26.01.2004: nowe media na nowo widziane

Oto najciekawsze fragmenty, oferujące nowe spojrzenie na nowość mediów. Wszystkie cytaty pochodzą z książki New Media.1740-1915, pod redakcją Lisy Gitelman i Geoffrey’a B. Pingree.
Osobiście za najciekawsze uważam uwagi dotyczące rozumienia pozycji jednego medium w szerszym kontekście kultury kształtowanej przez wszystkie inne media.
Oraz nastawienia badawczego, które rozważa “co mogloby być?”, zamiast przyjmować zastany stan medium za oczywisty.
Wreszcie koncepcja “kryzysu tożsamości medium”, okresu, w którym jego charakter nie jest jeszcze ustalony – pytanie, czy Internet ciągle przez ten kryzys przechodzi, czy też ostygnął i okres dorastania ma już za sobą.
- “Częścią naszego doświadczenia z nowymi mediami jest doświadczanie ich nowości.”
- Wszystkie media były kiedyś nowe – każde medium możemy analizować jako wyłaniające się w określonym historycznym kontekście.
- Istnieje moment, w którym materialne właściwości oraz sposoby postrzegania nowego medium nie zostały ustalone. Medium nie jest jeszcze neutralne, a znaczenia są płynne. “W takich chwilach nowe media przez chwilę podają w wątpliwość mityczną naturę i zrytualizowane konwencje istniejących mediów, podczas gdy same zaczynają być definiowane w ekonomii percepcji i smeiotyki, którą jednocześnie przekształcają”
- Badania nowych mediów to przykład “historiografii kryzysu” – nowe medium przechodzi okres kryzysu tożsamości, gdyż jego status względem zastanych mediów i ich funkcji jest niejasny. ”[...]gdy nowe media wyłaniają się w społeczeństwie, ich miejsce jest początkowo niewyraźnie określone [...]”
- Z czasem, znaczenia i funkcje medium zostają ustalone poprzez istniejące w społeczeństwie nawyki korzystania z mediów, podzielane pragnienia nowych zastosowań oraz proces powolnej adaptacji między dwoma powyższymi czynnikami
- Kwestia martwych mediów: nawet media, których _żywot_ jest krótki, warte są naszej uwagi, gdyż odsłaniają naturę kultury jako całości dzięki swoim więziom z trwalszymi mediami. Nieudane media nie są zazwyczaj przedmiotem badań – rozwiązaniem może być nastawienie badawcze, które oprócz stanu “jaki jest” bada stan, który “mógłby być”, albo “był, ale tylko przez chwilę”
- Istnieją według Paula Duguida dwa mylne podejścia redukujące doświadczenie nowego medium: idea następowania po sobie mediów, według której nowe medium zwalcza lub wchłania poprzedników. Oraz idea rosnącej przejrzystości, według której każde nowe medium w coraz większym stopniu wyzwala informację od niedogodności poprzednich, “nienaturalnych” mediów.
- Takie założenia są do pewnego stopnia prawdziwe – przez telefon przekażemy sobie więcej niż przez telegraf. Niemniej, aby zrozumieć medium trzeba przyjrzeć się przekazowi samego medium, temu “nienaturalnemu” czynnikowi mediacji.
- “Media [...] zacierają własne historyczne konteksty.” – nasze rozumienie przeszłości jest zapośredniczone poprzez media – “Po części zapominamy, co znaczyły starsze media, gdyż nie pamiętamy, jak znaczyły.”
- “Gdy media wyłonią się, staną znajome poprzez ich używanie, sprawiają wrażenie prostych, a więc pozbawionych historii.”
- Ignorując historię danego medium, jesteśmy zdani na uproszczone definicje oferowane przez korporacje medialne albo proste łańcuchy przyczynowe opisywane przez niektórych historyków.
