieaktualnymi danymi (z marca 2004), pozwalający porównać polską sytuację z tą w Europie.

Z drugiej strony, poszczególne elementy z osobna, lub razem, nie mają żadnego sensu. Nie Już rozumiem, dlaczego według wykresu z prawej strony około 35% Polaków korzysta z Internetu, a według tego z lewej jedynie 26% (bo pierwszy wykres pokazuje tych z dostępem, a nie jedynie korzystających). Mapa nie uwzględnia nowych państw członkowskich w Europie Środkowej, z którymi także powinniśmy się porównywać. Wreszcie, nie mogę pojąć w jaki sposób odsetek Internautów w danym kraju może być mniejszy od odsetka gospodarstw domowych z dostępem do Internetu: jak słusznie zauważył M., odsetek ten jest większy w przypadku gdy średnia liczba mieszkańców domów bez Internetu jest większa od średniej liczby mieszkańców domów z Internetem. Proste.

Skąd zmiany? M. (patrz komentarze) wytknął kilka spraw dotyczących mojego ostatniego wpisu, a kilka wyjaśnił - konieczna stała się korekta
. Jak się okazuje, wykres, sam w sobie, oglądany trzeźwym okiem, jest dużo bardziej sensowny niż mi się zdaje - to znaczy, że pozorne sprzeczności da się wyjaśnić.
Będę się jednak upierał, że jego wydźwięk pozostaje niejasny. Moim zdaniem wykresy w gazetach części czytelników służą jako solidne źródło upakowanej informacji. Ale istnieją też czytelnicy, którzy na wykresy rzucają jedynie okiem, zwracając uwagę na ogólny wydźwięk wykresu.
Wygląda na to, że trudno zrozumieć, co tak naprawdę wynika z tego wykresu. Że wyniki są inne, jeśli policzymy domostwa, albo pojedynczych użytkowników? Że 10 procent Polaków ma dostęp do Internetu ale z niego nie korzysta?
Te rozbieżności dają mi do myślenia. Czy pytający i pytani, a potem osoby analizujące wyniki, biorą pod uwagę różnice między "posiadaniem dostępu" a "korzystaniem" - ja na przykład tego nie robię, bo posiadanie dostępu równa się w moim wypadku z korzystaniem. Cieszę się, że M. wskazał na tę różnicę, bo jest to wytrych do zrozumienia kilku kwestii. Z lektury rządowych dokumentów wynika, że polska strategia skupia się na zapewnieniu dostępu. Jakie mogą być tego skutki? Jak widać, wiele osób może mieć dostęp, ale z Internetu nie korzystać (jeśli wierzyć tym danym, do czego nie do końca jestem mimo wszystko skłonny). Być może, jeśli wzrost użytkowania Internetu przez Polaków uważamy za coś cennego, można mniejszym kosztem skłonić do używania osoby z dostępem, w przypadku których nie trzeba wydawać pieniędzy na sprzęt i połączenia, a jedynie na edukację

Posted by alek at 17:04 | Comments (14)

16.03.2004: Bendyk: myszy na pulpicie

Edwin Bendyk pisze w "Polityce" o komputeryzacji polskich szkół:
- o tym, że tylko połowę sprzętu kupił budżet - 30% sprzętu szkoły zakupiły z własnych funduszy, a 10% pochodzi od rodziców, sponsorów, samorządów
- o tym, że nawet jak jest sprzęt, to sami nauczyciele nie potrafią go wykorzystać: "30 proc. wie teoretycznie, jak wykorzystać nowe technologie do prowadzenia swoich lekcji, ale w praktyce robi to tylko około 12 proc." (uczniowie wiedzą oczywiście dużo lepiej, ale z tych zasobów polski system eduakcyjny, ze swoim skrajnie hierarchicznym modelem nauczania, szybko nie nauczy się korzystać)

