30.11.2003: Bill Gates: zabawa trwa
Amerykanskie wydanie Newsweeka opublikowało, w numerze z 24 listopada, wywiad Stevena Levy’ego z Billem Gatesem zatytułowany "He's Still Having Fun" (Nadal bawi się dobrze). Wywiad jak dotąd nie zostal przedrukowany w wersji polskiej. Szkoda, bo wywiad dobrze uzupelnia tekst Zmierzch ery komputerów, wydrukowany w edycji polskiej 24 listopada, z którego wynika, ze coraz bardziej powątpiewa się w wyraźne zyski, jakie płyną dla świata biznesu z wprowadzania technologii komputerowych. Gates oczywiście w żaden zmierzch nie wierzy – Newsweek na wstępie stwierdza, ze choc Gates przyznaje, ze przemysł komputerowy znajduje się dziś na rozstajach dróg, to i tak przyszłość oznacza dalsze innowacje, wprowadzane oczywiście przez Microsoft.
Oto kilka trzy ciekawe fragmenty. Wybrałem je, gdyż ukazują typową – zapewne dla Gatesa, Microsoftu, i szerszej grupy ludzi uwikłanych w nowe technologie wiarę w technologiczny postęp, która napędza zarówno przemysł komputerowy oraz wszelkiej maści cyber-wizjonerów:
[...]
Jak definiujesz przełom, w odróżnieniu od stopniowego udoskonalania oprogramowania?
Przełom zmienia zachowania setek milionów osób którzy, w przypadku gdyby przełomowy wynalazek został im zabrany, stwierdziliby: “Nie możecie mi tego odebrać”. Przełomy maja dla nas kluczowe znaczenie. Zarabiamy jedynie na przełomach, ponieważ ludzie, którzy obecnie posiadają nasze oprogramowanie są w stanie używać go w nieskończoność, nie płacąc nam ani grosza więcej.
Czy boisz się, ze klienci nie wierzą juz w potrzebę wydawania tyle, ile poprzednio?
Nie. Podejście do nowych inwestycji, szczególnie w sektorze IT, jest oczywiście bardziej konserwatywne – z powodu cyklu ekonomicznego oraz w porównaniu z nadmiernymi oczekiwaniami końca lat 90-ych. Jednak pogląd, że nie czeka nas w przyszłości nic nowego, jeśli chodzi o wydajność pracowników w firmie, jest moim zdaniem bardzo niebezpieczny.
[...]
Czy rozważasz czasem wybranie się na roczny urlop, żeby po prostu podróżować, albo spędzić więcej czasu z rodziną?
Cóż, gdybym tak bardzo nie kochał mojej pracy, to byłby to świetny pomysł. Znajdę zapewnę trochę czasu w obecnej dekadzie i wezmę kilkumiesięczny urlop, ale chcę przyczynić się do powstania Longhorna* i upewnić się, że jest to świetny produkt; chcę pomóc rozwiązać kłopoty z bezpieczeństwem programu; i mieć pewność, że jesteśmy wśród awangardy wprowadzającej przełomowe rozwiązania. Ponieważ większość świata nie jest zbyt optymistyczna, podoba mi się, że istnieje coś, dzięki czemu mogę udowodnić, że nowe, fajne rozwiązania nadchodzą. Gdybym tego nie miał, to pewni udałbym się na urlop.
Ostatnia odpowiedź jest moją ulubioną, to już kwintesencja wiary w technologie komputerowe, albo też szczyt marketingu: choć na świecie jest źle, cieszmy się, że oprogramowanie kwitnie nam tak cudownie.
*Longhorn to kolejna wersja Windows, w której zostanie wprowadzony nowy system przechowywania plików, który Gates określa jako “najbardziej szokująca zmiana, jaką wprowadzamy do systemu. Możesz znaleźć rzeczy, przeglądać je, dzielić się nimi, gdy ludzie przyzwyczają się [do nowego systemu] nie będą chcieli wracać do rozdrobnionego, stosunkowo prostego świata, który teraz posiadają”. Inne, nowe elementy Longhorna to współpraca w czasie rzeczywistym, peer-to-peer, bogatsza grafika systemu. Bardzo podoba mi się, że Gates nazywa system operacyjny _światem_, który użytkownik posiada.
27.11.2003: Ron Deibert: cenzura i kontrola Internetu
Wysłuchałem wczoraj wykładu Rona Deiberta, dyrektora Citizen Lab, interdyscyplinarnego laboratorium badającego styk cyfrowych mediów i polityki obywatelskiej w skali światowej, mieszczącego się w ramach wydziału studiów międzynarodowych na Uniwersytecie w Toronto.
