27.05.2003: ePolska przyszlosci
Rzeczpospolita opublikowała 20 maja artykuł pt. "Elektronizacja przedsiębiorców", dotyczący ustawy o elektronicznym systemie ubezpieczeń społeczno-zdrowotnych. Ustawa, która wejdzie w życie z początkiem 2007 roku, zakłada całkowitą teletransmisję danych przez płatników składek - i może służyć za przykład sposobu, w jaki Polska stanie się ePolską.
Każdy płatnik będzie więc musiał mieć dostęp do skanera, by przesłać kopie dodatkowych dokumentów oraz do telefonów / komputerów umożliwiających wideokonferencje - gdyż tylko w ten sposób lub przez email będzie można się porozumieć z pracownikami ZUS. Składki będą opłacane przez specjalny program albo poprzez SMSy. Minister "właściwy do spraw wirtualnych ubezpieczeń" będzie sprawdzał zakres wiedzy informatycznej wymagany wobec prowadzących działalność gospodarczą.
2007 nadejdzie za niecałe 5 lat, myślę że w tym czasie wirtualna wizja ePolski pięknie wejdzie w konflikt z naszą polską rzeczywistością.
Skanery i sprzęt wideokonfernecyjny u każdego płatnika ZUS? Autor tekstu komentuje to tak: "samodzielne prowadzenie działalności gospodarczej stanie się swojego rodzaju hobby, dostępnym - tak jak sporty ekstremalne - dla nielicznych". Cały system ma być wprowadzony bez obciążania budżetu państwa - czyli państwo zapewni obywatelom przyspieszoną komputeryzację.
Niepokjąca wiadomość pojawia się na samym końcu:
"rozwiązaniami przyjętymi w ustawie zainteresowane są inne kraje Unii, co daje nadzieje na korzystny eksport zarówno usług doradczych, jak i niezbędnego oprogramowania i sprzętu". ePolska jako przykład wzorcowy dla całej Europy, ciekawe co z tego wyniknie.
(maf, dzięki za link)
26.05.2003: WWW w Budapeszcie
Podczas minionego weekendu w Budapeszcie odbyła się 12 Międzynarodowa Konferencja World Wide Web. Jest to bardzo budujące, że Węgry powoli, ale skutecznie zajmują swoje miejsce na mapie europejskich centrów nowej technologii. Co więcej, Węgry chciałyby stać się "technologicznym sercem Europy", jak to określił podczas konferencji Kalman Kovasc, węgierski minister Informatyki i Komunikacji. Węgrom udało się sprawnie zorganizować konferencję, mimo deficytu gniazdek na który uskarżali się posiadacze laptopów, o czym donosi Wired. Nie bylo natomiast problemu z dostępem do bezprzewodowego Internetu nie tylko w budynku, ale również w otaczającym go parku. Wydaje mi się to ważne, ponieważ jeszcze w pażdzierniku 2002 na konferencji AOiR w Holandii do dyspozycji uczestników było tylko kilka komputerów, ze stale zawieszającym się łączem. O Wi-Fi prawie się jeszcze nie słyszało. Mam nadzieję, że Polska dorobi się w niedługim czasie kilku hot-spotów a może nawet i ministra informatyki i może wtedy ktoś pomyśli o zorganizowaniu podobnej imprezy u nas.
Wracając do konferencji WWW, Tim Berners-Lee przedstawił nowy sposób ograniczania komercjalizacji sieci - nową polityką patentową W3C. W3C będzie wymagać ujawnienia wszystkich potencjalnych patentów związanych z nowymi technologiami WWW i dawać priorytet tym standardom, które nie będą ograniczane patentami. W ten sposób W3C chce zagwarantować wolny charakter standardów i swobodną ewolucję sieci.
"People and their ideas are like the World Wide Web, billions of bits of data that are far more useful and interesting when they connect." Tim Berners-Lee
25.05.2003: popularne ideologie internetu
Jarosław Sellin, członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, w rozmowie z Piotrem Najsztubem w ostatnim "Przekroju" (21/2003):
"Ja natomiast jako konserwatysta uważam, że jesteśmy skazani na dominację w mediach elektronicznych wrażliwości lewicowo-liberalnej. Wrażliwość konserwatywna występuje raczej w tygodnikach, miesięcznikach, kwartalnikach. Tak jest w Stanach Zjednoczonych, tak jest w Europie Zachodniej i trzeba się z tym oswoić i pogodzić, a nie rozpaczać.
"Post-cyfrowy" artysta-żartowniś, jak go nazwał BoingBoing, Miltos Manetas. Osoba bliżej mi nieznana, BB sugeruje, że to ktoś istotny:
"The most important social quest of the past century was Freedom. [...] The major social issue of our days is the question of Intellectual Property and Copyright".
