29.02.2004: Creative Commons Moving Image Contest
Z wielką przyjemnością informuję, że krótki film pt. "CCC" zrobiony przez Kubę Tarkowskiego i Alka Tarkowskiego zdobył trzecią nagrodę w konkursie ogłoszonym przez Creative Commons na film przedstawiający misję organizacji.
Mamy nadzieję, że będzie to pierwszy krok propagujący idee CC w Polsce.
Film do ściągnięcia ze stron Creative Commons.
27.02.2004: narzędzia: FireFox, BlogLines, eAktywizm
1. Fundacja Mozilla wypuściła kolejną wersję przeglądarki Firebird, która w mięzyczasie została przemianowana na Firefox, z przyczyn reklamowych: Mozilla stara się stworzyć ‘silny’ brand, które będzie w stanie konkurować z Explorerem nie tylko w marginalnej rzeczywistości hakerów i miłośników open source, ale też w świecie, gdzie użytkownikom zależy na fajnej nazwie, logo, itp.
Firefox to, tak jak Explorer, a w przeciwieństwie do Mozilli i Netscape, jedynie przeglądarka, dzięki czemu zajmuje rewelacyjnie niewiele. Firefox ma w porównaniu z Explorerem wiele zalet, m.in. blokuje pop-upy, wprowadza bardzo wygodne zakładki na stronie, w których można otwierać linki zamiast w nowych oknach, posiada świetne dodatki, jest darmowy i open source. Dla niezdecydowanych polecam tę stronę, z 10 powodami, dla których warto używać Firefoksa (po angielsku).
2. Syndykacja RSS wydaje się świetnym sposobem na szybkie ogarnięcie masy pojawiającej się codziennie w Internecie informacji. RSS to alternatywny format, w którym wszelkiego rodzaju strony, w tym blogi, publikują treść. Pliki RSS są czytane przez tak zwane agregatory, przeglądarki swego rodzaju, w których możesz jednocześnie przejrzeć i przeczytać treść z wielu stron, bez zbędnego wpisywania adresów i klikania.
Dotychczas wszystkie agregatory, których próbowałem, wydawały się bardzo niewygodne. Teraz zdecydowanie polecam serwis Bloglines – który jest agregatorem dostępnym z poziomu strony WWW, a więc nie trzeba nic instalować.
Niestety, wiele polskich stron nie udostępnia strumienia RSS, a szkoda.
3. Natrafiłem ostatnio na post dotyczący 10 najlepszych narzędzi dla e-aktywizmu. Wszystkie wymienione aplikacje są darmowe, umożliwiają zakładanie – według autorów w najwygodniejszy możliwy obecnie sposób – systemów CMS, blogów, ankiet, newsletterów, forów itp.
24.02.2004: 24.02.2004: szary wtorek

Terminal. był dzisiaj szary nie przez przypadek.
Jak już pisałem przed kilkoma dniami, dzisiaj, we wtorek 24 lutego 2004, organizacja Downhill Battle prowadzi akcję pt. Grey Tuesday. Downhill Battle określa siebie jako grupę muzycznych działaczy, a Szary Wtorek jest protestem przeciwko naciskom EMI aby wyłączyć z obiegu płytę “Grey Album” DJ Danger Mouse’a (poprzez wycofanie ze sklepów płyt CD i zlikwidowanie stron, które udostępniają wersje mp3 utworów). Całe zamieszanie dotyczy oczywiście samplów z albumu “White Album” Beatlesów, do których EMI posiada prawa autorskie.
Tak przynajmniej uważa EMI. Ja zgadzam się z Downhill Battle, które uważa ten konflikt za wzorcową sytuację, w której archaiczny system praw autorskich, narzucany przez wielkie medialne korporacje, powstrzymuje rozwój sztuki i jej rozprowadzanie w szerokim obiegu kulturowym.
