29.03.2003: choroba zwana internetem

W książce "Radio Wolne Albemuth" / "Radio Free Albemuth" Philip K. Dick opisuje, jak główny bohater zostaje podłączony do "międzygalaktycznej sieci telekomunikacyjnej", co więcej "działającej na zasadzie telepatii"; i jak wyczuwa "olbrzymi strumień informacji". Oczywiście, jak to u Dicka bywa, wyjaśnienia nie są podane na talerzu, a galaktyczne telekomunikacyjne podłączenie bywa też opisywane w kategoriach dwóch całkiem odmiennych metafor: doznania religijnego/mistycznego lub szaleństwa. Może raczej trzeba powiedzieć, że swoje religijne oświecenie, które dla niektórych było raczej szaleństwem lub efektem epilepsji, Dick opisał w kategoriach telekomunikacyjnych.
Właśnie ten szczegół skłania do intensywnego myślenia. Internet, jak łatwo zauważyć jest siecią telekomunikacyjną przez którą płynie ogromny strumień informacji (choć oczywiście nie galaktyczną i nie telepatyczną, na razie). Załóżmy, że porównanie jest słuszne. Wtedy możemy sobie uświadomić, że kontakt, jaki każdy z nas nawiązał z internetem, nie jest czymś zwyczajnym i codziennym. Internet, który zaczął się pojawiać w naszych życiach od czasu lat 90-ych ma cechy zupełnie rewolucyjne i rewolucyjne, tylko że jak wiele innych technologii wkracza w nasze życie jako rewolucja cicha i niezauważalna. Mega, giga, terabajty informacji, kryjące się za interfejsem przeglądarki, nie są czymś prostym, dającym się wytłumaczyć przez porównanie do biblioteki lub pisania listów - przynajmniej z inspirowanego P.K.Dickiem punktu widzenia.
Z tej perspektywy wypada zakwestionować powszechnie podzielane, choć rzadko wypowiadane, ukryte założenie, że podłączenie, połączenie z siecią jest dobre. Takie założenie kryje się za wszystkimi utopijnymi wizjami dobroczynnego wpływu nowych technologii; tłumaczy walkę z Digital Divide / Cyfrową Rozpadliną. Przykładami potężnej chęci, potrzeby połączenia się z siecią jest np. kompulsywne sprawdzanie poczty, granie w MMORPG, odwiedzanie blogów czy ściąganie muzyki z sieci p2p. Czyhające na nas kompulsywne zachowania sa być może przystosowaniem do okrutnego tempa zdarzeń, wyznaczanego przez prędkość przepływu informacji - nie mogąc działać wystarczająco szybko, działamy przynajmniej zatrważająco często.
Jeśli kontakt z ogromem wiedzy ma coś wspólnego z chorobą psychiczną (i nie mam tu na myśli prostego uzależnienia od internetu), to należy przemyśleć, przyjrzeć się ukrytemu założeniu o pożytku płynącym z bycia online. I zastanowić się, jakimi dysponujemy, indywidualnymi lub zbiorowymi, filtrami i barierami przed natłokiem informacji.
Przyglądając się bliżej ludziom online można, obok ludzi kompulsywnie zachłystujących się wiedzą różnego rodzaju i jakości, doszukać się śladów tendencji przeciwnej, dowodzących, że wiele osób wcale nie pragnie korzystać z dobrodziejstw wielkich zasobów wiedzy. I że istnieje jedynie mniejszość, która to chce robić i co więcej potrafi. Przewiduję, że między nimi przebiega społeczny podział równie ważny co rozpadlina. Z jednej strony mamy (w kolejności malejącego nasycenia sprzeciwu wobec życia online:


  • ludzi, którzy byli online, po czym zrezygnowali

  • ludzie, któzy nie są online choć mogą być

  • i masę ludzi, dla których www nie jest żadną globalną splecioną skarbnicą wiedzy, tylko źródłem ograniczonej rozrywki i doskonałej komunikacji z bliskimi

  • oraz zjawisko przeciążenia informacją - information overload jako syndrom straszniejszy od uzależnienia od Internetu


Natomiast na drugim biegunie mamy prawdziwych surferów morza informacji, czerpiących korzyści z natłoku informacji: futurystów, analityków trendów,poszukiwaczy wzorców rzeczywistości społęcznej, ale też wszelkiej maści pedantów, zagorzałych hobbystów, maniaków informacji. Czy u takich osób naturalne bariery, chroniące nas przed zalewem danych, pękły? Czy należy mówić o doskonałym przystosowaniu do cyfrowej ery, czy też o niezdrowym braku odruchów obronnych?

Posted by alek at 18:20 | Comments (2)

26.03.2003: polskie podsłuchy internetu

Onet przedrukował artykuł z Gazety Wyborczej (19.III.2003) donoszący o nowym rozporządzeniu Ministerstwa Infrastruktury (MI), które nakazuje operatorom telefonii stacjonarnej i komórkowej oraz dostawcom usług internetowych zainstalowanie urządzeń pozwalających podsłuchiwać / podglądać komunikację w sieciach telefonicznych i w internecie. Początkowo rozporządzenie zakładało, że operatorzy na własny koszt zainstalują systemy inwigilacyjne, połączą je z odpowiednimi organami i będą archiwizować dane. Obecnie koszty pokryje państwo i został zniesiony obowiązek archiwizacji - urządzenia mają tylko zapewniać możliwość podsłuchu odpowiednim organom, które uzyskają zgodę sądu / prokuratora.
Oburzeni są operatorzy - głównie ewentualnymi kosztami, ograniczeniami prawa własności i wolności gospodarczej przedsiębiorców.
W komentarzach kładzie się nacisk głównie na kwestię ogromnych wydatków. Kwestie prywatności pozostają na drugim planie. Zgrabny komentarz, jeszcze w zeszłym roku, opublikował serwis zamieścił serwis Opoka, Gazeta Wyborcza opublikowała jescze dokładniejszą analizę kwestii finansowych oraz porównanie z rozwiązaniami w innych krajach, które niestety są schowane za żelaznymi wrotami archiwum GW.
Tekst rozporządzenia ministerialnego można znaleźć na stronach serwisu Ipsec.