Jedyne, czego moim zdaniem w tekście brakuje - to dokładniejszego przyjrzenia się kwestii treści i użycia tych komputerów. Bendyk rozmawia z osobami tworzącymi modele komputerowej edukacji, z producentami multimediów - ale nie formułuje wyraźnych wniosków. Tymczasem wydaje mi się, że brak świadomości roli, jaką odgrywa content jest w Polsce poważnym mankamentem. Nawet jeśli w klasach będą już komputery podłączone do Internetu, czy istnieją odpowiednie materiały, z których dzięki temu uczniowie będą mogli korzystać? Mam wrażenie, że nie. Cytowane przez Bendyka osoby mówią o nieznajomości przez nauczycieli wiedzy informatycznej - nikt nie wspomina o wykorzystaniu komputerów w nauczaniu innych przedmiotów.
Bendyk kończy stwierdzając, że:
Być może już wkrótce nasze szkoły zaczną pęcznieć od komputerów. Być może już wkrótce nasi urzędnicy będą się chwalić w Brukseli, że i w Polsce tworzy się społeczeństwo informacyjne. Warto wówczas pamiętać, że jego jakość mierzy się nie tylko liczbą komputerów i użytkowników Internetu. Ciągle parametrem najważniejszym jest liczba czytanych książek. A z tym w Polsce jest coraz gorzej.
Dlatego tak ważne jest tworzenie polskojęzycznych treści dostępnych przez Internet. Bez niego, komputery z dostępem do Internetu nadają się do nauczania informatyki. Gdy powstanie odpowiednia treść, te same komputery staną się książkami, które uczniowie będą mogli czytać.

Posted by alek at 17:59 | Comments (13)

del.icio.us to proste ale przydatne narzędzie o fajnej nazwie, które umożliwia prowadzenie online własnej listy zakładek (bookmarks). Niby nic specjalnego, ale jednak dużo wygodniejsze od rozwiązań oferowanych przez przeglądarki, które zawsze wydawały mi się niewygodne.
del.icio.us oferuje prosty sposób dodawania dłuższych opisów zakładek oraz ich kategoryzacji (system nie pozwala na wielostopniową kategoryzację, więc pewnie po jakimś czasie przestaje się skalować). Już to jest sporą zaletą.
Dodatkowe zalety wynikają z faktu, że wszystkie listy znajdują się online - możemy więc przejrzeć listę osoby, która stworzyła taką samą zakładkę jak my, lub zobaczyć, jakie strony inni zaznaczyli w tej samej kategorii.

Posted by alek at 16:50 | Comments (0)

15.03.2004: dyskretne metody badawcze

Michael Emmison i Philip Smith, w książce pt. “Researching the Visual” wspominają o tzw. dyskretnych metodach badawczych: studiowaniu zachowań ludzkich na podstawie śladów pozostawionych w fizycznym otoczeniu. Takie metody bywają nie tylko mniej natrętne wobec badanych, ale też bardziej wiarygodne.

Niestety, te dyskretne metody, przełożone na świat Internetu, natrafiają na przeszkody. Z jednej strony, trudno w ogóle wyróżnić analizę fizycznych śladów i zmian jako odrębną formę badawczą – w Internecie odpowiednikiem fizycznego otoczenia jest środowisko symboliczne. Cyfrowa rzeczywistość nie zużywa się – a to zużycie jest jedną z podstawowych miar w tego typu badaniach. Wreszcie, wszelkie pomiary “obiektywnych wskaźników” stają się szybko niczym więcej tylko śledzeniem użytkownika – np. gdy zamiast pytać go o odwiedzane strony będziemy szukać dostępu do “obiektywnych śladów” pozostawionych w rejestrach połączeń.

W książce Emmisona i Smitha znalazłem też ten zabawny cytat:

Radia w samochodach są zazwyczaj ustawione na określoną stację. Włączając radio możemy się dowiedzieć, kto czego słuchał. W latach 50-ych XX wieku, mechanicy samochodowi byli zatrudniani aby zbierać dane na temat popularności poszczególnych radiostacji. Choć bardziej zaawansowane metody są dzisiaj dostępne, ten sposób pozostaje rozsądnym rozwiązaniem dla pozbawionego funduszy badacza. Webb et al. [w książce “Unobtrusive Measures: Non-reactive Research in the Social Sciences”] radzi obserwować skale na radiach samochodów zaparkowanych na publicznych parkingach


Posted by alek at 19:39 | Comments (0)