W ramach Grey Tuesday płyta “Grey Album” jest dzisiaj udostępniana na licznych stronach, które traktują umieszczanie plików jako akcję obywatelskiego nieposłuszeństwa. EMI już zaczęło rozysłać listy grożące procesami. Downhill Battle w odpowiedzi oznajmiło, że umieszczenie plików na stronie organizacji jest działalnością polityczną, a więc niekomercyjną i przez to zgodną z obowiązującym systemem praw autorskich.
Na stronie Grey Tuesday znajduje się lista stron udostępniających dziś płytę.
O całym zamieszaniu postaram się kiedyś jeszcze napisać, po przypadek jest podręcznikowy, a historia wspaniała: korporacja, która nie chce się zmienić, działacze i słuchacze, którzy nie chcą się poddać, oraz sam DJ, który nie sprzeciwia się żadaniom EMI, bo jak twierdzi jego znajomy “chce móc jeszcze zrobić karierę” i który niepokoi się tylko, czy “płyta spodoba się Ringo i Paulowi”.
Myślę też, że warto o tym pisać, bo radykalne zmiany zachodzące na rynku muzycznym (patrząc szerzej, medialnym) , wyznaczane w dużej mierze przez napięcie między zachowaniami ludzi a wymogami istniejącego prawodawstwa, nie są w Polsce zbyt dobrze opisywane – brak wielostronnego spojrzenia.
Na temat DJ Danger Mouse’a znalazłem dziś wzmiankę w Gazecie Wyborczej, którą zamieszczam tutaj.
W ujęciu Gazety sprawa ogranicza się do wymiaru artystycznego: “DJ zremiksował -> stała się przebojem” oraz karno-prawnego “nie pytał o zgodę twórców -> EMI zażądała wstrzymania dystrybucji”. Jednak zdanie wzięte z tego artykułu ukazuje dobrze absurdalność obecnego systemu prawnego:
Kłopot w tym, że Danger Mouse zmiksował muzykę, nie pytając o zgodę jej twórców.
Kłopot w tym, że twórcy nie mają tu nic do gadania, bo dawno temu oddali prawa do swoich utworów EMI.
Internet Standard opublikował tekst pt. Polskie TOP 10 - witryny o najwyższej liczbie użytkowników. Tytuł należy – jak to uczyniłem w tytule – natychmiast wziąć w ogromny nawias, gdyż TOP 10 opiera się na danych z systemu “Gemius”http://gemius.pl, który obserwuje tylko fragment polskiego Internetu. Brak oczywiście największych polskich portali (onet.pl. wp.pl, interia.pl, gazeta.pl oraz rp.pl, choć to nie portal). http://panel.pbi.org.pl/.
Pytanie też, czy wszystkie liczące się portale są podłączone do systemu Gemius. Od tego zależy, na ile należy wierzyć wynikom, które – nawet jeśli nie ukazaują “TOP 10” polskiego internetu, są ciekawe.
Już na pierwszy rzut oka widać, jak strasznie popularny jest serwis Allegro – co miesiąc korzysta z niego 20-25% Internautów. Wysokie miejsce zajmuje serwis gratka.pl, który też jest swego rodzaju ineternetową aukcją, pośrednikiem. Pozycja sciąga.pl dowodzi, że najmłodsi internauci dobrze wiedzą, jak używać Internetu, można więc się spodziewać sporych przemian w edukacji – pytanie, czy ktoś je zauważa i bada? Wreszcie, nawet w ramach TOP 10 znajdują się witryny, które odwiedza około 5% polskich Internautów. Ruch w polskim internecie jest więc bardzo mocno skrzywiony, poza kilkoma portalami, serwisem blogów, dziwacznym serwisem oferującym internetowe ankiety, dwoma aukcjami online i serwerem reklamowym istnieje wielkie morze małych stron i ich rozdrobnionych publiczności.
Oto najnowsze wyniki ujawnione w artykule, z listopada 2003. Co ciekawe, lista TOP 10 jest dosyć płynna i zmieniała się kilkakrotnie w ciągu 2003 roku – głównie z powodu podłączenie strony allegro.pl oraz serweru reklamowego GRPNet do systemu.