Posted by alek at 10:42 | Comments (5)

24.03.2003: nowe gadżety wojennych reporterów

New York Times opublikował artykuł o nowych gadżetach reporterów wojennych, dzięki któremu możemy kontynuować wątek internetu w czasie wojny. Zmiany są rzeczywiście niesamowite. Reporterzy, którzy chcą nadawać na żywo potrzebują wprawdzie 70-kilogramowej anteny - ale 10 lat temu taka antena ważyła ok. 400 kilo. Do tego dochodzą satelitarne wideotelefony. Obraz, który przekazują, jest wprawdzie poszatkowany ale nie ważą prawie nic. Wreszcie ekipy, które nie muszą nadawać na żywo, wyposażone w cyfrową kamerę, laptopa i telefon, są w stanie nadać doskonałej jakości newsa z niemal dowolnego miejsca. Co ciekawe, ponieważ w tym ostatnim przypadku dobrej jakości wideo nadal przesyła się bardzo wolno, dwuosobowe ekipy reporterskie, gdzieś na linii frontu, stają się własnymi edytorami, a centrala dostaje kilkuminutowy kawałek, który co najwyżej może odrzucić.

Posted by alek at 20:31 | Comments (1)

23.03.2003: internet w czasie wojny w bagdadzie / w belgradzie

W First Monday jest artykuł na temat internetu i wirtualnych społeczności podczas nalotów NATO na Jugosławię w 1999. Porównań z obecną wojną jednak za dużo nie będzie, gdyż jak się wydaje, internetu w Iraku za dużo nie ma(tu i tu), więc i wpływu nie będzie. Natomiast internetu jest na pewno wszędzie wśród żołnierzy koalicji i jego wojskowego zastosowania nie należy przeceniać, bo to być może jest pole, na któym internet wywiera największy i prawdziwy wpływ, a nie jakieś wirtualne społeczności.

Posted by alek at 14:23 | Comments (2)

Mam wątpliwości na ile kwestia blogowania w czasie wojny jest ogólnie rzecz biorąc istotna - ale w światku blogowym, modnym obiekcie badań i obserwacji, trochę w związku z wojną się dzieje. Jest na co patrzeć, jest co wyjaśniać.
1. Jeśli chodzi o warblogs, to sprawa jest ciekawa i nie taka prosta. Warblogs (wojblogi?!) to nazwa dla fali blogów, które wykwitły w Stanach po 11 września i są poświęcone niemal w całości wojnie z teroryzmen, Bliskiemu Wschodowi, Irakowi itp. Co więcej, zazwyczaj tak się nazywają blogi o określonej pozycji ideologicznej: popierające wojnę, konserwatywne lub prawicowe (definicje warblogs tu i tu. Tymczasem warblogs.cc zlinkowane w poprzednim wpisie to zestaw blogów krytycznych wobec wojblogów, wojny, Busha itp. a nazwa jest jedynie przykładem medialnej partyzantki. Wojblogi wydają się świetnym przykłądem skrajnego zideologizowania przestrzeni blogów, którego pewnie łatwo można paść łupem - a obiektywność przekazu rzeczywiście może się pojawić, ale dopiero po przetrawieniu gąszcza wzajemnie zlinkowanych i sprzecznych poglądów, bardziej niż faktów.

2. Jeśli chodzi o blog Kevina Sitesa, też zlinkowany poprzednio, to CNN, dla której Sites pracuje, zakazało mu prowadzenie bloga, choć Sites wyraźnie zaznaczał, że jest to jego osobista strona, niezwiązana z CNN. Tyle jeśli chodzi o blogi jako źródło alternatywnych doniesień prasowych z zatoki.

3. Jeśli chodzi o blogi z Iraku, to w całym internecie zdaje się znaleziono tylko jeden: Where is Raed?. I tu zaczynają się ciekawe zdarzenia, moim zdaniem rozwiewające wszelkie wątpliwości co do blogó jako źródła ukojenia, ludzkiej prawdy wobec wojny. Po pierwsze, wszyscy zainteresowani blogiem, a jest ich sporo, przede wszystkim chcieli wiedzieć, czy piszący bloga Salam Pax istnieje naprawdę, czy też jest a. agentem CIA b. agentem Mossadu c. żartownisiem - choć teraz wszystko wskazuje na to, że blog rzeczywiście powstaje w Bagdadzie. Po drugie, wokół bloga uruchomiła się oczywiście cała otoczka gwiazdorstwa: rosnąca popularność blogów z nim zlinkowanych, itp. itd. Nieciekawe. Po trzecie, blog Where is Raed jest jak na razie zupełnie zwyczajny, jeśli już coś pokazuje to banalność wojny (jeśli coś takiego jest możliwe). Zresztą autor wzszelkie istotne informacje czerpie z mediów. "21 marca: nie przysyłajcie mi emaili pytających, czy jestem prawdziwy [...] za 2 godziny B-52 dolecą do Iraku. [...] Kupiliśmy świeże pomidory i cukinie za 1000 dinarów za kilogram, gdy normalnie kosztowałyby 250".

Posted by alek at 14:13 | Comments (0)

18.03.2003: Blogi w czasie wojny

Wojna z Irakiem wydaje się przesądzona. Chociaż moje poglądy na ten temat są mocno zarysowane, daleko mi od tego, by je tutaj przedstawiać.
Są jednak miejsca w świecie wirtualnym, gdzie tych opinii jest bardzo dużo. Mowa oczywiście o blogach. Wpisanie prostego "blog Iraq" w google'u daje 143,000 odpowiedzi. Wyszukanie tą drogą bloga pisanego z Iraku - parę miesięcy temu mogłoby wydawać się to rozsądnym zapytaniem - obecnie graniczy z cudem. Wszyscy piszą o wojnie, każdy ma na ten temat mniej lub bardziej wyrobioną opinię.

