29.04.2003: aula i pho

Dwa przykłady na to, że dużo zaszło od czasu gdy Howard Rheingold, obserwując społeczność Well, stwierdził że społeczności wirtualne to "to społeczne agregaty, które wyłaniają się z Sieci gdy wystarczająco dużo osób prowadzi publiczne dyskusje wystarczająco długo, z wystarczającą dozą ludzkich uczuć, by tworzyć sieci osobistych relacji w cyberprzestrzeni". Przykłady, które pokazują, że online i offline zlały się ze sobą (na marginesie, życie społeczne offline zawsze było wirtualne) oraz że społeczne agregaty, które próbował zrozumieć Rheingold, mogą opierać się na wielu innych rzeczach niż tylko ludzkie uczucia i publiczne dyskusje.
Aula to grupa kilkuset Finów z Helsinek, którą Rheingold opisał dla The Feature, nazywając ją "my favorite smart mob". Aula to grupa ludzi, która eksperymentując na własnej tkance bada możliwe społeczne zastosowania nowych technologii. Aula to także ultranowoczesna przestrzeń miejska, "miejski living room dla społeczeństwa sieciowego", jak to określił Rheingold. Jeden ze zrealizowanych w tej przestrzeni projektów nazywa się Hunaja (Miód) i pozwala członkom Auli na zdalną świadomość obecności innych. Każdy członek Auli otrzymuje identyfikator, za pomocą którego może się logować przychodząc do Auli. Każdy użytkownik może też, poprzez WWW lub SMS, dowiedzieć się, jacy użytkownicy są w danej chwili zalogowani w Auli. (Opis Auli w PDF-ie znajduje się tutaj).
WIrtualna społeczność? Chyba tak.
Na marginesie dodam, że Hunaja opiera się na RFID, radiowych nadajnikach wielkości ziarnka piasku, o których kiedyś wspominałem. Kolejny dowód, że takie nadajniki nas zasypią, co przewidują David Pescovitz i Eric Paulos. Notatki Cory'ego Doctorowa z ich prezentacji pt. "Roboflies, Flexonics, and the Social Life of Smart Dust", przedstawionej niedawno na konfernecji ETCON można znaleźć tutaj. Pescovitz i Paulos przedstawiają wizję przyszłości, w której "sprytny pył [malutkie czujniki mierzące ruch, światło, temperaturę, zdolne porozumiewać się ze sobą i łączyć w większe struktury] miesza się z farbą i maluje nim ściany".
Drugi przykład to Pho: "globalna grupa dyskusyjna, ciągle rozrastająca się lista mailingowa nazwana na cześć Wietnamskiego wołowego rosołu, który był pretekstem, dla jej spotkań". Pho jest poświęcona cyfrowemu przekazowi sztuki, szczególnie muzyki. Początkowo Pho spotykała się na cotygodniowych obiadach w wietnamskiej knajpie w Los Angeles. Z czasem dorobiła się także listy dyskusyjnej rozsyłającej kilkaset wiadomości dziennie, oraz szeregu spotkań przy tanim jedzeniu w innych miastach. Grupa zrzesza ponad tysiąc osób z obydwu stron barykady: przedstawicieli branży i prawników, studentów i artystów. "Pho to nie tylko spotkania, nie tylko lista, ale metafora kwestii, które dyskutujemy. Samo-organizacja jest nieuniknioną zasadą działania, anarchia smakowitym jego wynikiem, wirusowy rozkwit najczęstszym skutkiem". Jak wynika z eseju Jima Griffina, współtwórcy Pho, magia grupy rozgrywa się gdzieś pomiędzy miską zupy w wietnamskim barze a globalną wymianą myśli między mózgami ciężkiego kalibru.
Niestety, te przykłady nie ułatwiają zadania zrozumienia wirtualnych form życia społecznego i poradzenia sobie ze spuścizną tradycji "virtual community". Jedno rzuca się w oczy: obydwie wspólnoty są grupami profesjonalistów, pozostają w obrębie tej samej rzeczywistości, którą w latach 50-ych analizowali twórcy pierwszych komputerowych systemów time-sharing, widząc dla nich cudowne zastosowania w świecie nauki, niesamowite możliwości dla rozkwitu wymiany poglądów.

