15.07.2003: sexchart
"official computer scene sexchart" (wersja 9.34). mix sztuki z folklorem, nauki z zabawą i internetu z sexem. prawdziwa perla internetu.
sexchart to wykres wykonany w ascii, przedstawiający związki seksualne między grupą 1400 osób związanych (mniej lub bardziej) ze środowiskiem programistów w Stanach Zjednoczonych.
sexchart zachwyca mnie, bo:
-jest poważnymi badaniami sieci społecznych sprowadzonymi do poziomu zabawy i żartu, czyli na ziemię albo jeszcze niżej, może wręcz do rynsztoka
-jest w ASCII, a sztuka ASCII to (podobno) supermodna internetowa rzecz
-kryterium "działania seksualnego jako czynności zdolnej przenosić choroby weneryczne" jest precyzyjne i ma się do innych możliwych założeń niczym definicja Internetu jako sieci komputerów połączonych przez TCP/IP do wszystkich innych, rozmytych, niejasnych i niepewnych definicji
-przypomina, że momentami internet nie jest żadną globalną siecią łączącą ze sobą narody i kultury, lecz małym podwórkiem znających się (całkiem nieźle) osób
-ma swoją wersję i jak każdy dobry produkt internetowy jest często aktualizowane, pewnie częściej niż potrzeba
-media się tym interesują!
-pismo MacWorld oglosilo konkurs dla programistów na rozrysowanie jeszcze lepszej sexchart, jak najbardziej matematycznie poważny!!
11.07.2003: poglądy z piekła rodem 2
Thomas Friedman, komentator New York Timesa opublikował komentarz pt. "Is Google God?" (na nytimes.com tekst wylądował już w zamkniętym archiwum, ale jest nadal dostępny na cnn.com).
Teza Friedmana jest następująca: świat, który wydaje się zfragmentyzowany, w gruncie rzeczy coraz bardziej się integruje. Dzięki technologiom. Symbolem dzisiejszej integracji jest Google, a nadchodzącej fali dalszego zacieśniania więzi bezprzewodowy Internet (WiFi), szczególnie w wersji szerokopasmowej.
Sedno sprawy mieści się w tym akapicie:
"Innymi słowy, gdy WiFi zostanie zainstalowane, jedno małe połączenie z Internetem umożliwi mi ściąganie czegokolwiek gdziekolwiek oraz rozprowadzanie jakichkolwiek informacji z dowolnego miejsca. Są to dobre wieści, tak dla naukowców jak terrorystów, osób o pro-amerykańskim jak i anty-amerykańskim nastawieniu."
Natomiast sednem przesady, sequelem poglądów z piekła rodem z ostatniego odcinka, jest wypowiedź Alana Cohena z firmy Airespace, providera usług WiFi (możemy się oczywiście domyślać, że histeryczno-bombastyczny ton wypowiedzi wynika z pełnej świadomości p. Cohena, że każdą wypowiedzią promuje swój business). Przygotujcie się:
"Jeśli mam dostęp do Google, mogę znaleźć wszystko. A z technologią bezprzewodową będę mógł znaleźć wszystko, wszędzie, zawsze. Dlatego twierdzę, że Google, razem z Wifi, są trochę jak Bóg. Bóg jest bezprzewodowy, Bóg jest wszędzie, Bóg widzi i wie wszystko. Poprzez wieki, ludzie łączyli się z Bogiem bez kabli. Dzisiaj, na wiele pytań dotyczących świata, odpowiedzi szukamy u Google'a i coraz częściej także to robimy bez kabli."
Wszystko jasne. W Polsce pojawiła się nowa reklama usługi dostępowej OnetKonekt, która cała właściwie składa się z ujęc ludzi skaczących na spadochronach lub surfujących w powietrzu. Zwykłe surfowanie, na falach, nie starcza już jako metafora lekkości i zwiewności, z jaką przebiega - podobno - połączenie z Internetem. Dodatkowo, latając w niebiosach jesteśmy bliżej Boga i niebieskich bytów takich jak Google i WiFi.
Ja byłbym bardziej ostrożny w opisywaniu Google'a. Obserwując zeitgeist Google'a - miesięczny ranking najczęściej wyszukiwanych zwrotów - można by się pokusić o stwierdzenie, że Google to nic więcej jak wielka wyszukiwarka połączeń lotniczych. Oto wycinki rankingów Top 10 za maj 2003 dla poszczególnych krajów:
Wielka Brytania: 2. cheap flights 4. easyjet 8. ryanair
Kanada: 1. air canada
Niemcy: 4. Ryanair
Hiszpania: 7. air europa
Francja: 2. air france
Włochy: 7. alitalia
Australia: 3. qantas 9. virgin blue
8.07.2003: poglądy z piekła rodem 1
Dr Elwyn Jenkins, twórca Microdoc News twierdzi, że blogosfera staje się szóstą władzą, dorównującą 1. partiom, 2. związkom zawodowym 3. firmom, 4. mass mediom i 5. NGO-som. Muszę przyznać, że już dawno nie spotkałem się z tak naiwnie utopijnym i optymistycznym, denerwującym poglądem. Jenkins posiłkuje się koncepcją Drugiego Supermocarstwa Jamesa F. Moore'a, zdaniem którego ludzie połączeni online tworzą swego rodzaju mocarstwo, którego siła jest funkcją ich wzajemnych więzi.
