17.02.2003: Bezprzewodowa etykieta
Nawiązując do mojego dawnego wpisu o kulturalnych komórkach - SmartMobs cytuje tekst z NewsObserwera na temat bezprzewodowych gadżetów i ich wpływu na kulturę pracy. Wraz z wprowadzaniem sieci bezprzewodowych do biur pojawiają się nowe problemy, podobne do wcześniejszych związanych z popularnością telefonów komórkowych. Charakter spotkań biznesowych zmienił się zupełnie odkąd wszyscy notują w palmtopach bądź notebookach. Oczywiście większość z nich notuje jedynie pozornie, zajmując się w tym czasie sprawdzaniem poczty czy przeglądaniem stron w internecie. Nowym zjawiskiem jest komentowanie przebiegu zebrania na bieżąco przez instant messengery (tzw. basement meeting), czy konsultowanie się z osobami nie uczestniczącymi w spotkaniu. Niektórzy wykorzystują bezprzewodowy internet do zdobywania informacji w trakcie dyskusji (Google-It-Alls), dzięki czemu mogą błyszczeć popisując się błyskotliwymi wypowiedziami. Można się tylko rozmarzyć i wyobrazić sobie szkołę przyszłości, w której uczniowie w ten sposób odpowiadają na pytania nauczycieli. Oprócz nowych zastosowań technologii pojawiają się stare niedogodności – ktoś zapomni wyłączyć dźwięk, ktoś inny za głośno stuka w klawiaturę, większość koncentruje się bardziej na zawartości skrzynki pocztowej niż na temacie zebrania. Odpowiedzią na problemy techniczne mają być udogodnienia wprowadzane przez producentów – podświetlane i cichsze klawiatury, jednoguzikowe wyciszanie oraz tablety, które bardziej przypominają kartkę papieru niż ekran komputera. Wydaje się, że rozwiązaniem pozostałych niedogodności powinna być stara, dobra kultura osobista. Specjalistka od dobrych manier Sue Fox uważa, że jeśli podczas cudzego przemówienia zajmujesz się rozmową czy pracą na komputerze, to jesteś po prostu gburem. Jednak podobnie było na początku z komórkami – widok osoby rozmawiającej w restauracji irytował prawie każdego, podczas gdy teraz nie jest to już takie szokujące.
Prawdopodobnie czekają nas narodziny nowej, bezprzewodowej etykiety (wi-tykiety?), albo instalowanie w salach konferencyjnych ekranów blokujących przepływ fal, na wzór nowoczesnych kin. Można również przypuścić, że pracodawcy amerykańscy będą wkrótce rościć sobie prawa do kontrolowania tego, co pracownicy robią na swoich służbowych komputerach w czasie pracy, podobnie jak nauczyciel może widzieć na swoim ekranie wszystkie komputery uczniów połączone w sieć.
11.02.2003: "Katedra" nominowana
"Katedra" Tomka Baginskiego zostala nominowana do Oscara w kategorii krotki film animowany.
Dlaczego o tym pisze? Dlatego, ze film jest adaptacja opowiadania Jacka Dukaja, najlepszego polskiego pisarza SF, autora, który chyba najlepiej w kraju czuje klimaty cyberpunkowe.
"Katedra" nie ma z CP wiele wspolnego, ale srodowisko SF ma nadzieje, ze dzieki tej nominacji (nagrodzie?) znajda sie pieniadze na ekranizacje innych tekstow JD. Byc moze beda to fragmenty "Czarnych Oceanow", albo wyprzedzajace "Matrixa" "Irrehaare"?
Podaje link do strony domowej JD, z ktorej mozna sciagnac sporo jego tekstow.
http://dukaj.fantastyka.art.pl/
Oczywiscie to wydarzenie mozna komentowac inaczej, w duchu internetowego libertarianizmu/egalitaryzmu - oto dzieki wyzwalajacej sile cyfrowych technologii nieznany nikomu tworca animacji z nieznanego nikomu kraju , bez pieniedzy i koneksji, tworzy... itd.