Posted by alek at 16:30 | Comments (1)

23.04.2003: emergentna demokracja to ekstrawagancja

W języku angielskim słowo hype zgrabnie opisuje robienie wielkiej rzeczy z niczego, pompowanie zjawisk i idei powietrzem, nadmierne przyciąganie uwagi do rzeczy nie całkiem na nią zasługujących. Internet czasem zdaje się kipieć, pękać od zachwycających efektów swobodnej wymiany myśli - a kiedy indziej hype wychodzi wszelkimi możliwymi otworami.

"Emergent Democracy" Joi Ito, japońskiego biznesmena internetowego intelektualisty, jest kolejnym manifestem, który porusza sprawy ważne dla badaczy Internetu. Całość jest ciekawa, jednak trudno pozbyć się wrażenia, że autor oprócz solidnych myśli chce też pokazać swoje intelektualne machismo. Tekst zatytułowany "Emergentna demokracja" dotyka wszystkich intelektualnych nowinek: emergencji zjawisk społecznych, koncepcji sześciu stopni oddalenia Milgrama, słabych więzi Granovettera. Pojawia się też Rheingold i Lessig, weblogs i moblogs, oraz tekst o rozkładach według prawa potęgowego, o którym już pisałem. Trochę tego dużo jak na kilkanaście stron wydruków, szczególnie że ostatecznie jest to bardzo dziwny tekst o demokracji.

Ito zaczyna od wizji "elektronicznej agory", Internetu zdolnego zbawić demokrację. Potem opisuje niedostatki zarówno demokracji bezpośredniej ("niewykształcone społeczeństwo nie może wszystkiego zrozumieć") oraz przedstawicielskiej ("wybierani w wyborach przedstawiciele reprezentują elitarne grupy"). Rozwiązaniem okazuje się demokracja emergentna: "Jeśli technologie informatyczne mogłyby stworzyć mechanizm, dzięki któremu obywatele mogliby uczestniczyć w demokracji w samo-organizujący się sposób zapewniający emergentne rozumienie zjawisk, możliwe że rodzaj emergentnej demokracji mógłby rozwiązać kwestie związane ze złożonością i skalowaniem, z którymi borykają się dzisiaj rządy przedstawicielskie.

Środowisko webloggerów jest dla Ito poletkiem doświadczalnym takiej demokracji. Ito nie zauważa nawet skrajnej elitarności tego środowiska oraz faktu, że wymiana myśli, być może rzeczywiście emergentna, dotyczy kolejnych narzędzi do blogowania, stron wyłapujących najpopularniejsze wpisy, linków, trackbacków i kwestii software'owych. Jak dla mnie, daleka stąd droga dla jakiejkolwiek nowej formy demokracji.

Warto może jeszcze wspomnieć o zadziwiającym fragmencie, w którym Ito opisuje sondaże opinii społecznej jako "efektywną formę bezpośredniej demokracji", "metodę, która omija tradycyjne metody demokracji przedstawicielskiej". Lub stwierdzenie, że moblogging, komórki z fotoaparatami, mają wielki potencjał do tworzenia sousveillance, systemu oddolnej reakcji na surveillance rządowy - ja oczywiście raczej przychylam się do reklam polskich operatorów komórkowych, według których przyszłością tego medium są zdjęcia roznegliżowanych dziewcząt.

Natomiast podoba mi się fragment o "ekonomii uwagi" (attention economy): uwaga widza / czytelnika / internauty staje się najbardziej rzadkim zasobem na rynku, który wytworzył mechanizmy "przeliczające" uwagę na pieniądze: reklama internetowa nadaje bowiem wartość pieniężną odwiedzinom internautów na stronie.

Posted by alek at 15:04 | Comments (15)

19.04.2003: gibson: w kleszczach dra satana - po polsku

Tekst Williama Gibsona pt. IN THE VISEGRIPS OF DR. SATAN (WITH VANNEVAR BUSH), o którym już nieraz wspominałem, jest moim zdaniem świetny, choć sam autor poprzedził go komentarzem, że jest to tekst "zapewne zbyt podstawowy dla większości z was, choć może zainteresuje kogoś choć trochę". Więc ten ktoś to ja, a te trochę w moim przypadku okazało się nawet bardzo. To tekst o robotach z filmów i powieści SF i o cyborgu, który niepostrzeżenie wykluł się wokół i w nas.
Tak więc, w ramach rozwoju polskiej odnogi globalnego cyborga, o którym pisze Gibson, tekst W KLESZCZCH DRA SATANA (Z VANNEVAREM BUSHEM) zostało przeze mnie przetłumaczony na polski i jest dostępny w dwóch smakach: HTML i TXT.

