28.12.2003: Inwigilacja kontrolowana
W internetowym magazynie poświęconym technologiom mobilnym TheFeature Howard Rheingold wywołuje bardzo ciekawą dyskusję na temat wspomnianych przeze mnie ostatnio systemów lokalizacyjnych. Rheingold zastanawia się na ile urządzenia podające miejsce pobytu użytkownika będą kolejnym udogodnieniem a na ile staną się w większym stopniu narzędziami inwigilacji. Pytaniem, które nurtuje Rheingolda jest kwestia projektu interfejsu i stopnia kontroli jaką użytkownik będzie miał nad funkcjami lokalizacji. "If we are going to walk around with devices that tell the world where we are, will there be an "off" switch? Will that switch be easy to locate and use?" Rheingold nawiązał korespondencję z projektantem systemów lokalizacyjnych Jonathannem Grubbem, który w odpowiedzi na te wątpliwości przedstawił możliwości zarządzania prywatnością w nowoczesnych aparatach. Według niego będziemy mogli kontrolować dokładnie kto nas widzi i kiedy ktoś próbuje nas namierzyć. Inni nie będą natomiast świadomi, czy celowo wyłączyliśmy moduł czy nasz telefon jest po prostu poza zasięgiem. Dodatkowo możliwe będzie "stopniowanie" dostępności w zależności od tego czy jesteśmy mniej lub bardziej zajęci i tego kto próbuje się z nami w danej chwili spotkać. Rheingold zachwyca się: "that struck me immediately as a brilliantly libertarian social policy decision - in the sense of maximizing the ability of individuals to make their own choices - manifested as user interface decisions". O ile nie będziemy w stanie zablokwać dostępu policji czy służbom medycznym to będziemy mieć większą kontrolę nad niechcianymi intruzami.
Ponieważ nie jestem w stanie przywołać wszystkich interesujących opinii nadesłanych przez internautów, zachęcam do lektury artykułu i dyskusji poniżej.
17.12.2003: Technologia i polityka
Jakby na potwierdzenie spostrzeżeń Lessiga przywołanych przez Alka, w ostatnim numerze amerykańskiego wydania Newsweeka ukazał się artykuł na temat polityki wprowadzania wi-fi do Francji. Chociaż potocznie sądzi się, że Europa Zachodnia funkcjonuje w systemie kapitalistycznym, a o sposobie dyfuzji nowych technologii decyduje po prostu rynek, przykład ten pokazuje jak wiele jest jeszcze do zrobienia w sprawie demonopolizacji rynków telekomunikacyjnych.
Ofensywa Wi-Fi we Francji rozpoczęła się latem tego roku, kiedy to zaczął się trzymiesięczny okres testowania technologii na ulicach Paryża. Hotspoty zostały ustawione na stacjach metra. W ciągu tego czasu z darmowego serwisu skorzystało ok. 1700 osób, czyli relatywnie niewiele. Pozostali szybko stracili szansę na tani bezprzewodowy dostęp do Internetu, ponieważ po okresie testowym ceny dostępu skoczyły do 4,30 euro za godzinę i 7 euro dziennie (najwyższe ceny w Europie). Tak wysokie koszty to wynik zobowiązań pomiędzy największymi francuskimi telekomami a francuskim rządem. Kiedy firmom telekomunikacyjnym, które wyłożyły ogromne pieniądze na trzecią generację telefonii, groziło bankructwo rząd umorzył im długi m. in. w zamian za udział w przyszłych zyskach. Co za tym idzie, państwo zaczęło mieć interes w sukcesie tych firm i nie jest skłonne wspierać technologie konkurencyjne, takie jak Wi-Fi. Wi-Fi jest postrzegane jako zagrożenie dla telefonii komórkowej, ponieważ teoretycznie może przenosić darmowe połaczenia głosowe. Rząd dopiero niedawno pozwolił samorządom na instalowanie anten bez specjalnego zezwolenia. Do listopada 2002 nie można było używać Wi-Fi poza obrębem budynków. (sic!) Skutkiem tego Francja ma teraz 9 pozycję (taką jak Słowenia) w Europie pod względem rozwoju technologii bezprzewowych. Plasuje się za Niemcami, Szwecją i Austrią.
W konktekście wi-fi przywołuje się również historię spoźnionego wprowadzenia Internetu do Francji, spowodowanego ogromną popularnością Minitelu. Przykład Minitelu jest zazwyczaj dowodem na kulturowe różnice w przyjmowaniu technologii i potwierdzeniem przysłowiowej już specyfiki Francuzów. Tylko, że w rzeczywistości rozwój Internetu był celowo odgórnie hamowany poprzez prawa chroniące Minitel, które zostały zniesione dopiero w 1989 roku. Podobnie stało się z telefonami komórkowymi, które również wolno przyjęły sie we Francji. Stało się tak za sprawą wyłącznie francuskiego telefonu Bibop, który przez długi czas wydawał się atrakcyjniejszy od systemów telefonii komórkowej.