“W takim stopniu, w jakim “media” są narzędziem komunikacji, pojawienie się nowego medium jest zawsze okazją do ukształtowania się nowej społeczności lub szeregu takowych, pojawienia się nowej równowagi.” - W tym zbiorze, medium jest rozumiane jako społecznie zrealizowana struktura komunikacji. Komunikacja to kultura: “proces kulturowy obejmujący nie tylko same przekazy informacji, ale także zrytualizowane rozmieszczenie nadawców i odbiorców” (za Jamesem Carey’em)
- Każdy esej dotyka kwestii związku między ideami a światem materialnym, podkreślając “mocną relację między kontekstem materialnego, technicznego rozwoju oraz zmianami zachodzącymi w rozumieniu zjawisk i ich wyobrażeniach.
- Media mogą być – i często są – postrzegane jako próby udoskonalenia, zwiększenia ludzkich możliwości. “Jednak media to więcej niż tylko przedłużenia – media wchłaniają w siebie ciała i są przez nie wcielane. Media są tworzone, by pasować do ludzi. Słuchawki telefonu dosłownie pasują do ludzkich ust i uszu. Także kable telefoniczne, satelity i anteny wpasowują się pomiędzy potencjalnych użytkowników, jako kluczowe części sieci komunikacji i wymiany informacji, które kształtują znaczenie komunikacji dla jednostek żyjących dzisiaj.”
- “Jeśli media dopasowują się do ludzi, to ludzie dostosowują się, świadomie lub nie, aby pasować do mediów.”
- Media często podkreślają swoje nowatorstwo poprzez przedstawianie starych mediów: pierwsze drukowane książki wyglądały jak manuskrypty, sieć WWW ma strony.
22.01.2004: V Forum Internetu Obywatelskiego
Wczoraj (21.stycznia), przy okazji targów Komputer Expo 2004, odbylo sie V Forum Internetu Obywatelskiego poświęcone ochronie praw obywatelskich w sieci. Na program forum złożyły się 4 indywidualne wystąpienia, przyznanie nagrody Internetowego Obywatela Roku oraz dyskusja panelowa na temat ochrony prawa jednostki do prywatności w sieci.
Sądząc po liczbie słuchaczy impreza wzbudziła umiarkowane zainteresowanie, została natomiast całkiem dobrze nagłośniona w mediach, m.in. w radiowej Trójce.
Udało mi się wysłuchać wszystkich prezentacji za wyjątkiem jednej i niestety jestem bardzo rozczarowana poziomem przedsięwzięcia. Po pierwsze nasuwają się wątpliwości dotyczące podstawowej kwestii - wyboru tematu przewodniego forum. Czy rzeczywiście zagadnienie ochrony prywatności jest najbardziej palącym tematem, któremu należy poświęcać imprezę odbywającą się raz do roku? Czy wobec przemian, przed którymi stoi nasza administracja zobligowania do realizacji wytycznych europejskich dotyczących społeczeństwa informacyjnego, nie znalazłyby się ważniejsze problemy do omówienia?
Druga sprawa to szczegółowy dobór prelegentów i poziom ich wystąpień. Interesująca i na temat była prezentacja Piotra Waglowskiego o spamie. Dwie następne łączył jedynie bardzo niski poziom.
Marcin Chełstowski, doktorant z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, przestawił wyniki badania na temat efektywności wprowadzania Biuletynu Informacji Publicznej w swoim województwie. Szumnie brzmiące badanie polegało na poszukiwaniu stron gmin i powiatów w Internecie i określenie ile urzędów regionalnych je posiada. Dodatkowo analizowano częstość aktualizowania informacji. Wnioski są oczywiście pesymistyczne - ponad połowa gmin nie ma BIP, a ci którzy strony posiadają ostatniej aktualizacji dokonali w dniu wejścia obowiązku utworzenia BIP. Metodologia ani konkluzje nie porażają, ale należy oczekiwać rozszerzenia ambitnego przedsięwzięcia badawczego na całą Polskę...