Posted by alek at 22:52 | Comments (0)

15.04.2003: soulseek i wizualizacja

Najnowsza wersja beta klienta P2P soulseek zawiera, przypadkiem, wspaniałe narzędzie do intuicyjnego rozumienia sieci. W menu "View" znajduje się pozycja "View searches", która wyświetla w oknie wszystkie zapytania zgłaszane do systemu P2P przez jego użytkowników. Soulseek nie należy do najpopularniejszych narzędzi, a mimo to lista przewija się szybkim ciurkiem i jak dla mnie jest doskonałym sposobem unaocznienia sobie skali internetu oraz ilości przesyłanych i poszukiwanych w nim danych. Pozwala wyrobić sobie intuicję, a nie tylko wiedzę.
Edwin Bendyk w tekście "Widmo Frankensteina" (z książki Zatruta Studnia) pisze:
"Logika mediów elektronicznych rzeczywiście zmusza nas do wizualizacji. [...] Wirtualne oznacza realne, które bezpośrednio oddziaływuje na rzeczywistość. [...] Wszystko zaś, czego nie da się przedstawić, zwizualizować, a tym samym ukonkretnić, pozostaje w sferze budzącego lęk chaosu".
W tym przypadku z lękiem nie mamy do czynienia, ale z groźbą rozminięcia się z obiektem badań już na poziomie najgłębszych intuicji.
Rzeczywiście, wizualizacje Internetu (polecam An Atlas of Cyberspace) należą do kategorii uroczych i przyciągających wzrok eye candy, choć łatwo można je uznać za jedynie ułudę: Internet, odległe galaktyki, czy Londyn, wszystko wygląda tak samo. Tylko że w przypadku Internetu nie tyle "wirtualne oznacza realne", co jest jedyną rzeczywistością: nie istnieją inne mapy, inne krajobrazu Internetu niż komputerowe wizualizacje, a strony cyberatlasów są jedynymi punktami widokowymi.
Pozostaje więc tworzyć rozmaite wizualizacje, wykraczające poza dwuwymiarowe wykresy przypominające ameby czy komórki. Dobrym przykładem jest projekt Carnivore. Działacze z Radical Software Group użyli tzw. packet sniffera (software'u pozwalającego "zasysać" wszelkie dane płynące łączem, używanego wcześniej jako internetowa pluskwa przez FBI) by stworzyć artystyczne narzędzie pozwalające wizualizować przepływ danych między komputerem a internetem. Internetowi artyści dorzucają własne klienty Carnivore'a, takie jak amalgamatosphere pokazująca przepływ danych jako pulsujące hipnotyczne kule na Twoim ekranie

Posted by alek at 18:10 | Comments (5)

14.04.2003: PolSpam Affair

Osoby dramatu:

PolSpam, anonimowa grupa administratorow, zbierajaca od internautow adresy, z ktorych wysylany jest spam. Wciaz aktualizowana 'czarna liste spamerow' moze sciagnac kazdy administrator i wprowadzic do oprogramowania filtrujacego administrowanego przez siebie serwera pocztowego. Serwery beda dzieki temu blokowac listy przychodzace ze zgloszonych przez internautow domen.

Srodowisko marketingu bezposredniego i reprezentujace je Stowarzyszenie (SMB), powołane meidzy innymi po to, by uregulowac praktyki direct mailingu i bronic praw i interesow swych czlonkow.

PolSpam jest skuteczny, mimo (a moze dlatego) ze dziala w oderwaniu od obowiazujacego prawa - lista firm zakwalifikowanych jako spamujace rosnie i moze zostac bez przeszkod sciagnieta przez kazdego zainteresowanego. SMB musi czuc co najmniej nieswojo - oto ktos nieznany zajal sie tym, co nalezy do 'misji' Stowarzyszenia. Marketingowcy oskarzaja PolSpam o pomowienia - na liscie znajduja sie adresy podmiotow, ktore oswiadczaja, ze prowadza swoje akcje w sposob legalny. PolSpam mowi ze sie nie ujawni bo juz dostaje maile z pogrozkami.