Korzystając z okazji zajrzałem na strone PBI, które też zawierają kilka ciekawych okien na polski Internet. Z tego co rozumiem, PBI istnieje, aby zapewnić największym portalom rzetelne informacje na temat ich udziałów na rynku. Dane są zbierane zarówno z poziomu stron WWW, na których skrypty rejestrują ruch, jak i poprzez badanie panelowe, którego uczestnicy instalują w komputerach programy obserwujące ich zachowanie online.
Samo PBI deklaruje, że została powołana w celu “stworzenia standardu badań Internetu w Polsce”. Miejscami – na przykład przekonując Internautów, aby wzięli udział w panelu, PBI używa argumentu, że jako jedyna zbiera cenne dane na temat zachowań w Internecie. Szkoda tylko, że żadne z tych danych nie są udostępniane publicznie, miejmy nadzieję, że to się niedługo zmieni – byłby to wielki wkład w rozwój polskiej internetyki!
Najciekawsze na stronie PBI są okresowe biuletyny, w których publikowane są fragmenty listów uczestników panelu. Dane są oczywiście anegdotyczne, ale niektóre listy odsłaniają naprawdę ciekawe (albo wręcz dziwne) punkty widzenia.
W biuletynie z końca września 2003 PBI prosi użytkowników, żeby nie traktowali okresowo otrzymywanych wiadomości jako zachęty do częstszego korzystania z Internetu. List kończy się błagalną prośbą: Bardzo prosimy, drodzy Paneliści – nie zmieniajcie swoich nawyków związanych z Internetem, zachowujcie się tak jak zawsze!. Oto dowód kłopotów, jakie powoduje techniczny pomiar zachowań!
W “kolejnym biuletnie, z października, możemy przeczytać reakcje uczestników:
To dobrze, ze nie ponaglaja Panstwo do “intensywnego” korzystania – to uspokaja. (Bo czasem mam niepokoj, ze byle jak korzystam z Internetu. I ze jestem leniem.) Uspokoilem sie. Jestem nie tyle typowym, co soba. Raz na kilkanascie dni wariatem, siedzacym przez noc.[...]
“niepokój, że byle jak korzystam z Internetu”, połączony z deklaracją własnej niezależności online, bardzo mi się to podoba.
22.02.2004: szukając Janet Jackson
Czasem Internet rzeczywiście wygląda niemal jak śmietnik. Śmietnik to ulubiona metafora pesymistów wierzących w technologiczny determinizm. Starałem się znaleźć cytat ze Stanisława Lema, w którym porównuje Internet do śmietnika, jestem pewien, że taki istnieje, ale Google nie okazał się pomocny. Lema poglądy na Internet, to moim zdaniem temat odrębny i ogromny, wart krytycznej analizy.
Może tylko zacytuję przy okazji fragment, w którym Lem sprzeciwia się koncepcji otwartości oraz krytykuje zasadę bezmyślności sieci:
"Oto potrzebne są nam nie sieci bezmyślne, nie utysiąckrotnione telefony, faksy, interakcyjne media, lecz ulokowane w sieci odpowiedniki wartościującej informację inteligencji, które wszystko, co jest informacyjnym śmieciem, pochłaniałyby i jako filtry zezwalały jedynie na przepływ wiadomości oraz wizualnych treści ani nie propagujących zła i głupoty, ani nie szkodzących wszystkiemu, co by mogło stać się dla człowieka pożyteczne. Lecz o takich "wstawkach" w Internet możemy obecnie tylko marzyć." (Ryzyko Internetu, cz. 4).
Bezmyślność Internetu i związana z nią zasada end-to-end, zgodnie z którą cały "rozum" sieci znajduje się na jej końcach, a wszelkie próby kontroli lub filtrowania pomiędzy końcami wypacza ideę Internetu. Słucham właśnie prelekcji Cory'ego Doctorowa, pisarza SF i działacza walczącego o reformę systemu praw autorskich. Czytając Lema, słyszałem jak Doctorow chwali zasadę end-to-end, stwierdzajac, że to dzięki niej Internet działa tak dobrze. Jak dla mnie, to Doctorow jest półbogiem świata nowych mediów, szkoda tylko, że w Polsce jeden z bardziej popularnych publicystów ma tak średniowieczne poglądy. Zamiast Lema lepiej czytać Edwina Bendyka, który dużo lepiej sonduje nurt Internetu, zamiast porównywać go, jak Lem, do biblijnego potopu.