Kolejne wystąpienie dotyczyło podglądactwa, albo "mobbingowania". Pani Małgorzata Wilkosz-Śliwa, specjalistka od mobbingu miała mówić o sposobach wykorzystywania nowych technologii do kontrolowania i śledzenia pracowników. Niestety w 15 minut udało jej się podać jedynie kilka podstawowych definicji mobbingu oraz informacje, że podglądacz jest zazwyczaj ukryty i że pracodawca czepie emocjonalną przyjemność ze śledzenia pracownika, bo "podlądanie jest rzeczą ludzką". Jeśli chodzi o nowe technologie to zostały wspomniane telefony, komórki i szczątkowo Internet. Czas minął.
Temu wszystkiem przysłuchiwał się zapewne ze smutkiem, Internetowy Obywatel Roku 2003 prof. Jan Węglarz, który od kilku lat uczestniczy w budowie programu rozwoju infrastruktury informatycznej polskiego środowiska naukowo-akademickiego "Pionier". Pan Profesor w bardzo żarliwym wystąpieniu podkreślał wagę przedsięwzięcia, które stanowi o być albo nie być polskiej nauki (matematyka, fizyka, astronomia). Z przyjemnością wysłuchałam prawdziwie zaangażowanego człowieka, który głęboko wierzy w konieczność budowania polskich sieci optycznych. Szkoda tylko, że taki zapał spotyka się zazwyczaj u przedstawicieli nauk ścisłych. Humaniści natomiast wydają się w obliczu nowych technologii całkowicie zagubieni i przerażeni.
Obserwację tą potwierdziła niestety wieńcząca forum dyskusja o prywatności w Sieci. Wśród zaproszonych gości byli m.in. Ireneusz Krzemiński, Edwin Bendyk, Danuta Wieczorek, Piotr Waglowski, Tomasz Kulisiewicz i Wacław Zimny. Rozmowa krążyła wokół zagrożeń czyhających na jednostkę w sieci. Przywołano ponownie zabawy z tożsamością, problem kradzieży tożsamości i wszechobecny spam. Dużo uwagi poświęcono również inwigilacji. Zastanawiano się nad odrębnością przestrzeni wirtualnej i świata realnego. Prowadzący dyskusję Aleksander Frydrych zaapelował na koniec o rozszerzenie zakresu działania rzecznika praw obywatelskich również na przestrzeń Internetu.
Dyskusję charakteryzował wysoki poziom ogólności, brak spójności i ciągłe zmiany wątków.
Konieczne wydaje się zreformowanie całej idei forum, albo zwiększenie częstotliwości spotkań. Ta formuła sprawdzałaby się jako cykliczna dyskusja o sprawach ważnych, ale zupełnie nie nadaje się jako podsumowanie roku działania pewnej, podobno prężnej inicjatywy.
19.01.2004: dziwny świat domen
Bruce Sterling rozesłał, poprzez swoją listę dyskusyjną Viridian, okraszony komentarzami artykuł z angielskiego The Register, zatytułowany "Niue is dead! Long live .nu!".
Jak dla mnie, sposób, w jaki Sterling dyryguje listą Viridian jest mistrzowski, tak jak wiele rzeczy, za które Sterling się zabiera. Lista, ogólnie rzecz biorąc dotyczy efektu cieplarnianego - jako złożonego zjawiska, które wymaga namysłu z wielu stron, zdrowego rozsądku, oraz odpowiedniego podejścia: stylu bycia, zachowania, myślenia. Który wymaga bycia cool, co Sterling robi wzorowo.
Rozesłany artykuł dotyczy pogmatwanej kwestii domen narodowych DNS. Oto jego zarys:
Jon Postel, twórca systemu DNS, zadecydował, że domena należy się każdemu państwu obecnemu w międzynarodowym rejestrze państw, tzw. (International Country Code Standard ISO 3166-1). Co ciekawe, niektóre z ciał wymienionych w tym rejestrze nie są tak naprawdę niepodległymi państwami - np. wyspy Cocos, które są australijskim terytorium, posiadają domenę .cc - jakże ekscytującą, w świetle projektu Creative Commons. Własną domenę (.iss) ma także międzynarodowa stacja kosmiczna ISS.