"Blogosfera to szósta władza, która pilnuje i krytykuje pozostałe pięć władz. W istocie rzeczy, jednym z powodów dla których, moim zdaniem, mass media są tak niechętne wobec blogujących dziennikarzy jest fakt, że blogując dziennikarze mają swobodę krytykowania mediów - ręki ich pana".
Muszę przyznać, że uwaga o dziennikarzach nie jest zbyt odkrywcza, zazwyczaj media są niechętne wobec dziennikarzy w dowolny sposób odbiegających od oficjalnej linii tytułu, blog jest tylko kolejnym tego sposobem. A kandydatem do szóstej władzy, obserwującej pozostałe, powinna być raczej globalna sieć ruchów społecznych, będąca czymś innym niż NGO-sy (takie jak Greenpeace, AI, itp.).
"Wyłaniająca się szósta władza ma zasięg światowy i w chwili obecnej około 3 milionów uczestników. Szósta władza jest zdolna zmieniać kluczową zawartość (core content) wyszukiwarek, wpływać na kształtowanie się opinii, nagłaśniać los jednostek, być krytycznym wobec rządów i innych ośrodków władzy. O ile jednego bloggera można uciszyć, byłoby zaiste trudne zamknąć blogosferę. A ze względu na sposób, w jaki ekosystem [blogów] działa, gdyby pojedynczy blogger został uciszony, blogosfera podjęłaby temat, szczególnie jeśli działanie zostałoby podjęte przez rząd na niekorzyść jednostki".
Powyższy cytat to dla mnie jedno wielkie zgromadzenie głupoty, niewytłumaczone 3 miliony blogerów to tylko jej początek. Możliwości szóstej władzy, wymienione przez Jenkinsa, nie sugerują, żeby blogosfera była istotnym aktorem w skali globalnej. Ale przede wszystkim sama blogosfera jest wymyślonym stworem bez oparcia w rzeczywistości. Teraz rozumiem, po co po części potrzebne są definicje blogów, po co są dyskusje, czy blog wyświetlany w kolejności chronologicznej, a nie odwrotnej, nadal jest blogiem, itp. - służą wytyczeniu wyraźnych granic blogosfery, uzasadnienia wszelkich wizji tej medialno-społecznej fatamorgany. Dla mnie blogosfera, jeśli już istnieje, to obszar a nie społeczność, fragment sieci, w której współżyją niewielkie sieci i malutkie siateczki blogów. Blogosfera, ani nawet żaden jej znaczący fragment, nie działał nigdy zbiorowo, więc jak tu mówić o blogosferze? Dla mnie blogosfera w najlepszym przypadku jest twórczym środowiskiem, źródłem bardziej lub mniej ciekawych tekstów, często komentarzy do tekstów opublikowanych w mediach "czwartej władzy", także źródłem pomysłów i informacji dla tychże mediów.
W tekście Jenkinsa wybrzmiewa szereg wcześniejszych wizji Internetu: utopijnych i indywidualistycznych. Blogosfera jako szósta władza to nic więcej jak kolejna niepodległa cyberprzestrzeń; jest też zdolna, zupełnie niczym cyberprzestrzeń Barlowa, do omijania cenzury. I wreszcie, jednocześnie jednostki stają się silniejsze dzięki blogom, a blogosfera czerpie siłę z jednostek:
"Ekosystem blogów jest dostrojony do jednostek - prawdziwych jednostek. [...] Jako szósta władza, blogosfera tworzy środek, dzięki któremu jednostki i blogerzy mogą wspólnie być krytyczni wobec ekonomicznych potęg, rządowych agencji i mass mediów".
Wszystko to w miarę prawda, słyszeliśmy to wiele razy w odniesieniu do Internetu, nie widać tylko żadnej specyfiki blogosfery.
Podsumowując, muszę przyznać, że od teorii takich jak dr Jenkinsa dsotaję wysypki i ścieram sobie zęby zgrzytając. Blogosfera, internetowy obieg idei czasem produkuje i udostępnia cudownie genialne pomysły, ale innym razem zdaje się odciętym od rzeczywistości światkiem, w którym cudaczne lub wręcz głupie pomysły żyją własnym życiem i własną (niezasłużoną) sławą. Gdyby Dr Jenkins wyściubił nos poza swoją blogosferę, może znalazłby lepszych kandydatów na szóstego władcę świata.