Zawsze tak się dzieje, że na ciekawe historie z polskiego Internetu trafiam w serwisie Gazety Wyborczej, z jej przeklętym płatnym archiwum. Tym razem linki, które niedługo przestaną być uzyteczne prowadzą do artykułu i cybernękaniu oraz o serwisie porno podszywającym się pod stronę domową miasta Przeworsk. W obu przypadkach same historie nie są może fascynujące, ale pokazują jak w Polsce nie jest do końca jasne, jak działa życie w Internecie i kto jest winny, gdy zdaży się coś złego.
Pierwszy tekst dotyczy dziennikarki, której numer komórki został umieszczony w erotycznym anonsie na stronie Wirtualnej Polski. Dziennikarka wytoczyła proces nie tylko domniemanemu autorowi ogłoszenia, ale też WP, obarczając serwis winą za treść umieszczanych ogłoszeń.
Drugi opisuje jak władze Przeworska mają kłopoty z pornograficzną stroną zarejestrowaną w USA, której domena ma w nazwie Przeworsk (notabene, ciekawe kto wymyślił tak zmysłową nazwę dla pornoserwisu??).
Marian Szakalicki, naczelnik wydziału do walki z przestępczością gospodarczą KWP w Rzeszowie, komentuje sprawę w następujący sposób:
"Jeżeli ktoś poszukiwał strony miasta, a zamiast informacji o nim natrafił na pornografię i jeszcze zapłacił za połączenie, to wtedy na wniosek pokrzywdzonego policja może ścigać takiego nadawcę strony za oszustwo." oraz "Właściciela takiej strony można ścigać też za naruszenie wizerunku albo dobrego imienia, ale sprawa jest bardzo trudna do udowodnienia. Nazwy miast nie są bowiem zastrzeżone."
W drugiej sprawie naczelnik Szakalicki ma na pewno rację. Pierwszy komentarz jest jednak dużo ciekawszy, gdyż konsekwencje takiego podejścią są absurdalne. Mam wątpliwości, czy naczelnik wie o czym mówi - a jeśli tak jest, to na pewno nie wypowiada się jasno. Z jego wypowiedzi wynika bowiem, że za oszustwo należałoby ścigać nie tylko właściciela podejrzanej domeny, ale też właściela rejestru DNS, który zarejestrował wprowadzającą w błąd nazwę oraz właścicieli wyszukiwarki, która do tej strony użytkownika kieruje. Brzmi to, szczerze mówiąc, absurdalnie.
Podoba mi się też zwrot "nadawca strony" - po pierwsze dlatego, że w Internecie nie ma nadawców, a badacze mediów od dawna podkreślają rewolucyjne różnice między transmitowanymi masowo mediami (broadcast media) oraz nowymi mediami takimi jak Internet, w którym nadawcy albo brak, albo jest ich milion (zależy jak na to patrzeć).

Posted by alek at 0:33 | Comments (0)

10.03.2004: gry komputerowe znów winne

W dzisiejszej Gazecie Wyborczej (10.03.2004) znajduje się artykuł o negatywnym wpływie gier komputerowych (“Szkodliwe, niebezpieczne i wciągające” – i niestety za kilka dni niedostępne poza płatnym archiwum GW).

Pierwsza część artykułu dotyczy szwedzkich badań, które jednoznacznie stwierdzają, że gry mogą ze spokojnych nastolatków uczynić przyszłych kryminalistów, oraz że – co moim zdaniem jest bardziej istotne – granie i związane z nim złe nawyki żywieniowe sprzyjają otyłości.

Niestety, artykuł nie wspomina nic o samym badaniu, w związku z czym mam wrażenie, że to tylko kolejny głos w dyskusji pt. media i przemoc, w której regularnie przewijają się, niczym refren, takie stwierdzenia jak: “Zdaniem osób piętnujących brutalne gry komputerowe wszystkie badania dowodzą, że ludzie, którzy oglądają dużo przemocy w telewizji, wykształcają w sobie agresywne zachowania. Taka sama zasada obowiązuje ich zdaniem w grach komputerowych.”

W tekstach jak ten z Gazety i wywodach jak ten powyższy denerwuje mnie łatwość, z jaką uogólnia się zjawisko, przechodząc od (na pewno istniejących, i to być może całkiem często) przypadków patologicznych do wszystkich graczy wszem i wobec. Do tego brak jakiejkolwiek refleksji nad drugą stroną medalu, na którego froncie znajduje się gracz, ze swoim komputerem lub konsolą, obżarstwem, otyłością, nałogiem, podkrążonymi oczami i rosnącą agresją: jest nią ogromny przemysł rozrywkowy, który na tym zarabia, oraz masowa kultura, która przyzwala (nie twierdzę, że to źle) na istnienie tych form medialnych. Krytyką zdają się zajmować jedynie politycy walczący w wyborach, psychiatrzy wykonujący swój zawód, naukowcy szukający przebojowych tematów i dziennikarze, robiący to samo.