To swietny przyklad tego, jak pozioma komunikacja, Internet, moze rozbic wertykalne hierarchie, zmienic geometrie wladzy - moc wplywania, regulowania, egzekwowania przesunela sie z centrum (panstwo, prawo, stowarzyszenia) gdzies na peryferie, w rece "zwyklych ludzi".

Z drugiej strony dzialania PolSpamu odzwierciedlaja nastepujacy tok rozumowania: mamy racje, mamy srodki, ludzie za nami pojda wiec zrobmy to. O ile ostatnie stwierdzenia nie budza watpliwosci, o tyle pierwsze - tak. Kto powiedzial, ze niebezpieczenstwo ideologii i ograniczenia wolnosci pochodzace z peryferii jest mniejsze niz to, ktorego zrodlem jest centralistyczna wladza?

Kto ma racje?

Linki
+ PolSPAM: domniemanie złej woli
+ PolSpam oficjalnie

Posted by Lukasz Jonak at 12:08 | Comments (57)

13.04.2003: Latour: książe maszyn i machinacji

Dla wielu osób przedmioty i technologie są rzeczami nieistotnymi; zapominają o nich myśląc o ważniejszych sprawach. Także w naukach społecznych jest tendencja upraszczająca wszystkich mieszaniny technologii i spraw społecznych do wyłącznie tych drugich. Przez to a. wpływ technologii pozostaje nizauważony b. wszystkie technologie wydają się podobne.
Czasem zdarza się wyjątek, jak sądzę bardzo potrzebny. Bruno Latour jest wybitnym wyjątkiem tego rodzaju, człowiekiem, który przemieszanie społecznego z przedmiotami i technologiami rozumie wyśmienicie.
"The Prince for Machines as well as for Machinations" jest tekstem odwołującym się do "Księcia" Machiavellego, w którym Latour a. zrywa granice między światem przedmiotów i społecznym, mówiąc o "pozbawionych szwów sieciach", w których obydwa światy się mieszają b. pokazuje, że zrozumienie powiązań między życiem społecznym a światem technologii jest źródłem wiedzy nowych Księciów, któzy mogą panować nad ludźmi tych powiązań nierozumiejących.
Zdaniem Latoura technologia jest źródłem władzy, która nie sprowadza się do innych jej form, np. do władzy politycznej. To władza subtelna, która działa na zasadzie "cichej rewolucji": "Spodziewałeś się pokazu siły; a czujesz jedynie nieznośną potrzebę skontaktowanie się ze starzejącą się matką przez telefon". Redukcjoniści o których na początku wspomniałem, gotowi są ostatnie dwa słowa z cytatu wyrzucić - zdaniem Latoura uczestnictwo telefonu w realizowaniu naszych codziennych potrzeb jest kwestią kluczową.
Tekst Latoura jest niestety ciężki i nieznośny. Ale jego wizja nowego Księcia:
"Opisane przez niego machinacje są oparte na uczuciach innych ludzi i manipulacji nimi. Jedyni nie-ludzcy sprzymierzeńcy, których wyraźnie wymienia, to fortecy i broń [...]. Dzisiaj jest już inaczej [...]. Do istniejących od wieku uczuć, oszustw i głupoty mężczyzn i kobiet, należy dodać upór, spryt i siłę elektronów, mikrobów, atomów, komputerów i rakiet".
Coś jest na rzeczy, skoro w czasie wojny w Iraku został użyty cały zwierzyniec różnorodnych robotów - przede wszystkim bezzałogowych samolotów. Najmniejsze z nich niewiele się różnią od samolotów modelarskich i z góry zakłada się, że będą do wyrzucenia po kilkunastu użyciach (takie jak Dragon Eye, samolocik, który Wired zgrabnie nazywa Disposa-Plane). Także Wired twierdzi, że w planach są chmary bezzałogowych samolotów. Co ciekawe, wymagają one stworzenia bezpiecznego bezprzewodowego internetu obejmującego całą przestrzeń powietrzną teatru działań - kolejny, trochę inny powód, czemu WiFi będzie się rozwijać.
Można oczywiście powiedzieć, że wojskowe technologie to dziedzina wyjątkowa, gdzie rzeczywiście technologia ma coś do powiedzenia. Latour ma na to odpowiedź: wyścig zbrojeń jest jedynie jednym przykładem wyścigu sprzętu, wyścigu rzeczy, hardware race, a wszystkie "pola bitwy łączą się ze sobą". W jaki sposób? Na przykład firmy rzuciły się, żeby opatentować zwrot "shock and awe", którym określono uderzenie, które rozpoczęło wojnę w Iraku - Sony na przykład po to, żeby zrobić grę komputerową pod tym tytułem.