Wracając do śmietnika, którym Internet nie jest, choć czasem sprawia wrażenie jakby składał się głównie z błachostek, badziewia i błyskotek:
ZDNet donosi, że w dziennym rankingu wyszukiwarki Lycos, The Lycos 50 Daily Report zapytania dotyczące odsłoniętej piersi Janet Jackson w przerwie finałowego meczu ligii amerykańskiego futbolu, SuperBowl, pobiły wszelkie rekordy objętości. Zdaniem Lycos ich liczba była porównywalna z natężeniem zapytań dotyczących ataków terrorystycznych, tuż po 11 września 2001. Inne wyszukiwarki - Google i Yahoo - donoszą, że naga pierś Janet była najpopularniejszym hasłem w dniu meczu i tuż po. Wiadomo oczywiście, że jest to jedno z tych wydarzeń, które otrzymują jedynie 15 minut na radarach publiczności. Niemniej fakt, że w online najważniejsze są ataki terrorystyczne i nagie piersi piosenkarek, daje do myślenia. Więcej danych o podobnym wydźwięku dostarcza coroczny Zeitgeist Google'a.
Jedną z podstaw opisu społeczeństwa sieciowego i informacyjnego jest analiza zachodzących przekształceń czasu i przestrzeni. Autorzy tacy jak Manuel Castells czy Paul Virilio piszą o dominacji czasu nad przestrzenią, o prędkości (komunikacji), przez którą zanika dystans. W globalnych strukturach sieciowych odległości nie wyznacza geografia, lecz odległość liczona w węzłach sieci. Globalne sieci telekomunikacyjne teoretycznie likwidują dystans - bity płyną przez sieć niemal natychmiastowo.
W praktyce, infrastruktura Internetu ma swoje wąskie gardła i przepływ informacji między dwoma miejscami nie jest zupełnie natychmiastowy. MappingTime to program, który ukazuje odległości geograficzne mierzone nie w jednostkch odległości, lecz czasu, jaki potrzebują pakiety danych, bo dotrzeć z jednego miejsca do drugiego. Wirujący glob ziemski wybrzusza się, ukazując relatywnie większą "odległość" między miastami. Ponieważ pomiary dokonywane są w czasie rzeczywistym, kula ziemska pulsuje, w miarę jak zzatykają się i odtykają kanały przepływu danych.
Mapping Time to kolejna - po liście zapytań w Soulseeku - okazja do "odczucia" cech Internetu, które zazwyczaj są jedynie abstrakcyjnymi hasłami.
Grey Album to płyta DJ Danger Mouse’a będąca miksem White Album The Beatles i Black Album Jay-Z. Roc-A-Fella, wydawca płyty Jay-Z, która ukazała się pod koniec zeszłego roku, wydał też wersję a capella płyty – zachęcając do tworzenia remiksów. Kłopot w tym, że wydany w 1968 roku album Beatelsów jest objęty ścisłą ochroną praw autorskich, egzekwowaną przez EMI.
Jak więc można było się spodziewać, w lutym EMI zarządało wycofania ze sprzedaży 3000 kopii albumu oraz zdjęcia z serwerów kopii płyty.
Grey Album zebrał pochwały krytyków muzycznych. Jest też uważany za przykład uczciwego samplowania, które otwarcie oddaje hołd twórcom samplowanego materiału.
To oczywiście nie pierwszy raz, gdy korporacje medialne ścigają osoby wykorzystujące materiały objęte prawami autorskimi. Jednak po raz pierwszy od dawna ścigany przez korporację twórca stworzył dzieło znaczące artystycznie i mające szansę być komercyjnym sukcesem.