Computerworld donosi, że "Internauci wolą ręcznie": cytuje raport firmy badawczej WebSideStory, która po przebadaniu ruchu na 30mln stron stwierdziła, że ponad 64% użytkowników dociera na strony nie przez wyszukiwarki lub linki, ale wpisując adres bezpośrednio do paska przeglądarki (w porównaniu z 53% w 2001). Computerworld cytuje Goffa Johnstona z WebSideStory, który mówi tak: "Dziś zdecydowana większość internautów to świadomi użytkownicy tego medium, korzystający z serwisów o których wiedzą, że chcą z nich skorzystać. Nie oznacza to, że serwisy wyszukiwawcze i linki straciły swe znaczenie, ponieważ internauci nadal poszukują interesujących ich serwisów w ten sposób, zanim dodadzą ich adresy do 'ulubionych'". I w tym momencie przestaję rozumieć cokolwiek, bo wypowiedź mówi tyle, że chociaż jest tak, to jest też inaczej! Tymczasem te dane mogą poświadczać, że ruch w Internecie coraz bardziej koncentruje się na kilku stronach , których nazwy się po prostu zna - nie z wyszukiwarki, nie z linków, tylko z rzeczywistości (z reklam).
Niedawno pisałem o węgierskim Ministerstwie Informatyki i Mediów. W Polsce Komitet Badań Naukowych przekształci się w Ministerstwo Nauki i Informacji.
Pisałem też o Forum Internetu Obywatelskiego. Prezentacja Powerpoint wystąpienia prof. Cellarego znajduje się tutaj. Forum wysłało do rządu i parlamentu apel o cyfrowym wykluczeniu, o tym kiedy indziej.
Gemius StatCentral ma sporo ciekawych statystyk używania Internetu. W biuletynie można przeczytać, że w tygodniowej próbie 400,000 internautów zarejestrowanych przez system Gemius, 13% łączyło się z polskimi stronami z zagranicy. To duża liczba, w dodatku nie uwzględniana przez sondaże popularności Internetu w Polsce. Więc, hurra!, polskich internautów jest jeszcze więcej! - czy też nie są to polscy internauci?
Na czym polega specyfika polskiego Internetu? Np. na wyszukiwarkach, których używamy. Niemniej, według Gemius StatCentral, Google stale zwiększa swoją popularność. Wśród polskich internautów wchodzących na strony obserwowane przez Gemiusa poprzez wyszukiwarki, 35% użyło w ostatnim tygodniu domeny onet.pl, a 31% google.com. Biorąc pod uwagę silniki, różnica wynosi tylko 1% między Inktomi, którego używa onet.pl, a google. Wśród wszystkich internautów, także tych łączących się z zagranicy, google przegonił inktomi w pierwszym tygodniu tego roku i stale zwiększa przewagę. Monopol na rynku wyszukiwarek - ciekawe, czy to też jest niebezpieczne.
Na marginesie, znalazłem ostatnio amatorski ranking portali:
5 portal to o2 Dobre co w tym portalu to poczta:))))
4 portal to interia Dobre co w tym portalu to ściagi i to wszytko
3 portal to onet Taki sobie
2 miejsce zajmuje gazeta Spox portal
Najlepszy portal to wp Korzystajcie z niego
Na jeszcze większym marginesie, żyjemy od ponad roku w Stanie dziwnej wojny i nie widzialem jeszcze lepszej nazwy dla tego stanu, niż ta wymyślona przez serwis Adbusters: "W Stanach Zjednoczonych liczba zaburzeń samopoczucia podwoiła się od wybuchu World War 11". (Podejrzewam, niestety, działanie chochlika, ale nawet w takim wypadku, chwała jemu za tę zgrabną zbitkę)
7.02.2003: morza informacji
Nawiązując do poprzedniego wpisu, myślę, że potrzebna jest inna, lepsza wizja informatyzacji regionu, I co lepsze, taka wizja - piękna i romantyczna, a nie technokratyczna - najprawdopodobniej jest możliwa. Wizja, która sprawy takie jak wykorzystanie SMSów, które kochamy może nie my jedni, ale zdecydowanie kochamy, uwzględni.