Wykład odbywał się w ramach seminarium prowadzonego przez Knowledge Media Design Institute i był odpowiedzią na pytanie: W jaki sposób media wiedzy (knowledge media” zmieniają struktury i procesy, poprzez które komunikacja i interakcja zachodzi w grupach, organizacjach i społeczeństwach?
Deibert starał się pokazać, w jaki sposób zmieniła się architektura Internetu, oraz ogólniej rzecz biorąc globalnego środowiska komunikacji. Jego zdaniem potoczna opinia, że Internet posiada otwartą, rozproszoną architekturę, dzięki której rozkwitają różnego rodzaju sieci społeczne i obywatelskie, coraz bardziej wymaga rewizji.
Zachodzące zmiany, po części ściśle związane z zamachem z 11 września 2001 i jego skutkami. Deibert wyróżnił 3 podstawowe tendencje:
1. cenzura: ze strony zarówno instytucji państwowych, jak i komercyjnych nacisków związanych z ochroną własności intelektualnej i praw autorskich
2. nadzór / inwigilacja (surveillance): po 11 września w wielu państwach zostały wprowadzone podobne do siebie prawa anty-terrorystyczne, które ułatwiły zbieranie danych z sieci telekomunikacyjnych
3. militaryzacja Internetu: informacja staje się narzędziem i medium działań zbrojnych, możemy mówić o “wyścigu zbrojeń w cyberprzestrzeni”. Deibert przede wszystkim skupił się na Internecie jako broni w sensie dosłownym, podając przykłady ataków poprzez Internet i internetowych konfliktów w takich rejonach zapalnych jak Czeczenia, Izrael / Palestyna, Kosowo itp. Citizen Lab współtworzy Information Warfare Monitor, który dokumentuje to zjawisko.
Opisując założenia Citizen Lab, Deibert zwrócił uwagę na podstawowy problem badań Internetu, o którym pisze też wspominany przeze mnie wcześniej Bruno Latour: między badaczami społecznymi i informatykami istnieje przepaść, która rodzi “podwójną samotność badaczy”. Z jednej strony badania społecznych aspektów Internetu skupiają się na najłatwiej zauważalnych, powierzchownych cechach sieci i zachowaniach, badacze mają niewielką wiedzę o tym, co “kryje się za ekranem”. Zdaniem Deiberta dopiero badanie głębokich – technologicznych warstw Internetu jest bezpośrednim badaniem tego medium. Badacze społeczni tego nie robią, bo brakuje im odpowiednich zdolności. Ale także dlatego, że dane są świadomie utajniane – Deibert wspomniał o podwójnej zasłonie wzniesionej przez rządowe agencje bezpieczeństwa i korporacje.
Można oczywiście uznać, że Deibert przesadza uznając większość badań Internetu za zbyt powierzchowne – wydaje się jednak, że w przypadku, gdy interesuje się politycznym aspektem medium, zrozumieniem w jakim stopniu Internet nie jest już w pełni otwarty, lecz kontrolowany, badania tych głębokich pokładów są konieczne, a umiejętności hakerskie okazują się przydatne. (Na marginesie, w trakcie wykładu pojawiła się – kiedy wreszcie nie będzie to konieczne! – powracająca kwestia znaczenia słowa haker. Deibert, niczym mantrę, wygłosił stwierdzenie, że dla niego haker to osoba z miłością starająca się zrozumieć komputery, i że hakerów potrzeba raczej więcej niż mniej)
Z drugiej strony informatycy, którzy dobrze rozumieją techniczne aspekty Internetu, zazwyczaj nie interesują się szerszym, a więc społecznym i politycznym, kontekstem technologii. Obecny na sali Barry Wellman zgrabnie podsumował kwestię “dwóch samotności”: podczas gdy badacze społeczni grzeszą ignorancją, informatycy uważają, że mogą na poczekaniu, intuicyjnie, stworzyć socjologię mediów.
Deibert wymienił następujące powody, dla których warto bezpośrednio badać fizyczną infrastrukturę sieci:
1. fizyczne cechy medium wpływają na kształt komunikacji: McLuhan nazwał to “przekazem przekaźnika”, Larry Lessig stwierdza, że “kod jest prawem”
2. zdolność przeprowadznia akcji politycznych w środowisku sieciowym jest zakotwiczona w głębokich, technologicznych pokładach mediów
3. brak zainteresowania nie tylko powoduje luki w stanie naszej wiedzy, ale umożliwa też _kolonizację_ infrastruktury przez wojsko, korporacje lub przestępców – w sytuacji, gdy brak odpowiedniej kontroli ze strony instytucji społecznych i obywatelskich.