Posted by alek at 20:02 | Comments (196)

9.04.2003: google/blog elita?

Dobrą kontynuuacją wątku o mariażu google'a z blogami jest tekst Andrew Orlowskiego z The Register pt. Anti-war slogan coined, repurposed and Googlewashed... in 42 days. Zdaniem Orlowskiego, garstka zaledwie blogów potrafi "podkraść" w Google'u zwrot/stwierdzenie/zapytanie, nad którego znaczeniem (znow, w tej wyszukiwarce) pracowały masy. Orlowski pokazuje, jak "globalny ruch społeczny" pracował nad wypracowaniem memu "drugiego supermocarstwa" - miałby nim być ten właśnie ruch, przeciwstawiający się USA.
Jakiś czas później James F. Moore z Berkman Center for Internet and Society na Harvardzie opublikował w sieci tekst pt. The Second Superpower Rears its Beautiful Head, w którym wykręcił nieco ideę drugiego supermocarstwa, zdaniem Orlowskiego nadając jej imagedużo bardziej neo-liberalny, odarty z odniesień do rzeczywistości i pływający w idealizującej, utopijnej nieco propagandzie a la John Perry Barlow. Moore dołączył do tekstu bloga, z czasem na tekst natrafili guru blogosfery, tekst został odpowiednio zlinkowany, potem linki zostały wtórnie zlinkowane i w 42 dni, jak to opisuje Orlowski, w google'u zapytanie o "drugie supermocarstwo" prowadziło wyłącznie do Moore'a i jego blogokliki.
Mam oczywiście zastrzeżenia do sposobu, w jaki Orlowski idealizuje "globalną opinię społeczną", w ramach której, jego zdaniem, nad oryginalnym memem pracowały miliony, którym potem okradlo kilka zaledwie jednostek, ale władających mocą Google+blog. Niemniej coś zapewne jest na rzeczy. W Internecie, Google jest monopolistą jeśli chodzi o dostęp do informacji, istniejącym poza wszelką kontrolą.

Posted by alek at 2:17 | Comments (1899)