Mam jeden przykład takiej wizji, chętnie podałbym do niego link, ale Gazeta Wyborcza nie idzie z duchem czasu, nie chce rozwoju zbiorowej kreatywności i pilnie strzeże dostępu do archiwum online. Cytat pochodzi z wywiadu z Bohumilem Hrabalem pt."Schopenhauer i automobil", opublikowanym w GW z 2-3 lutego 2002 i moim zdaniem jest to bardzo środkowoeuropejska internetyka, bardzo to czego nam potrzeba, choć Polska swój dostęp do morza przecież ma:
"Poniewaz nie mamy dostępu do morza, jest nam obce to poczucie ogromu, którego można zaznać, kiedy się na nie patrzy. Każdy Środkowoeuropejczyk chce zobaczyć morze, a gdy je zobaczy, jest wstrząśnięty. Tak więc my zamiast morza musieliśmy mieć morze informacji. Zawsze musieliśmy być prymusami: i w chrześcijaństwie, i w reformacji, i w baroku. Dlatego przynajmniej tu, w Czechach, a sądzę, że w całej Europie Środkowej, te nowinki, które przychodziły z Zachodu - czy to gotyk, czy barok - sięgały zawsze takich szczytów, że doprowadzaliśmy je niemal ad absurdum. U nas, w Europie Środkowej, zawsze to, co gdzieś indziej było czymś najzwyklejszym na świecie, uchodziło za wielkie wydarzenie. Dwie drobnostki - kiedy w Paryżu kobieta pierwszy raz przejechała automobilem, to po prostu kobieta jechała automobilem; kiedy jednak w Pradze pierwsza kobieta jechała automobilem, to przyszło 40 tysięcy ludzi. Bo to było olbrzymie wydarzenie..."
Ruszyła strona informatyzacja.gov.pl, prowadzona przez Departament Promocji Społeczeństwa Informacyjnego. Na razie niewiele na niej można znaleźć, ale myślę, że warto ją śledzić w przyszłości, gdyż autorzy zapowiadają szybki rozwój, a sądząc po nazwie Departamentu, będzie to forpoczta tworzenia społeczeństwa informacyjnego w polskim społeczeństwie.
Właśnie tak, wydaje mi się, że za retoryką przekształcania polskiego społeczeństwa w polskie społeczeństwo informatyczne kryje się naprawdę tworzenie struktury, która ze społeczeństwem nie ma do końca wiele wspólnego, można ją oczywiście nazwać społeczeństwem informatycznym, choć nie do końca to ma sens, może brzmi dobrze.
Dlaczego tak jest? Np. dlatego, że na stronie jest opis trzech prowadzonych projektów. Dwa z nich są konkretne: stworzenie Polskiej Biblioteki Internetowej i rozwój e-governmentu. Trzeci, nazwany "Społeczeństwo Informacyjne" zawiera, jak na razie slogany. Może niepotrzebnie wyciągam wnioski z tak słabych przesłanek, ale jak tak dalej pójdzie stworzymy struktury społeczeństwa informacyjnego, ale nie zapewnimy powszechnego do nich dostępu. Digital Divide. Cyfrowa Rozpadlina. Majaczy już na horyzoncie, a JCR Licklider, jeden z ludzi, którzy wymyślili Internet, już w 1965 zauważył, że równość dostępu jest niezbędna, by całe społeczeństwa czerpały korzyści z nowych mediów. Nawet jeśli przyjmiemy ultraoptymistyczne, zdecydowanie przesadzone, szacunki 30-procentowej dyfuzji Internetu w polskim społeczeństwie, to i tak dziwnie brzmi stwierdzenie, że celem projektu e-government jest "umożliwienie każdemu obywatelowi załatwienia za pośrednictwem Internetu swoich codziennych spraw".