Ogłoszone w 2001 alternatywą dla klasycznych mediów blogi przeżywają swój rozkwit. Pierwszy wielki napły blogowiczów nastąpił bezpośrednio po 11 września. Ludzie zamieszczali osobiste przemyślenia, nieraz bardzo realne, odwołujące się do jakże subiektywnych zapachów, dźwięków, obrazów z Manhattanu. Z czasem te wspomnienia spowszedniały, blogi zaczęły się zmieniać. ALe nawyki pozostały, i blogowicze nadal czytali newsy, w poszukiwaniu świeżych informacji. Upraszczając nieco ewolucję idei blogów, można więc powiedziec, że kolejnym etapem stały się blogi flitry newsów. Z czasem i te blogi się rozwinęły w kolejną strukturę, dzięki swoistej specjalizacji w J-blos (journalism blogs ) i K-logs (knowledge blogs)

Wojna z Irakiem pozwala nam wrócić do tego elementarnego poziomu blogowania - do pamiętnika internetowego, a równocześnie, blogi mogą stać się istotnym elementem w informowaniu świata o wojnie - mogą być źródłem nieocenzurowanych wiadomości z frontu i mogą dąc nam opisy i obrazki z codzienności wojennej - jeszcze nigdy wojna nie była tak szeroko dostępna w sposób niemalże synchroniczny.
Powstały blogi skupione na relacjonowaniu niusów o wojnie. Przykładem jest Warblogs, skupiający notki od kilku blogerów.
Istnieją blogi dziennikarzy amerykańskich przebywających w Iraku - np. blog Kevina.

Z pewnością bardzo ciekawe byłyby blogi ludzi mieszkających na stałe w Iraku. Jeszcze do takiego nie dotarłam, przynajmniej nie do anglojęzycznego, bo trafiłam na skupisko arabskich blogów, ale niczego - poza linkami - nie byłam w stanie zrozumieć ;-). Polecam natomiast blog pisany z Teheranu.

O ile klasyczne media istnieją nieraz w rozmaitych politycznych układach, które mogą wpływać na treść lub formę przekazywanych informacji (o czym chyba w Polsce dobrze wiemy ;-), o tyle prywatne osoby mogą publikować bez żadnych zahamowań. Nie przecieniałabym znaczenia blogów w wojnie z Saddamem, ale zastanawiam się, czy pradoksalnie blogi nie staną się najbardziej obiektywnym źródłem informacji (na zasadzie swoistej sumy subiektywności).

Posted by maria at 22:46 | Comments (15)

10 years ago, who knew what his code would do?" / "10 lat temu, kto potrafił przewidzieć co zrobi jego kod?": USA Today pisze o historii firmy i przeglądarki Netscape. USA Today zdaje się nie jest najlepszą gazetą - ale co z tego, jeśli publikuje lepsze teksty o Internecie niż najlepsze gazety polskie, które nie potrafią znaleźć cienkiej linii między notkami z działu gospodarka, sensacyjnymi reportażami ("Kevin Mitnick! Ultrahaker!") i stricte technicznymi nowinkami.
Artykuł przedstawia historię pierwszej przeglądarki, Mosaic - która szybko stała się Netscape. Bez wchodzenia w szczegóły, ale solidnie - przez co łatwo wyłuskać kilka kluczowych kwestii:


  • Przeglądarka spowodowała prawdziwą rewolucję w internecie.
    Sam z siebie, internet ma globalny potencjał, ale dopiero Netscape go
    zrealizował.

  • Podstawową inowacją było dodanie grafiki, której nie przewidywała
    1sza przeglądarka WWW stworzona przez twórcę Sieci, Bernersa-Lee.
    Co ciekawe, Berners-Lee pokłócił się o to z Marc Andreessenem,
    współtwórcą Netscape'a, gdyż uważał, że grafika
    przyciągnie do internetu tłumy internautów zainteresowanych np.
    gołymi kobietami - a nie nauką i wiedzą.

  • Netscape był jednym z pierwszych internetowych start-upów. Jego
    pracownicy wyznaczyli charakterystyczny styl pracy w dotcomach: nieregularne
    godziny, długie sesje, żywienie się fast foodem i
    innymi śmieciami, itp. Netscape był 1szą firmą
    tego typu, która weszła na giełdę, a jej debiut w 1995 roku
    był niesamowitym sukcesem, zapowiedzią przyszłego szaleństwa

  • Netscape nie był na samym początku cudownym tworem nowej ekonomii.
    Andreessen współtworzył pierwszą przeglądarkę Mosaic
    w akademickim centrum komputerowym NCSA, za marne pieniądze i niczego
    nie przewidując. Firma Netscape zdaje się powstała przez lekki
    przypadek - zainwestował w nią Jim Clark, przedsiębiorca który
    założył Silicon Graphics, ale o Internecie nie wiedział
    nic. Można powiedzieć, że powstanie firmy Netscape było
    niczym machnięcie czarodziejską różdżką, która Andreessena
    i kolegów zmieniła w superkoderów ultraważnego oprogramowania, stworzyła
    pierwsze podwaliny nowej ekonomii dotcomów i wypromowała sam program
    Netscape, który przez kilka lat był tak zwaną killing application,
    zabójczym narzędziem, dla którego warto było mieć daną
    technologię.

  • Kod najwyraźniej "kołem się toczy". Clark wyciągnął
    młodych programistów z NCSA i założył z nimi firmę
    Mosaic. Ponieważ oryginalna przeglądarka Mosaic była intelektualną
    własnością NCSA, Andreessen i reszta napisali ją od nowa.
    NCSA oczywiście uważała, że jest to jedynie kopia oryginalnej
    przeglądarki i zażądał tantiemów od każdej sprzedanej
    kopii (tak, Netscape kiedyś kosztował). Walka sądowa zakończyła
    się ugodą, za którą, według szacunkowych danych, Clark
    zapłacił $2 miliony. Firma i przeglądarka Clarka i Andreessena
    zmieniła nazwę na Netscape. Tymczasem NCSA nadal licencjonowała
    swoją wersję Mosaic i to na jej bazie Microsoft stworzył Internet
    Explorera, który pod koniec wieku doprowadził Netscape do upadku.