Citizen Lab jest próbą przeciwdziałania tym tendencjom poprzez jednoczesne prowadzenie interdyscyplinarnych badań przez zespoły humanistów i hakerów, oraz prowadzenie “stosowanego aktywizmu obywatelskiego”: badań graniczących z obywatelskim zaangażowaniem.
Przykładem może być projekt Open Net Initiative (ONI: Inicjatywa Otwartej Sieci), w ramach której laboratorium prowadzi techniczną analizę prób filtrowania, blokowania i monitorowania treści w Internecie poprzez aktorów rządowych. Z założenia, cenzura Internetu jest monitorowana wewnątrz narodowych firewalls – badacze łączą się zdalnie z komputerami wewnątrz cenzurowanych obszarów sieci (np. w Chinach lub Iranie) i sprawdzają, z jakimi witrynami nie są w stanie się łączyć. Inicjatywa ma już bogatą bazę danych państw cenzorujących Internet.
Co ciekawe, Deibert przekonująco pokazał, jak globalna siatka monitorująca cenzurę i monitoring Internetu jest wzorowana na klasycznym modelu zbierania danych przez wywiad: techniczne dane zbierane dzięki odpowiednim programom są łączone z informacjami zbieranymi przez współpracujące z projektem organizacje, NGOsy, itp. Deibert nazwał to “metodologią inspirowaną przez wywiad”, która pozostając całkowicie otwarta i przejrzysta stara się stworzyć “Echelon społeczeństwa obywatelskiego”.
Jest to dla mnie świetny przykład szerszego procesu, w którym ruchy społeczne i działacze, dzięki nowym technologiom i mediom, tworzą zaawansowane siatki komunikacji i koordynacji działań, które przypominają i skutecznie konkurują ze strukturami rządowymi. Dobrym przykładem są manifestacje antyglobalistów, w których działacze zaskoczyli policję, stosując płynne struktury koordynacji oparte na wykorzystaniu Internetu, komórek, krótkofalówek, gońców na rolkach, itp.
Tak naprawdę mamy do czynienia z procesem ciągłej adaptacji obydwu stron: działacze zaprzęgają modele działań wywiadowczych dla potrzeb społeczeństwa obywatelskiego, gdy jednocześnie wojsko i siły porządkowe, tworząc sieciowe modele działania, pilnie obserwują sposób działania Zapatystów czy antyglobalistów.
Na stronie ONI znajduje się krótki raport z badania cenzury Internetu w Chinach, na poziomie narodowej sieci szkieletowej. Badanie jest oparte na “technicznej analizie wprowadzonych przez rząd metod filtrowania treści i blokowania dostępu, umożliwiającej identyfikację blokowanych adresów URL”.
12.11.2003: Mamy dużo informacji
School of Information Management and Systems na Uniwersytecie w Berkeley opublikowała wyniki badania “How Much Information? 2003”, w którym już po raz drugi (wyniki pierwszego, z 2000 roku, też są dostępne) badacze próbują policzyć ile istnieje na świecie informacji, oraz ile powstaje nowej.
Zadanie jest karkołomne i opiera się w dużej mierze na szacunkach, z wielu źródeł, trudnych do zweryfikowania. Ale chyba przyzwyczailiśmy się już do niepewnych danych statystycznych w przypadku Internetu. Ujęcie ich w naprawdę globalnej skali wydaje się mieć dużo sensu, gdyż nawet jeśli cyferki się nie zgadzają, to ogólne proporcje i trendy powinny być prawdziwe.
Sposobem na zebranie razem wszelkiej dostępnej na świecie informacji jest skupienie się na jej objętości, liczonej w wielokrotnościach bajtów. Jest to oczywiście podejście dobre dla wydziału zarządzania informacją i systemami, nieco gorsze dla nas humanistów, gdyż nie wiemy do końca, co się w tej informacji kryje.
Jednak takie ujęcie umożliwia bardzo ciekawe porównania różnych mediów. Badacze rozróżniają cztery sposoby zapisu danych: papier, magnetyczny (głównie twarde dyski), optyczny i film. Oraz cztery sposoby przesyłania informacji: radio, telewizja, internet i Internet. (jest to oczywiście także pewne uproszczenie).