Jeśli, jak sądzę, "the major" znaczy najważniejszy, to jest to klasyczny przykład totalnego odklejenia od otaczającej nas rzeczywistości, odlotu w stronę jakiejś technofantazji.
22.05.2003: złe badania niszczą internetykę
Po sieci krążą wyniki marcowej rundy badanie NetTrack prowadzonego przez SMG KRC (na stronie Mediainfo) można znaleźć część danych w postaci arkusza Excela, wyniki są też rozsiane po sieci). Wyniki są ciekawe, szczególnie wtedy, gdy trzeszczą i skrzypią jak się nad nimi zastanowić, zmuszają do wyciągania wniosków albo o absurdalności badania albo o wyjątkowości Polaków.
Statystyki wyglądają obiecująco: 24% Polaków jest online, 5 do 6 milionów. Z tego jednak 6% Polaków używa Internetu raz w miesiącu lub rzadziej, więc proponuję ich jednak skreślić a liczbę Internautów zmniejszyć o ćwiartkę. (Te dane są wzięte z drukowanej wersji Gazety Wyborczej - według danych opublikowanych przez idg.pl, internautów jest 20,6%, "czyli ponad 6 mln"), z czego 9% (a nie 25%) używa Internetu raz w miesiącu lub rzadziej). Nie ma wyjścia, ktoś źle czyta statystyki, a SMG KRC danych nie publikuje.
Na pytanie, jak korzystasz z Internetu, 95% odpowiada że przegląda WWW, 59% używa poczty, 42% ściąga lub udostępnia pliki, 31% korzysta z IRC. Ciekawe lub wręcz zadziwiające? Tak! 40% Internautów bez skrzynki pocztowej jest ewenementem. 30%, a więc około 1,5 miliona IRCowników - szokujące! Biorąc pod uwagę, że dane, które znalazłem w sieci przewidywały na rok 2002, z radością, 500 tys. użytkowników IRCa na całym świecie. I podziw budzi znacząca większość osób deklarujących korzystanie z sieci P2P, gdyż robią to przez modem. Na deser, 12% deklaruje Internautów deklaruje słuchanie radia / oglądanie telewizji przez Internet. Nie jestem w stanie znaleźć odpowiednich statystyk, ale wydaje mi się, źe liczba osób ze stałym łączem jest dużo niższa. Streaming przez modem? Sport ekstremalny.
Sytuacja, ponownie, robi się ciekawa w dziale "odwiedzane strony". Np. odwiedzanie Google deklaruje 8%; ranking.pl szacuje udział Google na około 30% - z tego wynika, że z wyszukiwarek korzysta około 25% polskich internautów. Ktoś tutaj musi się mylić.
Lubię kierowane zdrowym rozsądkiem badaczy cytaty, które obnażają niedoskonałości badań Internetu. John Thornton Caldwell we wstępie do książki "Theories of the New Media" pisze:
"Pytając jak cyfrowe technologie strukturalizują doświadczenie lub jak użytkownicy reorganizują codzienne życie wraz z pojawieniem się nowych mediów, podważa zarówno fantazje cyberużytkowników (o autonomii i radykalnym autorstwie) oraz korporacyjne fantazje o wrażliwych użytkownikach (których potrzeby napędzają design sprzętu)".
oraz
"<
Tacy jak Caldwell dają nam młot przeciw zbytniej koncentracji na butikowych, niszowych, anegdotycznych zjawiskach. Czekam na propozycje młota na absurdalne dane statystyczne, które mimo to funkcjonują jako fakty.
Niklas Luhmann w "The Reality of Mass Media" pisze, że rolą mediów nie jest tworzenie kosnensusu, lecz jedynie faktów społecznych, tworzenie naszej rzeczywistości
18.05.2003: zen niedzielnej nocy
Do kin nadciąga nowa porcja mistycznych doznań w wersji pop z efektami specjalnymi, odpowiedni moment na odrobinę medialnego zen.
Ted Nelson w "Computer Lib / Dream Machines" opisuje jak Douglas Englebart demonstrował, co rozumie przez wzmocnienie intelektu:
"Engelbart przywiązał ołówek do cegły. Potem zmusił kogoś, żeby nim pisał. Wyniki doświadczenia, w oczywisty sposób okropne, Engelbart dołączył do publikowanego raportu. Nie mogąc jeszcze zademonstrować wzmocnienia (augmentation) intelektu, gdyż nie miał jeszcze systemu, który mógłby zaprezentować, mistrzowsko przedstawił jego osłabienie: pokazał, co się dzieje gdy zamiast polepszyć pogorszymy narzędzia służące intelektualnej pracy. Korzystając z mało elastycznych systemów papierowych, tłumaczył Engelbart, wszyscy jesteśmy niczym biedak z ocegłowanym ołówkiem."