Na marginesie, doktor opisujący ideę czwartej władzy cytatem z Gazetki Studenckiej Uniwersytetu Wisconsin w Green Bay może się przydarzyć tylko w Internecie.
3.07.2003: Kluitenberg: media prywatne i fatyczne
Eric Kluitenberg, w tekście "Media without an audience", zaraz po mediach suwerennych, opisuje tworzy kategorie mediów prywatnych i fatycznych - które sporo wyjaśniają na temat takich zjawisk jak strony domowe, miasto Plusa, blogosfera i moblogging (tworzenie bloga z pomocą technologii mobilnych: palmtopów, komórek, kamer cyfrowych w komórkach, palmtopach, wszędzie; a więc tworzenie bloga w sposób błyskawiczny, być może też kompulsywny).
"Formy prywatnych mediów takie jak Geocities czy Digital City w Amsterdamie [pisze o nim Castells w Galaktyce Internetu; w Polsce są to np. strony domowe na wp.pl] zazwyczaj nie komunikują określonych przekazów. Nie mają docelowej widowni, nie są częścią ekonomii przyciągania uwagi, ale mimo to są przykładami udanych mediów prywatnych. Podczas gdy próby stworzenia z Internetu doskonałego medium rozrywkowego spaliły na panewce, sieć kwitnie jako ostateczna forma personalizacji przestrzeni medialnej."
I dalej:
"Prywatne wiadomości mówią, przede wszystkim, "Jestem tutaj". Ale ta prosta wiadomość nie powinna być zifnorowana jako wyłącznie banalne stwierdzenie".
Kluitenberg uważa, że takie media stają się fatyczne, tzn. wypowiedzi przestają komunikować znaczenie, a zaczynają pełnić wyłącznie funkcje społeczne - przede wszystkim sygnalizują obecność, czasem zainteresowanie.
"Ten typ mediów wydaje się bezużyteczny, gdy wpisany w tradycyjny schemat mediów (nadawczych). Ale jest błędem akceptować bezmyślnie ten pogląd. Fatyczne zachowanie medialne nie jest w żadnym stopniu banalne. Sfera medialna jest traktowana jako nowy typ środowiska, w którym ludzie tworzą swoją obecność, nie pragnąc przekazywać specyficznych komunikatów".
Myślę, że Kluitenberg jest w gruncie rzeczy nieźle kontrowersyjny i serwuje silny prztyczek w policzek z jednej strony psychologom Internetu, z drugiej strony całej masie np. blogerów. Bo z jednej strony odrzuca wszelkie koncepcje wyobrażonej widowni, do której miałby się dostosowywać autor strony, zakłada że stronę tworzymy w małych samotnych światkach, żeby "zasiedlić" przestrzeń internetu. Jeśli zapomnimy o psychologii, myśląc o użytkownikach siedzących sam na sam z internetowymi komputerami, to chyba rzeczywiście tak jest. Po drugie, sugeruje, że wiele treści publikowanych obecnie w internecie - ja wziąłbym na celownik szczególnie moblogi i fotoblogi - nie służy niczemu innemu, niż zaznaczeniu własnej obecności online.
Zgadzam się z Kluitenbergiem, że "tworzenie obecności" bynajmniej nie jest zajęciem banalnym i trzeba je traktować jako istotne zachowanie - np. jako sposób oswajania się z przestrzenią medialną, albo może z tempem przepływu informacji w dzisiejszym świecie. Ale mobloging, fotobloging i inne formy frenetycznego nadawania indywidualnych treści nie przekazują zbyt istotnego przekazu - w szczególności, w dużo mniejszym stopniu, niż wszyscy by tego zapewne chcieli są źródłem wiedzy, mądrości, sztuki, czegokolwiek.
Na marginesie, w zupełnie inne sposoby, niż przesadnie budzący zachwyt moblogging, komórki z aparatami foto zaczynają zgrzytać w zastanej rzeczywistości społecznej, np.:
-w Japonii doszło do plagi "cyfrowych kradzieży" w księgarniach: Japonki zamiast kupować kobiece czasopisma fotografują komórkami interesujące je fryzury/ubrania i rozsyłają zdjęcia po koleżankach. (BBC).
-w Wielkiej Brytanii dwaj mężczyźni najprawdopodbniej nagrali na komórkę scenę gwałtu, której przypadkiem byli świadkami w pubie w Brighton. Filmowali, zamiast działać. Co ciekawe, ich z kolei filmowała kamera CCTV, których pełno w Wielkiej Brytanii (BBC).
A na drugim marginesie, zwolenników - mimo wszystko - mobloggingu może zainteresować wiadomość, że 5 lica odbędzie się w Japonii "First International Moblogging Conference", na której między innymi będą omawiane społeczne aspekty mobloggingu. Ciekawe, co się okaże.



CZARNY LUD