O absurdalności i zakłamaniu podejścia do przemocy w mediach prezentowanego w tekście świadczy, moim zdaniem, stwierdzenie, że “Nic dziwnego, że wsparty taką reklamą tytuł [kontrowersyjne “Grand Theft Auto 3”]sprzedaje się jak ciepłe bułeczki.” Dla mnie jest to bardzo dziwne, że duża część opinii publicznej uważa za normalne, że nagłośnione kontrowersje są naturalną dźwignią reklamy.

Jakby tego nie było dosyć, na poparcie tezy o szkodliwości gier przywołany jest szereg innych badań, w tym Let the games begin: Gaming technology and entertainment among college students, raport z badań wykonanych przez PEW Internet Project w Stanach Zjednoczonych. Z Gazety dowiadujemy się, że:

“Z danych Pew Internet & American Life Project wynika, że część amerykańskich studentów staje się maniakalnymi graczami tylko po to, aby unikać studiowania. Połowa studentów przyznała, że gry odciągają ich od nauki. (((to rzeczywiście straszne i niepokojące, że wykryto zajęcia odciągające studentów od nauki))) Wśród ankietowanych nie znalazł się nikt, kto w gry komputerowe nigdy nie grał. Prawdziwi nałogowcy najchętniej grają wczesnym rankiem lub późnym wieczorem.” I dalej: “Z badań Symanteca wynika, że komputery wyjątkowo łatwo stają się przyczynami stresu. Dziewięciu na dziesięciu użytkowników komputerów przyznaje, że problemy ze sprzętem regularnie wyprowadzają ich z równowagi.” (((co problemy ze sprzętem mają z grami wspólnego pozostaje zupełnie niejasne)))

Tymczasem w streszczeniu wyników zamieszczonym w raporcie znajdujemy następujące stwierdzenia:

Podczas gdy zainteresowanie grami rosło gwałtownie w ostatnich latach, dla jednego segmentu populacji – studentów – granie jest czynnością w dużej mierze codzienną. Gry komputerowe, wideo i online są wplecione w ich codzienne życia. Dodatkowo, gry są dużo bardziej społecznym zajęciem, niż się zazwyczaj przewiduje.

-wszyscy ankietowani studenci grali choć raz w gry komputerowe. 70% robi to przynajmniej czasem, 65% określa siebie jako graczy grających czasem lub regularnie

-granie jest sposobem na spędzanie czasu ze znajomymi. Według 20% granie pomaga polepszyć istniejące lub znaleźć nowe przyjaźnie

-gdy przyjaciele są nieobecni, granie może bywa czynnością zastępczą; 60% graczy uważa, że granie pomaga im spędzać czas, gdy znajomi sią neidostępni

-według 65% granie nie ma wpływu na ilość czasu spędzonego z rodziną lub przyjaciółmi

-granie jest zintegrowane z resztą dnia; studenci grają między zajęciami, lub robiąc przerwy w trakcie nauki

-granie jest częścią “środowiska wieloczynnościowego” (multitasking setting), w którym studenci jednocześnie grają, słuchają muzyki, wchodzą w interakcje z innymi, itp.

-większość studentów wiąże z grami pozytywne uczucia

-prawie połowa (48%) przyznaje, że granie odciąga ich trochę lub bardzo od nauki. 9% przyznało, że unikanie nauki jest głównym powodem, dla którego grają.

-liczba godzin poświęconych na naukę przez studentów-graczy jest podobna do liczby spędzonej średnio przez wszystkich studentów.

Podsumowując, to dobrze, że ktoś w Polsce czyta i cytuje PEW…. ale dlaczego w tak skrzywiony sposób?! (Poza tym szkoda, że nie ma badań polskich, z których możnaby korzystać)


Posted by alek at 18:17 | Comments (2)

8.03.2004: narzędzia cd: pomocnicy prywatności

Oto dwa kolejne:

Mailinator jest niezłym sposobem na ochronę własnego konta mailowego - przed spamem, przed udostępnianiem prywatnych adresów niepotrzebnym osobom, itd. - w sytuacjach, gdy skorzystanie z e-maila jest jednak konieczne

Mailinator to serwis, który pozwala stworzyć konto mailowe bez uprzedniej rejestracji: konto powstaje, gdy na serwer mailinatora przyjdzie mail wysłany na ten własny adres. To oznacza, że możemy w dowolnej chwili wymyślić konto w domenie mailinator, po czym sprawdzić, czy przyszedł już na nie list od firmy, która rząda podania e-maila w celu aktywacji konta, lub od pięknej osoby, którą chcemy poznać.