Myślę, że Doug Engelbart był bardzo zen. Jak zauważa jedna z przypowieści zen, żadna ilość polerowania nie zrobi z cegły lustra. Wszystkie media są cegłami i wraz z upływem czasu szybko cegleją coraz bardziej. Połączone w sieć komputery też, te lustra naszych jaźni. Jeśli masz stałe łącze, przypomnij sobie Internet przez modem. Jeśli masz komórkę, pomyśl o telefonie stacjonarnym. O biało-czarnym telewizorze, na którym ciężko odróżnić jedną drużynę piłkarską od drugiej. O konieczności wybierania międzymiastowego operatora za pomocą prefiksu.
Sęk - i radość - w tym, że te cegły to jedyne narzędzia jakie mamy, przedłużenia człowieka.
"Czym jest Zen?" spytał mnich. "Cegłą i kamieniem."
14.05.2003: only connect!
Jest oczywiste, że Internet staje się coraz większy. Argumentów za jego rozwojem jest wiele, od cywilizacyjnych: państwa w dzisiejszych czasach potrzebują Internetu, żeby się rozwijać, do wytłumaczeń w skali mikro: działania efektu sieciowego, w którym nasz prywatny internetowy świat jest tym bardziej wartościowy, im więcej znajomych i bliskich w nim siedzi. Za wszystkimi argumentami kryje się podstawowe założenie: bycie online, dostęp do Internetu jest dobry. Zła może być treść dostępna w Internecie lub zalewająca nas ilość informacji - sam dostęp jest pożądany.
Mary E. Virnoche i Gary T. Marx rozpoczynają swój tekst o społecznościach online od cytatu z "Howard's End" E.M.Forstera:
"Only connect! That was the whole sermon.
[...]
Live in fragments no longer.
Only connect..."
Tymczasem Esther Dyson, na pytanie o plusy i minusy życia w epoce cyfrowej, stwierdza:
"Największym plusem jest możliwość wyboru. Wyborem może być również rezygnacja z Internetu".
Donald Knuth, profesor ze Stanfordu, jest znany z tego, że 1 stycznia 1990 przestał używać elektronicznej poczty, po 15 latach jej używania. Knuth tłumaczy to tym, że jego rolą w życiu nie jest już być na bieżąco. W komentarzach pojawia się stwierdzenie, że większość ludzi nie może sobie na taki krok pozwolić. I rzeczywiście, w wielu kręgach silne normy konformizmu stoją na straży bycia dostępnym - przez email czy przez komórkę.
11.05.2003: blogi i blogi i RFID
Maciej Ceglowski pisze, że "Blog to w gruncie rzeczy jedyny znany nam właściwy sieci format, który wytworzył wszelkiego rodzaju konwencje i specyficzną strukturę poprzez selekcję naturalną, bez udziału scentralizowanej władzy".
Myśl jest bardzo ciekawa, bo sugeruje, że w chwili obecnej blogi wyparły już strony html z pozycji podstawowej formy wypowiedzi siebie online. HTML stał się kolejnym podkładem, kluczowym standardem jest dopiero blog, ze swoim silnikiem umożliwiającym łatwe wpisy i formatem: notatka, notatka, notatka + tzw. blogroll.
A więc jednak nie jesteśmy, jak to sugerował Daniel Chandler bricolleurs, którzy strony i własne tożsamości zlepiają z gotowych kawałków. Blog jako preferowana forma jest mało zaskakująca, gdyż pozwala powoli doklejać myśli, wrażenia, itp.
Okazuje się też, że bariera dostępu do produkcji treści, jaką jest znajomość choćby podstawowa języków i protokołów komputerowo-internetowych jest silna, skoro narzędzie upraszczające sprawę cieszy się wielką popularnością.
Na marginesie, myślałem że używanie gotowych szablonów jest równie nieciekawe jak strony przeładowane animacjami i grafiką, prawdziwe cuda internetowego bricollage. Tymczasem zarówno Mitch Capor, obecnie szef Open Source Applications Foundation (OSAF), jak i twórca Ebay Pierre Omidyar używają standardowego szablonu Movable Type. To trochę jak design w stylu "htmlowy minimal" stosowany m.in. przez król open source Erica Raymonda.
Jeśli o blogach guru internetu mowa, ma go też Esther Dyson, która mądrze pisze o chipach RFID: "Ironia chipów RFID polega na tym, że choć jest ich tyle, że raczej należy je traktować jak płyn niż zbiór przedmiotów, ich funkcją jest identyfikacja jednostkowych obiektów". Dyson jeszcze stwierdza, że chipy "uczynią cały fizyczny świat widoczny dla komputerów, poznawalny z każdego punktu sieci", a na koniec niewinnie dodaje, że "osobiście ma nadzieję, że będzie mogła ich używać do śledzenia własnego bagażu" - pewnie nie tylko bagaż będzie śledzony przez pył, który lepiej traktować jak płyn.