8.04.2003: GW pisze o wyszukiwarkach / google kupuje bloggera

Wczorajsza Gazeta Wyborcza poświęciła całą (!) stronę wyszukiwarkom internetowym. Oczywiście w dziale biznesowym, przez co główny tekst (reszta, to profile Google, Yahoo, MSN i Overture) obracał się wobec kwestii opłacalności redagowanych katalogów vs. automatycznych wyszukiwarek (z systemem płatnych reklam). Wydaje mi się, że autor tekstu misses nieco the point stwierdzając, że „malejąca zainteresowanie reklamodawców sprawia, że tworzone z altruistycznych pobudek katalogi przenoszą się do wirtualnego lamusa” i podpierając się przykładem Open Directory Project, który – jak pisze – „zatrudnia 210,000 wolontariuszy”. Czegoś tu nie rozumiem: jeśli altruistyczne pobudki, to po co reklamy; jeśli wolontariusze, to jakie zatrudnienie? Ogólnie rzecz biorąc, nie wciskałbym projektów z szeroko rozumianego świata open (source, content, directory) w biznesowe opisy i kategorię zysku. A właśnie to robi tekst, skoro obraca się w świecie, w którym wyszukiwarkami zainteresowane są tylko duże, średnie i małe firmy. I zapomina dodać, że „cieszący się coraz gorszą prasą” ODP znajduje się w zakładkach Google jako jeden z czterech podstawowych elementów tego serwisu.
Najciekawsza kwestia pojawia się na marginesie i pozostaje właściwie niewyjaśniona: „Potęga Google’a urosła tak bardzo, że zdaniem niektórych zaczyna zagrażać suwerenności internetu”. Zdanie nie jest dla mnie jasne, choć coś jest na rzeczy – ale chodzi raczej o suwerenność internautów i ich swobodę wyszukiwania, przekładającą się – jak się wydaje – na swobodę dostępu do informacji. A ta w internecie jest świętością.
Jeśli chodzi o podbój internetu przez Google’a, przypomniał mi się news hgdzieś sprzed miesiąca: Dan Gillmor pierwszy doniósł, że Google wykupił Pyra Labs, firmę zarządzającą serwisem Blogger. Blogger był pierwszym serwisem blogowym, który powstał w anglojęzycznym internecie i do dziś jest ważnym graczem w blogosferze. Bloggera od innych serwisów wyróżnia to, że udostępnia internautom miejsce na prowadzenie bloga – podczas gdy część popularnych serwisów, takich jak „nasz” MT, trzeba zainstalować gdzieś u siebie. Tak więc Google nabył firmę, jej pracowników, silnik blogowy, serwery, cały ich content, 90 milionów wpisów i same blogi, jak rozumiem!
Ponieważ blogi lubią pisać o sobie, a Google też jest sławny i na ustach wszystkich, o sprawie zrobiło się dosyć głośno (polecam m.in. analizę Cory’ego Doctorowa; dużo linków można też znaleźć w dziale update pod tekstem Gillmora).
Najciekawsze z nich próbują dojść, jak Google skorzysta z Bloggera. Wydaje się, że ten drugi będzie dla tego pierwszego laboratorium data-miningu. Być może będzie też źródłem nowych danych o newsach, trendach i ideach wyłaniających się z internetu, na bazie których Google mógłby stworzyć serwis podobny do obecnego newsowego. Oczywiście blogosfera tylko na to czeka, bo sama próbuje się samo-zorganizować: wynajdywać najciekawsze (czytaj: najpopularniejsze wątki), opisywać powiązania między blogami, obserwować przepływy czytelników.
Jest dla mnie oczywiste, że blogosfera jest swego rodzaju elitą – rozumianą neutralnie. Niewielki skrawek internetu zarówno przyciąga nieproporcjonalnie wiele uwagi, ale też sam zwraca jej na siebie wyjątkowo dużo. Wytłumaczeniem są przeczucia o demokratyzującej funkcji blogów – wspomina o niej Gillmor – oraz faktycznie fascynująca kwestia opisu sieci blogów. Ale pamiętajmy też o ekonomii sławy i potrzebie wyróżniania się w dobie indywidualizmu skrzyżowanego z postępującym ujednoliceniem – przewiduję, że te czynniki także grają tu rolę. Jeśli Google będzie uwzględniać wskazania z blogosfery w ogólnym systemie oceny linków PageRank (tm), to przestanie w równym stopniu traktować wszelki content. Pojawia się kolejny podział w Internecie, który wzmocni się i zinstytucjonalizuje dzięki sile Google – podział kojarzący mi się z tym, który pojawił się przy przejściu od demokracji bezpośredniej do reprezentatywnej.
Na zupełnym już marginesie: Gazeta Wyborcza pisze internet z małej litery. Tymczasem Google jeszcze piszemy z duzej, a blog nadal z małej, ale kiedyś to się pewnie zmieni.

Posted by alek at 20:56 | Comments (60)