  • Wygląda na to, że niedługo przyjdzie uznać, że
    internetowy bąbel, w którym rozkwitły a potem szybko upadłu
    wszelkie dotcomy, posiadał jakąś formę własnej logiki
    czy też inteligencji. I że nie zawsze ludzie znajdujący się
    w tym bąblu podejmowali w pełni świadome decyzje. Raczej decyzje
    podejmowały się w dziwnym splocie przypadków tak złożonym,
    tak szybko się zmieniającym, że ludzie nie nadążali
    z jego zrozumieniem. Andreessen stwierdza: "W bąblu, sprytni ludzie tracili
    wiarę we własny osąd. Inwestowałeś nawet jeśli
    nie potrafiłeś ocenić, czy ma to sens. Podejrzewałeś,
    że tylko TY nie chwytasz istoty sprawy". W przypadku Netscape'u, czarodziejska
    różdżka zadziała i powstała legenda. Kolejne firmy, zakładane
    przez Clarka i Andreessena nie odniosły już takiego sukcesu...

Jim Barksdale, 1szy manager Netscape'a, który zrezygnował z pracy w
molochu telekomunikacyjnym AT&T, żeby przyjąć nową pracę,
mówi o bąblu tak: "Był to największy szał tworzenia pomysłów
w najkrótszym czasie, jaki kiedykolwiek miał miejsce".

Posted by alek at 12:38 | Comments (0)

16.03.2003: w czym internet przypomina terroryzm?

Dwa różne źródła na ten sam temat: model internetu jako wzór dla innych zjawisk albo przynajmniej metafora pozwalająca lepiej je zrozumieć.
Pierwszy tekst: "Does File Trading Fund Terrorism?" (Czy wymiana plików funduje terroryzm?" - według pcworld.com przedstawiciele biznesu obecni na przesłuchaniu amerykańskiego kongresu dotyczącym terroryzmu, zorganizowanej przestępczości i nielegalnej wymiany materiału chronionego przez prawa autorskie opisywali powiązania, jakie możemy odnaleźć między studentami ściągającymi muzykę z Kazyy itp. a terorystami. Niestety, nie pojawiły się żadne dowody. Ale przedstawiciel wydziału kryminalnego amerykańskiego Ministerstwa Sprawiedliwości stwierdził, że grupy zarabiające na wymianie danych są wysoko zorganizowane i mają międzynarodowe siatki dystrybucyjne - a więc są najprawdopodobniej zorganizowaną przestępczością, która często - jak stwierdził - wspiera terroryzm.
Oczywiście, to może być prawda - nieistotne. Interesuje mnie fakt, że w trakcie tego spotkania wrzucono do jednego worka P2P piratów, ludzi aktywnych w środowisku warez, będących zapewne głównymi "dostawcami" chronionego prawem materiału, ale robiących to za darmo, oraz rzesze będące odbiorcami, którzy ściągają z sieci filmy, muzykę itp. Wszyscy oni, podobno, finansują terroryzm.
Sprawa ma aspekt międzynarodowy, gdyż wielu piratów jak i grup warez pochodzi z Rosji. Sprawa ma też wymiar finansowy - przedstawiciel Amerykańskiej Motion Pictures Association stwierdził, że przemysł filmowy może stracić inwestorów z powodu piractwa. Może upaść! Zniknąć! I to zapewne tłumaczy dlaczego niektórzy próbują nas przekonać, że sieci P2P finansują terroryzm.
Jednak pomysł nie jest zupełną brednią, bo na poziomie organizacji jest dużo podobieństwa między sieciami P2P i siatkami terrorystycznymi, a także np. globalnymi ruchami społecznymi - pisali już o tym kilka lat temu Arquila i Ronfeldt z RAND. Rozróżnienie jest pewnie jeszcze wcześniejsze i opiera się w gruncie rzeczy na rozróżnieniu sztywnych, stabilnych instytucji, np. państw narodowych, oraz wszelkich mas, chmar, rojów, siatek plątających się dookoła i wdających się czasem ze "sztywnym jądrem" w konflikt, kulturowy, ekonomiczny czy militarny.
Bruce Sterling ukazuje nowy punkt widzenia na te sprawy, będący właśnie przykładem sprawy internetowej jako metafory. Cytat pochodzi z zapisu panelu, w jakim Sterling wziął udział w trakcie mającej miejsce niedawno konferencji SXSW w Texasie, w czasie którego dyskutowano szereg trendów, takich jak open spectrum (opisane wczoraj u nas), wszechobecne komputery (ubiquitous), biotechnologia czy też interesująca nas w tym momencie przyszłość biznesu.
Sterlinga zainteresowała nadciągająca możliwość chałupniczej, własnoręcznej produkcji przedmiotów: z internetu pochodzi wzór, wykres, na bazie którego "drukarka 3d" "drukuje" przedmiot. Brzmi jak z XXII wieku, ale tego rodzaju pomysł, nazwany Napster Fabbing był omawiany w 2001 na jak najbardziej poważnej konferencji O'Reilly Peer-to-Peer. Sterling, geniusz, nazywa tę możliwość "modelem Linuksa przełożonym na świat fizycznych przedmiotów": jeśli powszechne kopiowanie wartości intelektualnej rodzi takie problemy, to co spowodowałyby rozproszone sieci tworzenia przedmiotów? Oczywiście, nim zachłyśniemy się tę ideą trzeba pewnie dobrze rozważyć różnice między atomami i bitami. Bo np. istniejąca od dawna możliwości konkurencji rozproszonej produkcji z masowymi producentami na polu owoców i warzyw (doniczki na oknach, ogródki przydomowe, działki pracownicze) jakoś nie chwyta na wielką skalę...
Ale pokazanie, jak w ten kontekst wpisuje się Linuks jest bardzo świeże. Sterling swoją myśl rozwija do punktu, w którym stwierdza:
"Wykorzystywanie broni masowej zagłady przez terorystów jest w guncie rzeczy modelem Linuksa na gruncie broni jądrowej. Dlatego zniszczymy Irak. Kiedyś jedynie rządy stać było na bronie masowej zagłady. Teraz niewielkie grupki działających w sieciach działaczy mogą mieć te rzeczy w swoich rękach".