Przypadek Grey Album przyciągnął szybko uwagę organizacji i działaczy walczących z obecnym systemem praw autorskich. Dla nich, jest to przykład ograniczania twórczości, przez archaiczny system praw autorskich.
Ktoś słusznie zauważył, że EMI nie potrafi zauważyć, że Grey Album jest świetną promocją Beatlesów w sytuacji, gdy coraz trudniej będzie ich wypromować – trudno się spodziewać, by istniało dużo więcej nieznanych, ukrytych utworów, które EMI odnajdzie i będzie mogło wydać jako nowość.
Najbliższy wtorek został ogłoszony Szarym Wtorkiem. Tego dnia odbędzie się internetowa akcja obywatelskiego nieposłuszeństwa koordynowana przez organizację
8.02.2004: WYŁĄCZENIE TECHNOLOGICZNE
Tłumaczenia terminologii związanej z nowymi mediami na polski zazwyczaj sprawia kłopoty. Ekwilibrystyka słowna wokół spolszczenia terminu digital divide mnie zachwyca. Jak już kiedyś pisałem, w czasie IV Forum Internetu Obywatelskiego (2003) dyskutowano o podziale informacyjnym i cyfrowym wykluczeniu.
Biuletyn Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego z czerwca 2002 roku wspomina o cyfrowym pęknięciu.
W czasie Panelu Dyskusyjnego „Cyfrowe Techniki Komunikacyjne Dziś i Jutro – Technika – Rynek – Społeczeństwo” dyskutowano o cyfrowej barierze.
Można też oczywiście terminu nie tłumaczyć.
Osobiście uważam, że cyfrowy podział brzmi dobrze i oddaje sens oryginalnego pojęcia, więc po co wydziwiać? Pojęcie to stosują autorzy raportu "Polska w drodze do globalnego społeczeństwa informacyjnego".
Tymczasem dziś w Gazecie Wyborczej, streszczając w tekście "Posiadanie komputera się opłaca" angielskie badania wpływu posiadania komputera na zatrudnienie, wyniki w pracy, dobrobyt, itp., Hubert Salik pisze o technologicznym wyłączeniu.
Niestety, jest to tłumaczenie beznadziejne, gdyż nikt ze wspomnianych powyżej autorów, nawet tych, którzy mylą bariery z podziałem (to jednak co innego), nie dyskutują o technological shutdown. Pamiętajmy więc:
1. nikt nie zostaje wyłączony za nieposiadania komputera (ludzi ogólnie rzecz biorąc nie da się wyłączać).
2. Istnieje jeszcze kilka innych technologii niż cyfrowe, więc na razie nie ma co tych dwóch pojęć mieszać.
3.02.2004: RealPlayer bez spyware dzięki BBC
BoingBoing donosi, że na stronach BBC znajduje się wersja RealPlayera pozbawiona spyware, które zazwyczaj dołączone jest do tego programu.
Jest tak najwyraźniej dlatego, że BBC, jako publiczny nadawca, pobiera od użytkowników (angielskich) abonament i nie może narzucać im dodatkowych kosztów, za jaki uchodzi spyware dołączone do oprogramowania.
Szczerze mówiąc nie jest to ani jasne, ani przekonywujące wyjaśnienie. Ale sprawa jest ciekawa, bo to znaczy, że wszyscy inni słuchacze BBC w Internecie uprawiają free-riding* na masową skalę, jadą na plecach brytyjskich widzów i słuchaczy.
BBC ma w planach jeszcze fajniejsze projekty, niż wymuszanie na Real Networks bardziej uczciwego oprogramowania - w sierpniu dyrektor BBC ogłosił projekt BBC Creative Archive, który będzie udostępniał za darmo, w Internecie, archiwa filmowe BBC.
Oby tylko GW i Rzeczpospolita poszły za przykładem i otworzyły swoje archiwa.
* Free-riding: korzystanie, bez własnego wkładu, z dóbr wspólnych, w które inni inwestują.





CZARNY LUD