Prywatność można też chronić dzięki BugMeNot, serwisowi, do którego ludzie zgłaszają loginy i passwordy do popularnych serwisów wymagających rejestracji, takich jak np. New York Times. Każdy może z tych loginów skorzystać zamiast rejestrować konto na własny adres mailowy.

Posted by alek at 3:11 | Comments (2)

5.03.2004: PEW o tworzeniu contentu online

Kilka dni temu instytut PEW opublikował interesujące wyniki badania na temat tworzenia treści online przez amerykańskich użytkowników Internetu. Zaskakująco duży odsetek internautów, bo aż 44%, czyli ponad 53 miliony Amerykanów, wykorzystywało Internet do publikowania własnych przemyśleń, zdjęć czy prac. Co ciekawe tak popularne i medialne blogi nie zajmują wcale czołowego miejsca na liście najczęstszych "aktywności twórczych". Internetowe pamiętniki stworzyło od 2 do 7% internautów, a czyta je ok. 11%. Wcale nie tak dużo jak by się wydawało sądząc po rozgłosie, jaki to narzędzie otrzymuje.
Publikowanie zdjęć w Internecie jest właśnie tą czynnością, która cieszy się największą popularnością, oddaje się jej bowiem 21% procent użytkowników. 17% publikuje swoje teksty i inne materiały na stronach internetowych. Własną stronę prowadzi 13% amerykańskich internatuów.
Wśród internetowych twóców panuje równość ze względu na płeć, ale przeważają wśród nich studenci z szerokopasmowym dostępem do Internetu, osoby wykształcone i zamożne.
PEW wyróżnił trzy najbardziej charakterystyczne typy producentów treści:
- power creators - najbardziej entuzjastyczni twócy, średnia wieku 25., to oni najczęściej blogują, grają w gry i ściągają muzykę
- older creators - doświadczeni użytkownicy, średnia wieku 58., wysokie wykształcenie, wymieniają zdjęcia, poszukują informacji o przodkach i (sic!) tworzą strony domowe.
- content omnivores - wszystkożercy, ok 40 lat, spędzają najwięcej czasu w Internecie, wykonują różnorodne czynności w sieci.
Wyniki PEW są dosyć optymistyczne. Jeśli prawie połowa amerykańskich internautów ma jakikolwiek własny wkład w zawartość sieci to znaczy, że medium to nadal spełnia kryteria przestrzeni umożliwiającej łatwiejsze wyrażanie siebie.

Posted by justyna at 12:25 | Comments (15)

4.03.2004: w samym środku globalizacji

Na stronach czasopisma Foreign Policy znajdują się wyniki 4 dorocznego Indeksu Globalizacji, swoistego rankingu państw obliczonego przez FP przy współpracy z firmą konsultingową A.T. Kearney.

Globalizacja jest jednym z wielu modnych dzisiaj, superzłożonych idei, których znaczenie nie jest do końca jasne. W przypadku indeksu FP, miara globalizacji państwa jest liczona na podstawie czterech wskaźników:


  • integracja ekonomiczna: handel, inwestycje zagraniczne, przepływ kapitału

  • połączenia dzięki technologii: użytkownicy Internetu oraz podłączone do Sieci serwery (w tym bezpieczne serwery)

  • Kontakty osobiste: międzynarodowe podróże i turystyka, międzynarodowa komuniakcja telefoniczna, prywatne przelewy międzynarodowe

  • Zaangażowanie polityczne: członkostwo w międzynarodowych organizacjach, udział w misjach pokojowych ONZ, przyjęte międzynarodowe porozumienia, wymiany rządowe

Pierwsza dziesiątka indeksu to Irlandia, Singapur, Szwajcaria, Holandia, Finlandia, Kanada, USA, Nowa Zelandia, Austria i Dania.