Posted by alek at 20:03 | Comments (2)

15.03.2003: Wolne fale

Wygląda na to, że rozpoczyna się walka o kolejną przestrzeń przesyłania informacji, która do tej pory była kontrolowana ścisłymi przepisami i licencjami. Mimo, że kampania na rzecz obrony internetowych dóbr wspólnych i ochrony innowacji dopiero się rozkręca, coraz częściej mówi się również o uwolnieniu samych częstotliwości. Nad pytaniem, dlaczego komunikacja pomiędzy telewidzem i nadawcą programu jest jednostronna a władza odbiorcy ogranicza się do zmieniania kanałów zastanawia się w Salon.com autor książki „Small Pieces Loosely Joined” D. Weinberger. Bohaterem tekstu jest David P. Reed – jeden z architektów Internetu, twórca idei end-to-end, który prowadzi badania nad własnościami spektrum częstotliwości. Według niego cała dotychczasowa polityka rozporządzania częstotliwościami oparta była na wadliwych naukowych przesłankach, które nakazywały traktowanie spektrum jako przestrzeni podlegającej prawom własności. W tekście pt. Why spectrum is not property Reed pisze, że reguły kontrolujące częstotliwości wynikają z założenia, że spektrum należy dzielić tak jak dzieli się fizyczną własność, np. ziemię. Przyjmowano, że brak kontroli częstotliwości doprowadzi do interferencji fal i zakłóceń w odbiorze. Dlatego podzielono przestrzeń na częstotliwości, na które wydaje się licencje umożliwiające nadawanie.
Reed argumentuje, że spektrum nie powinno się dzielić na kawałki. Natura spektrum jest taka jak natura kolorów w tęczy – nie zabraknie spektrum, tak jak nie zabraknie koloru zielonego. Kiedy prawo mówi, że jakaś stacja radiowa ma wyłączność na nadawanie na częstotliwości X w danym mieście to znaczy to tyle, co: rząd przyznał stacji licencję na kolor brunatno zielony w danym mieście. Częstotliwości są nieograniczone, ponieważ w rzeczywistości fotony nie interferują ze sobą, tylko przechodzą przez siebie.
Skąd się w takim razie biorą zakłócenia? Otóż jest to wina odbiorników. Interferencja nie jest czymś naturalnym, jest artefaktem wynikającym ze specyfiki danej technologii. Problem leży w przetwarzaniu sygnału. Powszechnie stosowane radioodbiorniki traktują wszystko, co się pojawi na danej częstotliwości jako sygnał, zawartość innych częstotliwości jest odbierana jako szum. Zdaniem Reeda dzieje się tak, ponieważ to architektura systemu jest wadliwa. Już w czasie drugiej wojny światowej stosowano technologię „frequency-hopping”, która pokazała, że jest możliwe funkcjonowanie systemu, w którym nadajniki i odbiorniki negocjują pomiędzy sobą odpowiednie częstotliwości.
Co więcej, Reed twierdzi, że im więcej użytkowników spektrum, tym większa jego pojemność. Wedlug ostatnich badań wraz z wzrostem liczby użytkowników N pojemność spektrum może wzrosnąć do kwadratu N. W tym celu użytkownicy spektrum powinni być zorganizowani na zasadzie sieci współdziałania. Tak więc spektrum nie ma właściwości własności. Jak pisze Reed, nie potrzebujemy tu rynku ani państwa, do zapobiegania tragedii wspólnego pastwiska. Jaka zatem powinna być architektura spektrum? Reed mówi – nie należy określać architektury na wyjściu, trzeba korzystać z wzorców płynących z historii Internetu. Tak, jak w przypadku tezy end-to-end – im mniej ograniczeń zawartych w samym systemie, tym więcej miejsca na innowację na jego obrzeżach. Dowodem tego może być najnowszy projekt radia GNU - GNU radio project , który daje możliwości kodowania dwóch transmisji na jednej częstotliwości. Reed propaguje pełne otwarcie spektrum dla wszystkich obywateli.

Posted by justyna at 15:51 | Comments (1)

12.03.2003: Świat końców? Nie do końca.