Artykuł opisuje przypadek wyspy Niue, leżącej na północnym Pacyfiku. Na skutek niedawnego huraganu liczba mieszkańców wyspy spadnie zapewne z obecnych 1200 do 500, stawiając być może pod znakiem zapytania sensowność istnienia domeny .nu. Co ciekawe, sprzedaż adresów w domenie jest, obok sprzedaży znaczków pocztowych, jednym z głównych źródeł przychodu dla wyspy. Do tej pory 100,000 adresów .nu zostało zarejestrowanych, przede wszystkim przez Szwedów. "Nu" po szwedzku znaczy "teraz". Jak się szybko okazuje, istnienie domeny .nu nie zostało w żadnym stopniu zagrożone przez huragan, gdyż nie takie rzeczy widział już system DNS. Mnie najbardziej podoba się przypadek wyspy Pitcairn (będącej terytorium brytyjskim) i domeny .pn. Na wyspie mieszka 47 osób, bez jakiegokolwiek dostępu do Internetu. Mimo to IANA, organizacja zarządzajaca domenami, która potem przekształciła się w ICANN, musiała rozpatrzyć spór dotyczący kontroli nad domeną.pn przyznanej, zdaniem władzom Pitcairn, niewłaściwym osobom. Władze komunikowały się z IANA za pomocą tradycyjnej poczty.
Co ciekawe, nadal istnieje domena .su, przyznana nieistniejącemu już Związkowi Radzieckiemu.
W ten oto dziwaczny sposób zjawisko umiarkowanie ciekawe: system domen DNS, wiąże się z ekologicznymi katastrofami i imperiami, których duchy ciągle nas trapią. Studia zawiłości DNS nie są ważną dziedziną internetyki, ale historie takie jak powyższa mi przynajmniej przypominają, że Internet nadal pod wieloma względami pozostaje dziwaczny.
8.01.2004: biblioteki
W tym tygodniu otworzyła swoje podwoje Polska Biblioteka Internetu. Jak na razie 9,000 pozycji (w tym nie tylko książki, ale i krótsze formy) za ponad 3 miliony PLN. Nie wiem co o tym myśleć. Z jednej strony dobrze, że darmowe treści znalazły się w Internecie. Z drugiej wątpię, czy rzeczywiście internetowe wersje dzieł będą dużo bardziej dostępne niż drukowane dla osób “pochodzących z małych miast, wsi, czy innych regionów oddalonych od ośrodków akademickich i kulturalnych” – a to właśnie jest zasadniczy cel PBI. Do tego potrzeba nie tylko PBI, ale i powszechnej komputeryzacji.
Jedno jest pewne – projekty takie jak PBI mieszczą się w zakresie europejskiego programu informatyzacji e-Europe, pod który Polska podlega. Męczy mnie więc wątpliwość, czy po raz kolejny nie powstaje administracja informacyjna zamiast informacyjnego społeczeństwa. Bo w PBI rzuca mi się w oczy brak możliwości zaangażowania użytkowników. Usterka leży na poziomie samej filozofii tworzenia serwisu – gdy na świecie sukcesy święci nie tylko open source ale też komercyjne firmy, które potrafią zaprząc połączone siły użytkowników do własnych celów (np. serwis Amazon, którego użytkownicy za darmo produkują recenzje, które stają się częścią kapitału firmy i zwiększają użyteczność witryny)- to u nas PBI wszystko tworzy w ramach zamkniętego projektu, który potem zostaje e-udostępniony czytelnikom. Co zabawne, nawet wystrój strony, dosyć ponury i staroświecki, przywodzi na myśl katedrę, którą Erik Raymond w The Cathedral and the Bazaar uznał za symbol zamkniętych projektów informatycznych, będących przeciwieństwem modelu open source.