Całkiem ciekawe w tym kontekście wydają się doniesienia z frontu kolejnej "killer-app" jaką ma być/jest lokalizacja. Serwis ten wprowadzono już w połowie lat 90-tych w Japonii, poźniej powoli w Europie i USA. Ostatnio jednak nowe ustawodawstwo w USA, Unii Europejskiej i Południowej Korei nakazuje operatorom rozszerzenie usługi na wszystkich abonentów jako narzędzia dla służb ratunkowych. Dzięki systemom lokalizowania posiadacza telefonu możliwe będzie skrócenie dojazdu do chorego i szybsze udzielenie mu pomocy. Przepisy te weszły w życie w UE we wrześniu br. Mimo sprzeciwu konsumentów, którzy obawiają się możliwości śledzenia czy też zalewu spersonalizowanych i zlokalizowanych ofert komercyjnych technologia ta musi zostać wprowadzona. Wygląda na to, że odgórna kontrola w dalszym ciągu odgrywa bardzo istotną rolę w procesie rozprzestrzeniania się nowych technologii.
16.12.2003: Lessig o WSIS
Lawrence Lessig wrócił z Europy, gdzie uczestniczył w Światowym Szczycie Społeczeństwa Informacyjnego. Na swoim weblogu Lessig umieścił krótkie sprawozdanie z WSIS. Niezbyt wyczerpujące, ale zawierające ciekawe uwagi na temat stosunku Europy do nowych technologii i internetu. Jego uwagi na temat psujących internet monopolistów sprawdzają się, niestety, w przypadku Polski.
We wszystkich modelach rozwoju społeczeństwa informacyjnego i skutków dostępu do nowych technologii, podstawowym czynnikiem jest odpowiednia polityka wprowadzania tych technologii i rozprowadzania ich wśród społeczeństwa. Zdaniem Lessiga,
Brak dobrych lub nowych wieści dotyczących Internetu w Europie. Europejczycy od zawsze wprowadzali internet w najmnniej wygodny i najdroższy możliwy sposób.
Szczyt WSIS był dla Lessiga symbolem chorej europejskiej polityki:
Oto konferencja poświęcona społeczeństwu informacyjnemu. Nie oszczędzano na ekstrawaganckich wydatkach: błyskotliwych prezentacjach wideo, torbach pełnych śmiecia, itp. Jednak, wydawszy miliony, żeby sprowadzić tysiące [delegatów] z całego świata, organizatorzy zdecydowali się nie zapewniać łatwego i odpowiedniej jakości dostępu do Internetu.
Dalej Lessig wspomina o objawieniu, niestety niekonkretnie, i znów lamentuje nad Europą:
W trakcie WSIS ujrzeliśmy, czym Społeczeństwo Informacyjne mogłoby być. Ale wówczas większość delegatów opuściła już konferencję, znudzona tym, jak nudny jest Internet w Europie i jak nudnym najprawdopodobniej na zawsze pozostanie.
(Lessig niestety nie opisuje owej wizji społeczeństwa informacyjnego, a szkoda.)
Wreszcie podsumowuje:
Europa: jestem jej fanem na milion różnych sposobów. Ale proszę, ni niszcz znó Internetu. Wysłuchaj wszystkich porad oferowanych przez telekomunikacyjnych monopolistów, a potem je zignoruj. Monopoliści raz już spowolnili rozwój technologii informatycznych i komunikacyjnych w Europie. Nie pozwól, by zrobili to ponownie.
12.12.2003: internetowy dzienniczek
Gazeta Wyborcza z 12.12.2003, dodatek stołeczny, donosi, że jedna ze szkół podstawowych w Warszawie wprowadziła "wirtualny dziennik" - co tydzień oceny uczniów zostają umieszczone na serwerze, a rodzice mają dostęp do wyników własnego dziecka:
W podstawówce przy Białobrzeskiej z "wirtualnego dzienniczka" korzysta co drugi rodzic ucznia z klas 4-6. W sieci widzi oceny tylko swojego dziecka. Uwagi z zachowania do komputera nie trafiają.
Wirtualny dzienniczek działa w ochockiej szkole od 1 września. - W ubiegłym roku szkolnym naszą stronę internetową odwiedzało kilku-kilkunastu rodziców miesięcznie, w tym - kilkuset. Rodzice nagle zaczęli się interesować tym, co się tu dzieje. Piszą do nas maile, dzwonią - mówi Dorota Głowacz, dyrektor podstawówki.
Radni z koalicji PO-PiS są zachwyceni pomysłem. Proponują, by internetowe dzienniczki wprowadzić we wszystkich szkołach dzielnicy, czyli w dziewięciu podstawówkach, pięciu gimnazjach i czterech liceach. Wyliczają, że zakup programu i jego zainstalowanie kosztowałyby dzielnicę kilka tysięcy złotych.
- Uczniom pewnie nie przypadnie to do gustu. Wiem coś o tym, bo sam niedawno skończyłem ogólniak. Myślę jednak, że pomysł spodoba się nauczycielom. Z perspektywy rodzica to również świetne rozwiązanie - mówi radny PiS Michał Laszczkowski.