Doc Searls i Daivd Weinberger są autorami książki Cluetrain Manifesto której nazwa obiła mi się jedynie o uszy, ale zdaje się jest to dosyć ważna pozycja na temat marketingu i biznesu ery dotcomów. Na okładce dowiadujemy się, że nastąpił "end of business as usual", a pierwsza teza autorów brzmi "Rynki są konwersacjami". Piszę to wszystko, bo książka jest dostępna online. Dziękujemy.
Searls i Weinberger napisali teraz tekst World of Ends (Świat końców), który pozycjonują, zdaje się, jako nowy internetowy manifest.
Tekst zaczyna się ciekawie i słusznie, gdyż za punkt wyjścia bierze fakt, że wiele osób i instytucji (czyli, tak naprawdę, rządy i biznes) źle rozumieją naturę internetu, przez co niszcząc wszystko co dobre w sieci. Tymczasem "Wystarczy skupić się na tym czym Internet jest naprawdę" i zrozumieć że "wartość Internetu jest oparta na jego technicznej architekturze".
Searls i Weinberg rozumieją internet nie jako rzecz, lecz porozumienie - utrwalone poprzez protokół TCP/IP - który jest "głupim" protokołem, gdyż potrafi tylko przesyłać dane z miejsca na miejsce. Nic więcej. I w tym tkwi sedno sprawy: z tego powodu sieć jest światem końców: wszystko co cenne dzieje się na obrzeżach, wszelka wartość jest tam generowana. gdy tymczasem środek pozostaje niemal pusty i bezwartościowy. gdyż znajduje się tam jedynie przesyłający "bezrefleksyjnie" dane protokół TCP/IP.
I tak powinno pozostać, gdyż zdaniem autorów dodawanie wartości do samego Internetu tylko go popsuje, gdyż wszelka specjalizacja zniszczy niemal doskonałą otwartość protokołu na wszelkie pomysły pojawiające się na obrzeżach.
Jednym słowem Searls i Weinberger stwierdzają tyle: Internet to w gruncie rzeczy technologia o określonych skutkach. Uszanujmy te skutki, gdyż one - niezmienione - zapewniają największy możliwy społeczny dobrobyt... Wizja Searlsa i Weinbergera nie jest techno-deterministyczna - jest techno-ideologiczna.
Dalej zaczynają się kłopoty. Momentami tekst wydaje się strasznie naiwny, albo po prostu ideologiczny, i stwierdza rzeczy, których - jak sądziłem - już się nie stwierdza:
"Podłączenie się do Internetu oznacza wyrażenie zgody, na tworzenie nowych wartości na jego obrzeżach. I wtedy dzieją się interesujące rzeczy. Wszyscy jesteśmy równi, jeśli chodzi o połączenie. Odległość nie gra roli. Przeszkody znikają i po raz pierwszy ludzka potrzeba bycia połączonym może być spełniona bez barier". Techno-utopia w najczystszym wydaniu; autorzy przechodzą do porządku dziennego nad faktem, który sami zauważają: że dostęp do Internetu ma 1/10 mieszkańców Ziemi.
Searls i Weinberg poza tym jakby zapomnieli o wszelkich tekstach Lessiga, w których pokazuje, jak kod (protokoły "dobudowane" do warstwy TCP/IP na poziomie aplikacji) umożliwia kontrolę nad siecią, oraz jak cyberprzestrzeń, mimo deklaracji Barlowa, wcale nie odcięła się od wpływu instytucji poza-internetowego świata. Dlatego formułują trzy podstawowe tezy, które wydają się dosyć głupie (choć oczywiście chwytliwe). Nie mam na myśli głupich w sensie "głupiego" TCP/IP (który w swej głupocie jest w gruncie rzeczy sprytny), lecz głupie kropka:
1. Nikt nie posiada Internetu.
2. Każdy może Internetu używać.
3. Kazdy może Internet udoskonalić.
Niby "prawda", ale ze strasznie wieloma zastrzeżeniami.

Posted by alek at 15:55 | Comments (5)

10.03.2003: kevin mitnick, superstar

Kevin Mitnick, ultrahaker przyjechał do Polski, by promować książkę "Sztuka podstępu", wydaną przez wydawnictwo Helion. Historia Mitnicka jest niezłą porcją internetowego folkloru i po raz kolejny ukazuje tak ciekawe w przypadku hakerów pomieszanie rzeczywistości z fikcją. Niby chodzi o serwery poważnych instytucji, numery kartkredytowych tysięcy ludzi, wielkie pieniądze i wielkie straty, a jednak, momentami, w świecie hakerów to jakby przestawało się liczyć i wszystko stawało się jedną wielką zabawą. Kolejny, dobry przykład pomieszania wirtualnego z rzeczywistym - pomieszania do którego trzeba się przyzwyczaić, bo nie jest całkowicie zgodny ze zdrowym rozsądkiem fakt, że mając do dyspozycji jedynie komputer można tyle nazbroić. I na tym też polega chyba mit hakera i fascynacja tymi postaciami w niektórych kręgach: hakerzy nie są najlepszym materiałem na superbohatera naszych czasów, na ikony popkultury - a chyba się nimi stają. Dużo więcej o hakerach (Mitnicku chyba też) można przeczytać w książce HACKER CRACKDOWN Bruce'a Sterlinga (w całościonline - hurra).
Tu chciałbym zwrócić na jeden mały aspekt historii Mitnicka: Mitnick siedział w więzieniu od połowy lat 90ych bez dostępu do komputer, a potem, po wyjściu, jeszcze przez trzy lata Mitnicka obowiązywał zakaz korzystania z Internetu. Mitnick, ultrahacker komputerowy, przeżył więc okres rozkwitu Internetu z dala od tej wielkiej sieci. Więc gdy na początku tego roku mógł wreszcie wejść online, obserwowano go trochę jak małpę w klatce.
Mnie osobiście niezbyt interesuje życie Mitnicka online, szczególnie że teraz jest doradcą do spraw cyber-bezpieczeństwa i udziela nudnawych wydziałów, w których wśród ulubionych stron wymienia bloga swej dziewczyny i witrynę swojej firmy....
Ale przypadek Mitnicka możemy potraktować jako punkt wyjścia dla dwóch wątków. Oczywiście, byłby punktem dużo lepszym, gdyby Mitnick został całkowicie odcięty od Internetu, był przez lata nieświadom rozwoju sieci, do dnia, gdy nagle zostałby posadzony przed klawiaturą, a na ekranie pojawił się obrazek-na-dzień-dobry przeglądarki Mozilla.
Pierwsza kwestia dotyczy uzależnienia. Z tego co rozumiem, zakaz używania komputerów i internetu był motywowany dwoma powodami: jednym było niebezpieczeństwo, jakie stanowi Mitnick wyposażony w klawiaturę (to, że po wyjściu z więzienia Mitnick nadal nie mógł używać internetu oznacza, że sąd skazał nie tylko człowieka - przez więzienie, ale też cyborga, jakim jest Mitnick+internet), a drugim było uzależnienie - od komputerów i ich sieci - na które podobno Mitnick cierpiał. Czy w takim razie Mitnick jest nie tylko najbardziej znanym hakerem, ale też sławnym przypadkiem nieudanego odwyku od Internetu, gdyż pacjent właśnie wrócił do nałogu? Do czego zmierzam, myślę że Mitnick jest dobrą okazją, by zrewidować pomysł uzależnienia od Internetu. Są oczywiście ludzie, którzy za dużo grają w gry online, są też przypadki chorobliwego tracenia czasu w uściskach sieci P2P, ale uzależnienia od internetu nie ma - nie ma ludzi uzależnionych ani od TCP/IP wraz z całą rodziną protokołów, ani od globalnej przestrzeni informacji, ani od przepływu bitów i danych. Internet jest tylko wehikułem, przenoszącym także różne rządze i emocje, np. emocję potęgi i łamania zabezpieczeń, z którą być może Mitnick miał kłopoty.
Druga sprawa właściwie też dotyczy "uzależnienia" oraz niewielkiego eksperymentu myślowego: co by było, gdybym to ja był|a Mitnickiem? Od pytania: ile bym wytrzymał|a bez internetu, lepsze jest pytanie, co jego brak zmieniłby w moim życiu? Odpowiedź pozwala ocenić siłę związku z globalnym cyborgiem, stopień, w jakim wplótł się już w nasze życie. I chyba nie ma sensu tego już nazywać uzależnieniem.
Kevin Mitnick jest wreszcie okazją, by przypomnieć sobie internet sprzed lat: podróże w czasie na szczęście bywają możliwe (choć wcale nie są oczywiste, bo zdolność sieci komputerowych do doskonałego przechowywania wszelkiej informacji równoważy równie silna tendencja do psucia się linków, znikania stron z powodu zaniedbań, przetasowań instytucjonalnych, itp. itd.)
W tym przypadku polecam przypomnieć sobie akcję Digital Hijack zorganizowaną przez korporację artystyczną ETOY. Cyfrowe porwania miały miejsce w 1996 roku, gdy Google jeszcze w ogóle nie istniał, popularność stron ustalano na podstawie słów kluczowych zawartych w ich treści, a nie popularności w ogólnej strukturze stron WWW, a czasy gdy wyszukiarkę można było przechytrzyć ciągiem "sex sex sex sex sex sex..." wklejonym w kod strony należały do naprawdę niedawnej przeszłości. Ogólnie rzecz biorąc, były to zupełnie inne czasy, 7 lat temu!
Żądanie uwolnienia Mitnicka zostało umieszczone na stronie porwania, ale wplecione w dłuższą wypowiedź, którą autorzy określili jako "KOLEJNY NIEJASNY PUNKT WIDZENIA NA NIEJASNY ŚWIAT". Ich przekaz był tylko lukrem - ciastem był bot, czyli program odpowiedzialny za porwania. Nazywał się Iliana i potrafił tworzyć strony pojawiające się wysoko wśród wyników wyszukiwania popularnych haseł, po czym zamiast przedstawić odpowiadającą zapytaniu treść, cyfrowo porywały internautę na stronę ETOY. Porwanie może dziwaczne, ale nie bardziej niż wszystkie wirtualne gwałty, o których sporo słychać. Co ciekawe, dzisiaj cyfrowe porwanie byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby było powszechnie znane - ponieważ Google tworzy rankingi biorąc pod uwagę popularności stron: setki, tysiące innych stron musiałyby pisać o porwaniu, linkować się z nim, dyskutować sprawę...
W 1996 roku ETOY stworzył system, który odsłaniał słabość ówczesnych wyszukiwarek. W międzyczasie Google poradził sobie z tym problemem, ale widać wyraźnie, że kosztem jeszcze większej koncentracji wyników - bowiem jeszcze trudniej jest się przebić na sam szczyt wyników rzeczom dziwnym i nietypowym, takim jak cyfrowe porwanie okraszone żądaniem uwolnienia Kevina Mitnicka.