Z perspektywy globalnego zamieszania wokół kwestii praw autorskich, PBI zajmuje dumne miejsce wśród takich projektów jak Creative Commons, Projekt Gutenberg, czy MIT Open Courseware. Jednak twórcy strony jakby nie chcieli się w tym towarzystwie znaleźć, a aż się prosi, żeby linki do takich projektów znalazły się na stronie PBI. Co więcej, informacja o prawach autorskich jest pokrętna jak rzadko, brzmi jak przekopiowana ekspertyza przygotowana dla PBI przez prawników.
Jak na razie wszystkie dzieła w PBI są w domenie publicznej. PBI przymierza się do udostępniania także dzieł objętych prawami autorskimi i planuje stworzenie:
“niewyłącznej, nieodpłatnej licencji nieograniczonej czasowo w zakresie następujących pól eksploatacji:
1.wprowadzania do pamięci komputera,
2.wprowadzania do ogólnie dostępnych sieci komputerowych (m.in. Internetu),
3.zwielokrotnienia techniką cyfrową i optyczną,
oferując jednocześnie ze swej strony pełne zabezpieczenie przed downloadingiem na dysk użytkownika. Jedyną możliwą opcją stanie się zapis czasowy dla użytku osobistego, bez opcji dalszego kopiowania.”
Tego zupełnie nie mogę zrozumieć – jeśli teksty będą udostępniane w Internecie, to dlaczego nie mogą być nagrane na dysk?? Żeby wszystkim użytkownikom korzystającym z Internetu dalej biły liczniki?
W listopadzie WIRED opublikowało tekst pt. The Great Library of Amazonia opisujące inne istniejące internetowe biblioteki. W tym nowy projekt Amazon, dosyć fascynujący: Amazon stworzy cyfrowe wersje książek, dając użytkownikom dostęp tylko do tych, których fizyczne egzemplarze już posiadają. Dlaczego? Żeby być w zgodzie z prawem autorskim. Po co? Bo możliwość “cyfrowego przeszukiwania analogowych treści” wydaje się czymś bardzo przydatnym. Użyrtkownicy będą też mogli za darmo przeszukiwać treść biblioteki, w poszukiwaniu książek na interesujące ich tematy. Jednym słowem Amazon po raz kolejny tworzy narzędzie, które zarazem jest przydatne i zwiększa przychody firmy. Jak przyznaje Jeff Bezos, właściciel Amazona, ostatecznym celem ciągle pozostaje sprzedaż książek.
Dalsza część tekstu dotyczy Brewstera Kahle i jego archiwum całego internetu oraz projektu Gutenberg. Tu warto zauważyć, że Gutenberg, który powstał 30 lat temu, ma obecnie ponad 10,000 książek, a więc niewiele więcej niż istniejąca rok PBI. Niemniej w 2001 Projekt Gutenberg urósł o ponad 1000 pozycji, w 2002 dodano do niego ponad 2000 książek. Za darmo.
Wracając jeszcze raz do projektu Amazon, Polscy piraci wpadli, co ciekawe na ten sam pomysł! Strona Swiat Filmu legalnie sprzedaje pirackie wersje filmów, gdyż rząda od kupujących poświadczenia, że posiadają legalne wersje tychże. Formalnie rzecz biorąc nie jest to piractwo, tylko tworzenie, zgodnie z prawem, kopii dla użytku osobistego. Ukarać można więc tylko kupujących.
Zawsze wierzyłem, że kwitnące w Europie Środkowej, czasem dzięki Internetowi, piractwo można uznać za fascynującą odmianę ducha i kultury Internetu, naszą własną drogę, lokalną mutację, która korzysta z Internetu podobnie jak na Zachodzie (na poziomie struktury) ale trochę inaczej (jeśli chodzi o przestrzeganie prawa).



CZARNY LUD