Najważniejsze / najciekawsze wyniki:
*W zeszłm roku świat wyprodukował 5 exabajtów informacji (czyli 5 razy 10 do potęgi 18-tej, albo 500 milionów razy większą objętość niż zbiory tak dużej biblioteki, jak Biblioteka Kongresu w USA).
*92% nowej informacji jest przechowywane na twardych dyskach.
*USA są potentatem w produkcji informacji, tworząc 40% nowej przechowywanej informacji, 33% drukowanej informacji, 30% nowych tytułów filmowych i 50% nowych danych zapisywanych magnetycznie.
*W porównaniu z 1999, w roku 2002 powstało o 30% więcej nowej informacji.
*Na przekór mitowi społeczeństwa bez papieru, przybywa informacji drukowanej na papierze – nie są to jednak książki i czasopisma, lecz poczta i dokumenty biurowe.
*17 exabajtów informacji zostało przesłane w rozmowach telefonicznych. Dla porównania, w Internecie znajduje się ok 0.53 exabajta informacji (ale brak danych o ilości przesłanych danych, których jest dużo więcej), a telewizje na świecie nadały 0.07 exabajta informacji w ciągu roku.
*Podoby trend widać wśród informacji zapisanych na filmie: 0.38 z 0.42 exabajta wszystkich danych to prywatne fotografie.
Dwa ostatnie punkty pokazują, że produkcja informacji- jeśli weźmiemy pod uwagę jej objętość – nie jest skoncentrowana, nie mają na nią monopolu np. wielkie korporacje medialne.
Autorzy wyciągają z danych wniosek, że Internet nie jest medium masowym i służy przede wszystkim do osobistej komunikacji poprzez pocztę elektroniczną oraz IM, podobnie jak telefon. Oryginalne emaile miały objętość 0.44 exabajta, a więc około 80% informacji mieszczącej się w Internecie (ale nie mamy danych dotyczących przesyłania zawartości stron WWW).
Poza tym powszechność, demokratyczność i rozproszenie produkcji informacji, jeśli chodzi o jej objętość, nie zmienia faktu, że koncentracja produkcji treśći jest jak najbardziej zauważalna, gdy uwzględnimy jej jakość. I skutki. Jeden hit kinowy o niewielkiej objętości przyciąga do kin tłumy, napędza sprzedaż związanych z nim gadżetów, prowokuje komentarze w innych mediach, wreszcie staje się tematem wielu osobistych rozmów.
ps. PC World Komputer opublikował w 2000 roku krótki artykuł na temat podobnych badań wykonanych w 2000 przez firmę badawczą IDC (po polsku).
3.11.2003: Lek na całe zło
"Jesteś lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok..." tak śpiewała za ciężkich czasów Krystyna Prońko. Dziś słowa te adresowane do ruchu open source mogłyby być mottem ostatniego numeru Wired, który choć raz miałam przyjemność czytać w bardziej przyswajalnej, papierowej wersji.
Zakrojoną na szeroką skalę promocję OS w Wired można streścić słowami Thomasa Goetz'a "Open source isn't just about better software. It's about better everything." Bohaterem numeru jest uśmiechający się z okładki "lider wolnego świata" Linus Torvalds. Nie chce mi się wierzyć, że czytelnicy Wired nie znają na wyrywki biografii twórcy Linuxa, dlatego duży tekst o Linusie to chyba raczej tylko przypomnienie - od tego wszystko się zaczęło, ale to dopiero początek. Linus niewiele się zmienił, woda sodowa nie uderzyła mu do głowy. Nadal protestuje, gdy przypisuje mu się rolę altruisty, poświęcącemu się w imię wyższych ideałów wspólnego dobra. To raczej egoizm i realizm, niż poświęcenie, mówi. "Sam nie dałbym rady udoskonalić wszystkich słabości systemu i dlatego potrzebni mi byli inni do pomocy". Linus nie bierze pieniędzy od wielkich korporacji, bo "straciłby wtedy swoją niezależność a to za duża cena dla kierownika projektu open source". Nie wdaje się również w ideologiczne przepychanki w stylu Richarda Stallmana, koncentrując się na efektach końcowych - dobrym kodzie Linuxa.