Posted by alek at 18:39 | Comments (102)

7.03.2003: MF mówi: nadchodzi cool disease

Mam przyjaciela, nazwijmy go na potrzeby tego terminala. MF, który zajmuje się wpływem społecznym nowych technologii amatorsko, ale czasem ma chwile olśnienia, choć nieco ekscentrycznego.
Niedawno opowiadał mi o swojej koncepcji cool disease, zarazy, jak rozumiem, technologiczno-społecznej, która mogłaby powstać jego zdaniem, gdyby pojawiło się wystarczająco wiele kamer video nagrywających życie codzienne. Ten trend jest jak najbardziej prawdziwy, liczba kamer rośnie, a różnorakie władze bardzo je lubią. W każdym razie MF przewiduje moment, w którym nagrania z kamer, umieszczonych wszędzie, pozwolą zwykłym ludziom obserwować siebie, w codziennych sytuacjach, z perspektywy trzeciej osoby. Ta obserwacja pozwoli im mieć dystans do samego siebie, przez co będą bardziej cool.
Takimi "kamerami" były zawsze pamiętniki, szczególnie jeśli pisane przede wszystkim dal siebie - dla konstruowania własnego ja w trakcie pisania i dla kreowania swojej historii zyciowe później, po kilku latach czytając notatki. Tylko że pamiętnik jest konstrukcją, a nie zapisem wideo. Myślę, że obecne blogi, nie mówiąc już o mobilnych blogach, które są wprawdzie niczym więcej jak modą wygenerowaną w niewielkim zakątku Internetu, dzięki ich nieco kompulsywnemu charakterowi i dużej częstości umieszczania wpisów (w wielu wypadkach tak jest, jak sądzę), być może w dużyo większym stopniu są "obiektywne". OK, są kreacją i to zazwyczaj wielką, kreacją na pokaz innym, ale może, w zawrotnym tempie codziennych wpisów, gdzieś się ten obiektywny, kamerowy opis, przemyca. Wtedy blogowicze byliby pierwszymi nośnikami cool disease, która może być tylko wymysłem młodego człowieka, ale równie dobrze, porządnie zawoalowanym doniosłym procesem społecznym.
PS. Google, zapytany o cool disease dosyć szybko wskazał na stronę The Merchants of Cool, programu zrobionego przez amerykańską publiczną telewizję PBS na temat twórców i sprzedawców kultury popularnej dla młodzieży. Ciekawe i w całości dostępne w Internecie.
PS. Należałoby w tej sytuacji znaleźć podobne rozwiązania ze świata nauki i mądrości: pytanie więc, jaka jest naukowa teoria tłumacząca cool disease?