Sprawa jest ciekawa, bo:
1. jeśli uczniom takie rozwiązanie się nie podoba, to słusznie. umieszczenie dziennika w internecie nie jest tylko innym, wygodniejszym sposobem na przechowywanie ocen - jest rozwiązaniem, które wyklucza ucznia jako pośrednika między nauczycielem i rodzicami - którzy nagle wiedzą o ocenach dziecka wszystko. A więc internet, tym razem, znów jako narzędzie zwiększonej kontroli.
2. "zakup programu i jego zainstalowanie kosztowałyby dzielnicę kilka tysięcy złotych" - ciekawe, czemu nikt nie myśli o zastoswaniu jakiegoś darmowego rozwiązania, pakietu, który jeśli nie istnieje, to na pewno dałby się sklecić z istniejących rozwiązań open source.
3. Połowa rodziców korzysta z internetowego dziennika, to sporo. Ale połowa nie korzysta. Ciekawe, czy z czasem różnice między uczniami z obydwu grup staną się wyraźne.
2.12.2003: partyzanci billboardow .pl
Polska doczekała się własnej wersji billboardowej partyzantki. Idea jest prosta: poprzez przerabianie reklamowych billboardów działacze starają się zakłócić ich przekaz, wprowadzając wywrotowe znaczenia. W 1977 roku w San Fransisco rozpoczął działalność Billboard Liberation Front, zaczynając od przeróbki billboardów z reklamami papierosów.
Billboardowa partyzantka mieści się w ramach tego, co Umberto Eco nazwał "semiotyczną partyzantką", wyobrażając sobie, że "Wszechświat Technologicznej Komunikacji byłby patrolowany przez grupy komunikacyjnych partyzantów, którzy przywracaliby biernemu odbiorowi wymiar krytyczny". Więcej na ten temat można przeczytać w tekście Marka Dery'ego pt. "Culture Jamming: Hacking, Slashing and Sniping in the Empire of Signs", z którego pochodzi cytat.
Tak więc polsy partyzanci zabrali się do roboty, doklejając w niedzielę 16 listopada napisy "i chuj" na billboardach w całej Polsce. Akcja na pewno przyciąga uwagę - na razie oburzonych przechodniów oraz trójmiejskiego wydania Gazety Wyborczej, w którym czytamy:
Mieszkańców kilku dużych miast w Polsce zaskakuje od kilku dni "nowa jakość" reklam zamieszczanych na billboardach. Reklamowane produkty bywają opatrzone nieeleganckim zwrotem "i ch..."
Napis pojawia się obok ubrań, gazet i samochodów. Teksty z billboardów po przeróbkach brzmią np.: "Fakt wychodzi na światło dzienne i ch...", "50 najdroższych samochodów świata i i ch...", "TVP 3 patrzy w twoją stronę i ch...".
Jednak "i ch..." nie jest elementem kampanii promocyjnych. Plakaty z tymi słowami są doklejane przez anonimowe osoby, które protestują w ten sposób przeciw reklamie zewnętrznej, a właściwie przeciw ekspansywnej formie tej reklamy. Określają swoje działanie jako "ch...wą anonimową akcję o kryptonimie «i ch... »".
Culture jamming wydawało mi się zawsze ciekawym zjawiskiem, które korzeniami sięga, jak widać, czasów wcześniejszych niż era internetu, ale które szybko zadomowiło się w nowym medium, które doskonale nadaje się do zarówno wirtualnych akcji tego typu, jak i do rozprzestrzeniania informacji o akcjach prowadzonych offline.
W przypadku akcji polskiej nie podoba mi się jej toporność. Zazwyczaj przeróbki billboardów były wykonywane tak, żeby niepostrzeżenie przerobić hasło, np. dostosowując czcionkę do wcześniejszego designu reklamy - przechodzień / pasażer widział normalną reklamę, po chwili orientował się, że jej przekaz jest nietypowy. Z napięcia między zakłóconym przekazem, a podobieństwem do oryginalnej reklamy miała płynąć moc medialnej partyzantki.
W polskim przypadku naklejany jest standardowy napis "i chuj", napisany modną czcionką i udostępniony nawet na licencji Creative Commons!
Niestety, przykład "i chuj" dobrze pokazuje meandry powszechnego, amatorskiego poruszania się w reżimie praw autorskich. Zawsze wydawało mi się, że łatwo się w tym wszystkim pogubić - i oto mamy na to przykład. Na plskiej stronie Indymedia działacze zamieszczają informację, w której tłumaczą cel akcji, pisząc m.in. że wykorzystują czcionkę, której autor jest nieznany. Z pomocą Google'a łatwo odkryć, że autor jest jednak znany, na szczęście udostępnia czcionkę jako freeware.
Napisy są naklejane byle jak na billboardy i nijak nie zlewają się z ich przekazem. Jako całość, prerobione dzieło ma swojsko chamski i brutalnie bezpośredni przekaz. I to chyba wyróżnia polską wersję medialnej partyzantki, której jak dla mnie brak gustu i polotu.



CZARNY LUD