Rozmowa z Torvaldsem odbyła się w przeddzień procesu, który może poważnie zagrozić dalszemu rozwojowi Linuxa. W marcu br. firma SCO group, która posiada prawa do Unixa oskarżyła IBM o wykorzystanie w Linuxie kilku tysięcy linii kodu Unixa. SCO domaga się 3 mld $ odszkodowania i grozi, że będzie skarżyć również użytkowników. W ostatnich dniach SCO dodatkowo ogłosiło, że licencja GPL jest pogwałceniem Konstytucji USA. Torvalds nie będąc bezpośrednio zaangażowany w proces, został przez SCO uznany "prowodyrem nakłaniającym swoich podwładnych do łamania prawa". Mimo, że zarzuty wydają się bezpodstawne, Torvalds obawia się procesu, bo jak mówi "trzeba się liczyć ze wszystkim jeśli się ma do czynienia z amerykańskim systemem prawnym". Niezależnie od wyniku tej sprawy Linus pozostanie, jak podkreśla Wired, twórcą wyjątkowego systemu produkcji i zarządzania wiedzą na miarę nowej, technologicznej ery.
Bo open source to nie tylko software. Open source to projekt odtworzenia ludzkiego genomu, przyjęta przez NASA strategia stworzenia mapy Marsa, Wikipedia, Project Gutenberg oraz Creative Commons.
W swoim tekście Thomas Goetz stara się zrozumieć karierę nie nowej przecież idei OS w dzisiejszych czasach. Na popularność OS wpłynęły wg. autora dwa czynniki - rozwój Internetu i nadmierna ochrona własności intelektualnej. Internet sprawił, że możliwa stała się realizacja ogromnych zdecentralizowanych projektów a ucisk ze strony praw ochrony własności intelektualnej doprowadził do poszukiwań innych możliwości dla kreatywności. Goetz twierdzi, że OS jako alternatywa dla status quo jest lepszym sposobem produkcji, ponieważ istniejące metody nie są ani tak szybkie, ani tak ambitne i nie wykorzystują potencjału kolektywnej kreatywności. Tu rządzi merytokracja - jesteś tak dobry, jak dobre są efekty twojej pracy. "Jest to pierwszy prawdziwie industrialny model, który nie tyle wykorzystuje technologię, co się z niej wywodzi."A do tego, w przeciwieństwie do produkcji przemysłowej, oddaje ludziom kontrolę nad efektem końcowym. Goetz przywołuję nieśmiertelną już Wikipedię, która podobno ostatnio przebiła pod względem liczby odsłon Brytannicę. Brytannica - 235. letnia instytucja nie poradziła sobie zbyt dobrze w erze cyfrowej. Oparta na klasycznym modelu produkcji cały czas zmaga się z problemami funkcjonowania w nowych warunkach rynkowych. Natomiast całkowicie oddolna, otwarta Wikipedia przygotowuje swoją pierwszą wersję drukowaną. Open source staje się nowa bronią - uderza w instytucję praw autorskich w formie Creative Commons, odbiera rynek periodykom naukowym jako Public Library of Science a nawet przekształca scenę polityczną.
W tym samym numerze Wired Lawrence Lessig zapowiada pierwszą kampanię prezydencką w stylu open source. Rewolucja ma się dokonać dzięki blogom zaangażowanym politycznie. Kandydat Demokratów Howard Dean jest przykładem polityka wykreowanego dzięki instytucji bloga. A raczej dzięki stworzonej wokół jego bloga "autentycznej" wspólnocie. Lessig pisze, że kluczem do budowy wspólnoty jest przekształcenie publiczności w rozmówcę. "Dobrze skonstuowany blog inspiruje zarówno czytanie jak i pisanie a pisanie oznacza zaangażowanie". Zaangażowanie na blogu Dean'a wyraziło się w prawdziwym działaniu w realnym świecie (np. zebranie funduszy na kampanię). To nie miałoby miejsca, gdyby wspólnota nie była autentyczna. Autentyczna znaczy niekontrolowana. Jak pisze Lessig szefowa kampanii Dean'a przyjęła open source'owy model zarządzania kampanią - dała wolną rękę setkom skupionych wokół Deana blogom. To zupełnie nowy model w działalności politycznej - ramy w których twoi klienci stają się współtwórcami, powiększając stale liczbę nowych klientów a zarazem twóców.
Chyba nie można do końca dać się nabrać propagandzie open source we wszystkich możliwych dziedzinach życia. A jednak wydaje się, że open source przestaje być strategią niszową. Projekty takie jak np. Creative Commons, będące marginalnymi jeszcze kilka miesięcy temu, dziś pozyskują uwagę szerokiego grona jako nowatorskie i ciekawe rozwiązania. To może jeszcze nie rewolucja, ale zapowiedź zmian w dobrym kierunku. A Wired miewa nosa...