8.05.2003: spoof pages: sieciowe zabawy z tożsamością inaczej
Na stronie Cyberkultura mistrz_yon w tekście pt."szerokopasmowa ślepa uliczka" pisze:
"Wraz z upowszechnianiem się danych multimedialnych Internet zaczyna także tracić główne swe zalety w integrowaniu ludzi. [...] Nie będzie można już mówić o promowaniu w Sieci ludzi inteligentnie posługujących się słowem, znacznie ograniczona zostanie także możliwość tak charakterystycznych dla sieciowych znajomości eksperymentów z tożsamościami".
Nostalgia za cyberprzebierankami jest dla mnie czymś zaskakującym - zamiast widzieć w nich miniony wiek jeśli nie złoty, to pozłacany, wolę widzieć w nich tylko moment w internetowej historii, który był i minął. To, co kiedyś fascynowało badaczy, teraz stało się anegdotyczne - jak to mówi Castells. Dlatego nie sądzę, żeby wszelkie maskarady, mimo uwagi, jaką poświęcają im tacy autorzy jak sławna w Polsce przez wydawniczy przypadek Patricia Wallace, były czymś charakterystycznym dla internetowych znajomości. Czas pokazuje, że w internecie nic nie jest charakterystyczne, zmieniają się platformy, programy i aplikacje a wraz z nimi cała opisywana przez badaczy otoczka, wpływy na jednostki i społeczności. Trwały jest tylko protokół.
Cyberzabawy, przebieranki i oszustwa są dla mnie ciekawe, ale w innych przypadkach. Na przykład gdy są to "spoof pages" - parodie, podróbki stron internetowych, w których maskarada dotyczy organizacji i instytucji, a nie ludzi, a cel jest często polityczny. Dobrze wykonane spoof pages dzięki podobieństwu do oryginału są w stanie przemycić do umysłu internauty treści zupełnie przeciwne do zamierzonych przez autorów parodiowanej treści- jak dobrze pójdzie, internauta uwierzy w nie, opierając swą wiarę na zaufaniu do podrabianej przez spoof page organizacji. Do klasyki gatunku należą wyprodukowane z pomocą grupy artystycznej RTMark parodie stron George'a Busha czy organizacji GATT.
Gry pozorów prowadzone przez autorów takich stron, fasady za którymi chowają się zupełnie inne intencje od tych sugerowanych, czasami strasznie się zapętlają. Najnowszy przykład - avrilution.com: strona wzywająca do młodzieżowej rewolucji kulturowej przeciw homogenizacji i stagnacji przemysłu muzycznego, której patronką jest Avril Lavigne, nastoletnia komercyjna piosenkarka, wystylizowana na młodocianą rewolucjonistkę.
Z jednej strony mamy jak najbardziej poważną deklarację, że "celem Avrilucji jest sprzeciwianie się koncentracji władzy, prywatnej czy też publicznej, która stara się zmonopolizować i wyedytować treści" - z drugiej strony wykorzystanie postaci Lavigne jest enigmatyczne (szczere czy z przymrużeniem oka?), co więcej idea została natychmiast podchwycona przez fan kluby piosenkarki.
Myślę, że Avrilution.com odpowiada dosyć typowemu modelowi wyłaniania się zjawisk w Internecie: mamy dziwne zjawisko, balansujące na skraju mainstreamowej kultury, krytyki tejże oraz żartu. Potem jej istnienie zaczyna być zauważane: w tym wypadku ideę podchwycił fandom Lavigne, blogi też zainteresowały się dziwactwem, wreszcie o Avrilution napisało muzyczne pismo Spin (w części przypadków zainteresowanie wynika wyłącznie z potrzeby ciągłego odnajdywania nowości, odnajdywania jakiegoś newsu, gdy poprzedni się zużyje). Trudno stwierdzić, czy Avrilution to coś istotnego, bo nie mamy żadnych miar (statystyk oglądalności itp.), wiemy tylko, że udało się wyprodukować nieco fermentu, że Avrilution to coś bardziej popularnego niż terminal. a mniej niż wojna w Iraku (choć podobno warblogs komentujące Irak już powoli przerzucają się na SARS, kolejny blockbuster). Avrilution, wraz z masą innych zjawisk, które na chwile stają się newsami, leży w niewygodnej sferze zjawisk wprawdzie zauważonych, ale niekoniecznie istotnych. Pojawiających się i znikających dzięki zainteresowaniu (medialnemu) – czynnikowi, którego intuicyjnie ludzie jeszcze nie odczuwają. Tak było przez długi czas z zabawami z tożsamością, tak będzie przez chwilę także z Avrilution.



CZARNY LUD