Czechy są 13-te, Słowacja 21-sza, Chorwacja 23-cia, Węgry 26-te.

Polska zajmuje dokładnie środkową, 31-szą pozycję, tuż za Grecją, Japonią i Botswaną a przed Koreą Południową, Filipinami i Argentyną.

Wykres przedstawiający 20 czołowych państw pokazuje wyraźnie, w jak różnym stopniu cztery składowe czynniki przyczyniły się do pozycji różnych państw. Np. w przypadku USA nieproporcjonalnie dużą rolę gra technologia, a w przypadku Irlandii wskaźniki ekonomiczne.

Szczegółowe dane dla Polski znajdują się tutaj.
Wszystkie dane są dostępne jako plik .ZIP lub jako PDF-y na stronie firmy A.T. Kearney.
Z punktu widzenie badania Internetu przydatna, jak zwykle, jest zgrabna tabelka z danymi na temat mieszkańców z dostępem do Internetu w latach 1998-2002
Jest tego dużo, dużo więcej, łącznie z indeksem globalizacji kulturowej.


Posted by alek at 20:17 | Comments (0)

3.03.2004: narzędzia cd.

tym razem będzie znów technicznie - natrafiłem na kilka narzędzi ułatwiających wspólną pracę nad jednym tekstem.

Ostatnio, uczestniczyłem w pisaniu tekstu we trójkę i moim sprytnym pomysłem było użycie wiki jako narzędzia, dzięki któremu tekst będzie w jednym miejscu, zamiast krążyć w różnych wersjach pomiędzy naszymi skrzynkami pocztowymi. Sukces był częściowy, a te dwa narzędzia wydają się fajne, choć jeszcze ich nie używałem: QuickTopic Document Review oraz d3e.

A notka wzięła się stąd, że czytam tekst Jona Udella pt. Internet Groupware for Scientific Collaboration, w którym Udell dochodzi do wniosku, że istniejące narzędzia nie umożliwiają zbiorowej pracy przy pomocy Internetu w takim stopniu, w jakim jego zdaniem powinny. Na samym wstępie zauważa oczywiście, że Internet został stworzony by ułatwić współpracę naukowców - i że cel ten ciągle nie został osiągnięty, gdyż Internet jest raczej "szalonym małżeństwem elektronicznego wydawnictwa i telewizji, niż zaprojektowanym rozwiązaniem grupowej współpracy". Udell zgrabnie krytykuje istniejące konfiguracje narzędzi, używane do takich celów jak właśnie wspólne pisanie tekstów, tworzenie zbiorów artykułów czy ustalanie terminów spotkań. I proponuje lepsze rozwiązania, lepsze narzędzia.

Oczywiście Internet pozostaje ciągle jeden krok przed Udellem, polecane przez niego (w roku 2000) aplikacje czasem już nie istnieją. A email działa nadal. Poza tym Udell nie wychyla nosa poza wąski paradygmat "naprawmy technikę z pomocą nowych technik" - co niekoniecznie jest najlepszym pomysłem.

Posted by alek at 3:42 | Comments (0)
witajcie, przyjaciele!
planujemy iCommons Polska

Uczestniczymy w pracach przygotowawczych do stworzenia iCommons Polska, polskiej odnogi projektu Creative Commons.

tłumaczymy na polski Free Culture Lawrence'a Lessiga

Terminal jest poświęcony monitorowaniu i socjologicznemu namysłowi nad zmianami, jakie powoduje rozwój nowych mediów.
Nowe komentarze wydarzeń i linków pojawiają się co tydzień.
! Na stronie o nas znajdziesz informację o autorach terminala.
ENGYou will find information about authors of the terminal on the about us page.


archiwum
ostatnio dodane
najnowsze komentarze
linki
CZARNY LUD
to tłumaczenia tekstów, które w krótkich formach kryją głęboką refleksję o internecie i jego okolicach. Każdy tekst jest też dostępny jako gotowy do druku PDF. Nasze palce są czarne od tuszu drukarek.
!William Gibson: W KLESZCZACH DRA SATANA

!Bruce Sterling: CIEMNA STRONA WOLNOŚCI. ŻELAZNA PIĘŚĆ, NIEWIDZIALNA DŁOŃ, I WALKA O DUSZĘ OPEN SOURCE

movable type
Creative Commons License
Blog na licencji
Creative Commons.