W 1998 roku Netscape wyraźnie tracił udziały w rynku przeglądarek internetowych na rzecz Internet Explorera. Problem w gruncie rzeczy polegał na tym, że Explorer był za darmo dołączany do wszechobecnego systemu Windows i niewiele osób widziało powód, żeby potem instalować inną przeglądarkę. Netscape postanowił uczynić kod źródłowy własnej przeglądarki wolno dostępnym, w oparciu o licencję open source. Management firmy zakładał, w oparciu o wcześniejsze projekty open source, że praca nad nową wersją przeglądarki, wykonywana w modelu open source, przyciągnie rzeszę zewnętrznych programistów, dzięki którym powstanie przeglądarka dużo lepsza niż Explorer (na marginesie trzeba dodać, że z góry założono, że przeglądarkę da się udoskonalić, w dużej mierze poprzez ładowanie w nią masy informatycznych gadżetów).
Netscape wykonał ruch przełomowy, po raz pierwszy oprogramowanie o zastrzeżonych prawach autorskich stało się nagle open source. Jak się po tym okazało, przełomowe posunięcie nie przyniosło rewolucyjnych skutków, gdyż przeglądarka Mozilla jest rzeczywiście lepsza od Explorera, ale nie jest w stanie osiągnąć solidnej pozycji na rynku - w Polsce, na przykład, używa jej mniej niż 1% internautów.
Niemniej początkowo wszyscy uwierzyli, że model open source może spowodować gwałtowny przyrost kreatywności i innowacji. Komentatorka pisma Wired, w tekście Netscape: Bring on the Frankenbrowsers (Netscape: dawajcie nam Frankenprzeglądarki) powoływała się na spekulacje, zdaniem których "przeglądarki mogłyby niedługo być montowane na poczekaniu, zgodnie z potrzebami indywidualnych użytkowników".
Indywidualizm jest dziś bardzo na czasie, więc możliwość mikro-projektowania, dostrojonego do gustów już nie segmentu rynkowego lub rynkowej niszy, ale pojedynczego użytkownika, była wizją porywającą.
Oraz nierealną, w chwili obecnej. Mozilla rzeczywiście daje się intensywnie modyfikować, ale jest to praca wymagająca żmudnej dłubaniny w przeglądarce i studiowania niezbyt ciekawych, dla przeciętnych użytkowników, stron.
Jednym słowem, wpływ na design pozostaje nadal przywilejem dostępnym jedynie elicie, a my od wizji Frankenprzeglądarek powracamy do mitu doktora Frankensteina, samotnego naukowca działającego poza zasięgiem społecznej kontroli.
Edwin Bendyk w "Zatrutej Studnii" wspomina, że "doktor Craig Venter, szef niezależnego programu poznania genomu ludzkiego, do analiz wykorzystywał... własne DNA."
New York Times z 30 października, w tekście "Ideas Unlimited, Built to Order" (Nieograniczone pomysły, budowane na zamówienie"), poprosił "jedenaście ważnych mężczyzn i kobiet, w tym kilku technologists*" aby zaproponowali technologię lub gadget, który należałoby wymyślić.
Tekst został okraszony smakowitą anegdotą: typowy CD mieści 74 minuty nagrania dlatego, że we wczesnych latach 80-ych Norio Ohga, ówczesny prezydent firmy Sony i klasycznie kształcony śpiewak, zażądał, aby nowa technologia nagrań była w stanie odtworzyć w całości 9-tą Symfonię Beethovena.
Wśród 11 osób rysuje się wyraźne zapotrzebowanie na technologię, która zjednoczy wszystkie dotychczasowe gadżety w jedno wygodne narzędzie z intuicyjnym, przyjaznym intefejsem. Powtarzają się narzekania typu "wierzę, że gadżety samoczynnie powielają się do momentu, gdy moje życie staje się morzem błyskotek i badziewiów [...] noszę ze sobą dwa telefony, P.D.A, laptopa i szwajcarski scyzoryk" (John Perry Barlow) albo "podróżuję z laptopem, BlackBerry i dwoma komórkami [...] mamy te wszystkie rzeczy, chciałabym je połączyć w jedno" (Patricia F. Russo, Lucent Technologies). Więc jednak potrzeba nam Franken-narzędzia: ręka wzięta z telefonu, klatka piersiowa z laptopa, i głowa mówiąca głosem ulubionej gwiazdy szklanego ekranu.



CZARNY LUD