6.04.2003: Sms'y i USA

Codziennie na świecie wysyła się ponad miliard sms'ów. Gros z nich to wiadomości użytkowników komórek z Europy i Azji. W państwach azjatyckich, takich jak Singapur czy Filipiny, z jednej komórki miesięcznie wysyła się średnio 200 sms'ów. W Europie prym wiodą Irlandia i Norwegia (ponad 60), za nimi Hiszpania, Niemcy, Wielka Brytania i Włochy ( ok. 30-40). Na szarym końcu znaleźli się Francuzi (mniej niż 20) i Amerykanie - 7. The Economist analizuje przyczyny braku popularności sms'ów w USA:
- zwykłe rozmowy telefoniczne są bardzo tanie a większość rozmów lokalnych jest darmowa;
- w przeciwieństwie do młodych Europejczyków, którzy zamiast dzwonić wysyłają głównie sms'y młodzi Amerykanie używają internetowych messenger'ów;
- podstawową barierą są jednak niekompatybilne technologie wykorzystywane przez różnych operatorów; do niedawna Amerykanie nie mogli wysyłać wiadomości między różnymi sieciami;
- nie wszystkie aparaty mają funkcje nadawania wiadomości, wiele może tylko odbierać;
- sms'y rzadko wliczone są do podstawowego pakietu usług, zazwyczaj trzeba dodatkowo płacić za aktywację samej usługi;
Wynika z tego, że w sytuacji, gdy rozmowy telefoniczne są bardzo tanie, usługi komórkowe stają się mniej atrakcyjne. Wydawałoby się jednak, że to nie cena a moblilność jest podstawowym atutem tej technologii i to właśnie za mobliność się płaci. Messengery są bardzo wygodne i na pewno tańsze od sms'ów, ale zmuszają do siedzenia przed komputerem. Ciekawe, czy w Stanach, gdzie coraz popularniejsze są nadajniki Wi-Fi instalowane w miejscach publicznych, szybciej przyjmą się jako komunikatory palmtopy z Wi-Fi podłączone do Internetu niż sms'y.
A swoją drogą to największa ciekawostką jest ta Francja. Czyżby Francuzi byli zbyt dumni by bawić się w upokarzające wciskanie mikroskopijnych guziczków?

Posted by justyna at 23:32 | Comments (70)

3.04.2003: początek końca/koniec początku?

Ten rok ma być podobno rokiem blogów. W rzeczywistości oznacza to nie tylko nagłe powszechne zwrócenie uwagi na ten nowy sposób prezentowania informacji w Internecie, ale przede wszystkim zainteresowanie ze strony biznesu. W czerwcu 2003 w Bostonie odbędzie się pierwsza konferencja poświęcona biznesowym wykorzystaniom blogów - Weblog Business Strategies 2003 Conference & Expo. Planowane tematy to m.in. omówienie historii blogów, najnowszych trendów i zastosowań biznesowych. Wśród key speakerów znajdziemy Davida Winera z Instytutu Berkmana oraz słynnego już na tych stronach Davida Weinbergera.
Miesiąc temu środowisko blogowiczów bardzo negatywnie zareagowało na pojawienie się pierwszego hollywoodzkiego bloga, w którym specjalnie do tego celu zaangażowana dziennikarka publikuje newsy z planu najnowszego filmu wytwórni Cyan Pictures. Wzburzenie wywołał fakt, że informacje są kontrolowane i filtrowane a aktorzy mogą być opisywani tylko w konkrentych sytuacjach, bez pikantnych szczegółów czy opisów problemów na planie. Kłóci się to z niepisanym kodeksem blogów, które w założeniu powinny być wolne, intymne i przede wszystkim szczere. Wiadomo było, że prędzej czy później biznes położy łapy na blogach i tylko dziwi powszechne oburzenie blogowiczów, którym zawsze zależało na popularności i specyficznej "sławie". Teraz będą mogli jeszcze na swoich blogach zarobić.

Posted by justyna at 23:04 | Comments (69)
witajcie, przyjaciele!
planujemy iCommons Polska

Uczestniczymy w pracach przygotowawczych do stworzenia iCommons Polska, polskiej odnogi projektu Creative Commons.

tłumaczymy na polski Free Culture Lawrence'a Lessiga

Terminal jest poświęcony monitorowaniu i socjologicznemu namysłowi nad zmianami, jakie powoduje rozwój nowych mediów.
Nowe komentarze wydarzeń i linków pojawiają się co tydzień.
! Na stronie o nas znajdziesz informację o autorach terminala.
ENGYou will find information about authors of the terminal on the about us page.


archiwum
ostatnio dodane
najnowsze komentarze
linki
CZARNY LUD
to tłumaczenia tekstów, które w krótkich formach kryją głęboką refleksję o internecie i jego okolicach. Każdy tekst jest też dostępny jako gotowy do druku PDF. Nasze palce są czarne od tuszu drukarek.
!William Gibson: W KLESZCZACH DRA SATANA

!Bruce Sterling: CIEMNA STRONA WOLNOŚCI. ŻELAZNA PIĘŚĆ, NIEWIDZIALNA DŁOŃ, I WALKA O DUSZĘ OPEN SOURCE

movable type
Creative Commons License
Blog na licencji
Creative Commons.