Posted by alek at 0:20 | Comments (0)

1.03.2003: Clay Shirky: blogi na potęgę

Clay Shirky opublikował w 1.szej dekadzie lutego kolejny swój esej, tym razem pod tytułem "Power Laws, Weblogs and Inequality" (Prawa potęgowe, blogi i nierówność), [*"prawo potęgowe" jest swego rodzaju eksperymentem translatorskim, będę wdzięczny, jeśli ktoś poda poprawne tłumaczenie lub upewni mnie, że przypadkowo trafiłem w dziesiątkę] w którym używa koncepcji praw potęgowych do wytłumaczenia faktu, że do internetowych systemów społecznych, w miarę ich rozrostu, wkrada się nierówność. Shirky zauważa, że nierówność jest skutkiem połączenia różnorodności i swobody wyboru - przy czym większa różnorodność, wbrew intuicji, nie powoduje że raczej równomiernie wybieramy. Rozkład wyborów się nie spłaszcza, tylko przeciwnie, nierówność staje się bardziej skrajna. Nieuniknionym skutkiem takich swobodnych wyborów okazuje się rozkład zgodny z prawem potęgowym, które stwierdza - w najprostszej formie - że element o pozycji N w rozkładzie będzie miał wartość 1/N.
Shirky jako przykład wybrał blogosferę, w której taki rozkład oznacza, że bardzo mała liczba blogów będzie miała bardzo dużą popularność (mierzoną dowolnie - liczbą odwiedzin, linków z innych stron, itp.) - a bardzo duża liczba stron będzie niemal nieznana.
Wygląda na to, że Clay zajął się blogami z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to wdzięczny materiał do badań, gdyż statystyki są stosunkowo łatwo dostępne. Po drugie, Shirky porusza kwestię nierówności, gdyż ich obecność podważa w pewnym sensie wszystkie slogany o wolności wypowiedzi, swobodzie bycia producentem informacji w Sieci: co z tego, że każdy z nas może mieć w Internecie swoją stronę, gazetkę, dziennik, trybunę, skoro nikt jej nie czyta? Shirky dlatego wybrał blogi, gdyż w chwili obecnej blogosfera jest, jak sądzę, tym miejscem w Internecie, z którym wiążą się takie nadzieje. Strony domowe są już bardzo passe.
Tekst Shirky'ego nie jest tekstem naukowym i jego analiza nie jest bardzo zaawansowana. Ale zgrabnie opisuje pojęcie prawa potęgowego i jego konsekwencje; argumentuje też, że nierówności w świecie blogów są a. nieuniknione - są efektem strukturalnych praw działąjących w dużych systemach b. są "sprawiedliwe". Argumentów jest kilka, podstawowy jest taki, że istnieje równość szans - każdy może blogować i że nierówności są efektem "rozproszonego przyzwolenia" wyrażanego przez setki internautów.
Obserwacje Shirky'ego są oryginalne, gdyż zazwyczaj wspomina się o skrajnych nierównościach występujących między mediami komercyjnymi i oddolnymi działaniami medialnymi, o zawłaszczaniu przestrzeni medialnej, czyli uwagi odbiorców, przez niewielką grupę medialnych korporacji. W połączonym systemie mediów komercyjnych i nie rozkład jest też zgodny z prawem potęgowym, ale jego uzasadnieniem są skrajne różnice w dostępnych środkach finansowych, natura globalnego systemu ekonomicznego, itd. - które prowadzą do koncentracji mediów. Shirky pokazuje, że także oddolne media się, w naturalny sposób, koncentrują. Co ciekawsze, najpopularniejsze blogi zdaniem Shirky'ego upodobniają się do głównego nurtu komercyjnych mediów - gdy ich autorzy nie są już w stanie przetworzyć rosnących ilości listów i komentarzy, blogi przestają być interaktywne i stają się kolejnym medium nadawczym.
Ostatnia uwaga. Gdy Shirky mówi o "systemie społecznym blogów" to mam wrażenie, że albo myśli jedynie o blogach amerykańskich/angielskojęzycznych, albo też nie bierze pod uwagę ich różnorodności. Tymczasem jeden czynnik różniący blogi jest jak sądzę kluczowy: język. Na pewno w każdym jednolitym językowo systemie blogowym, takim jak polski blog.pl, też działa prawo potęgowe. A jeśli pomyślimy o wielkim globalnym systemie blogów, którego też - na pewno - dotyczy prawo potęgowe, to czy w ścisłej czołówce znajdzie się międzynarodowa supergrupa, czy też (co chyba bardziej prawdopodobne), będą tam tylko blogi angielskojęzyczne? Wtedy byłby to kolejny przejaw dziwacznego amerykańskiego imperializmu internetowego, którego niektórzy doszukują się w takich zjawiskach jak traktowanie przez USA domen internetowych najwyższego poziomu (.com, .edu, itp.) jako częsciowo własnych, czy też niedopuszczanie alfabetów innych niż łaciński do systemu nazw domen.

Posted by alek at 15:42 | Comments (65)
witajcie, przyjaciele!
planujemy iCommons Polska

Uczestniczymy w pracach przygotowawczych do stworzenia iCommons Polska, polskiej odnogi projektu Creative Commons.

tłumaczymy na polski Free Culture Lawrence'a Lessiga

Terminal jest poświęcony monitorowaniu i socjologicznemu namysłowi nad zmianami, jakie powoduje rozwój nowych mediów.
Nowe komentarze wydarzeń i linków pojawiają się co tydzień.
! Na stronie o nas znajdziesz informację o autorach terminala.
ENGYou will find information about authors of the terminal on the about us page.


archiwum
ostatnio dodane
najnowsze komentarze
linki
CZARNY LUD
to tłumaczenia tekstów, które w krótkich formach kryją głęboką refleksję o internecie i jego okolicach. Każdy tekst jest też dostępny jako gotowy do druku PDF. Nasze palce są czarne od tuszu drukarek.
!William Gibson: W KLESZCZACH DRA SATANA

!Bruce Sterling: CIEMNA STRONA WOLNOŚCI. ŻELAZNA PIĘŚĆ, NIEWIDZIALNA DŁOŃ, I WALKA O DUSZĘ OPEN SOURCE

movable type
Creative Commons License
Blog na licencji
Creative Commons.