Czasem warto się przejrzeć w zwierciadle, i to nie krzywym. Takim zwierciadłem jest tekst Building the Hungarian Information Society Johna Horvatha, opublikowany przez telepolis. Tekst jest bardzo skrótowy, ale przedstawia krytyczny komentarz węgierskiego projektu społeczeństwa informacyjnego, który być może jest cenną krytyką także w przypadku Polski. "Rząd węgierski zamierza zainwestować ponad 400 milionów euro w rozwój społeczeństwa informacyjnego, jednak odsłaniane szczegóły rządowego programu pokazują, że jest to raczej schemat wsparcia przemysłu high-tech niż krzewienia społeczeństwa opartego na wiedzy".
Na Węgrzech powstało nawet Ministerstwo Informatyki i Mediów, jednak zdaniem Horvatha MIM nie potrafi jednoznacznie zdefiniować, co rozumie przez "społeczeństwo informacyjne". Horvath słusznie zauważa, że mimo popularności SMSów na Węgrzech (dodajmy, zapewne w całej Europie Środkowo-Wschodniej), używanych dużo częściej od emaila, koncepcje rozwoju społinfu nijak się do wykorzystania tego medium nie odwołują. SMSy ukazują wadę koncepcji społeczeństwa informacyjnego, która nie zauważa, że w krajach takich jak Węgry duża część informacji przepływa poza sieciami komputerowymi. Horvath stawia kluczowe pytanie: czy technologia komputerowa i cyfrowa infrastruktura są rzeczywiście koniecznym warunkiem tak zwanego społeczeństwa informacyjnego? Podsumowując, Horvath uważa, że węgierski projekt jest oparty bardziej na modzie niż solidnej treści i niekoniecznie pomoże jednostkom wejść w "nowy wspaniały świat".
Na koniec dodam tylko, że na stronie Informatyzacja jest link do strony Pawła Kółkiewicza, któy nagromadził i udostępnił niezłą pigułę tekstów w duchu społinf.
3.02.2003: ludzie i wirusy
W połowie stycznia Alexander Galloway rozesłał przez nettime tekst pt. Tactical Media & Conflicting Diagrams. Galloway drąży temat popularny wśród przeciwników trendu komercjalizacji Internetu, a mianowicie relacji między przestrzenią komercyjną i kontrkulturową, przestrzenią stratyfikowaną i gładką. Galloway przygląda się protokołom komputerowym, które uważa za czynnik homogenizujący, a więc - jak to stwierdza w innym tekście umożliwiający kontrolę nad internetem (jak dla mnie jest to wniosek niesłuszny, ale to już inna sprawa).
W każdym razie, Galloway przygląda się wirusom i jego uwagi są bardzo ciekawe. Wirusy są dla niego przykładem taktycznych mediów, które w węższym rozumieniu są technologiami medialnymi zastosowanymi do celów politycznych, ale w szerszym każdym "taktycznym zjawiskiem wewnątrz mediów", każdym procesem, który później może odsłonić swój taktyczny, polityczny charakter. Właśnie takie okazują się wirusy: zarażając opatentowane systemy, rozprzestrzeniają się dzięki jednolitości niejako wpisanej w naturę takich systemów. "Pokaż mi wirusa komputerowego, a ja ci pokażę opatentowane oprogramowanie będące rynkowym monopolistą".
Galloway'a interesuje, jaki dyskurs był używany w czasie dyskusji o wirusach. Jak dla mnie analizy duskursu w wielu wypadkach, także tym zbyt dosłownie traktują związki wydarzeń, traktując je, niepotrzebnie, jako obciążone jakimś głębszym więzem, może nawet przyczynowym. Ale Galloway pokazuje, że rozkwit wczesnych wirusów zbiegł się w czasie z epidemią AIDS i epidemiologiczny dyskurs często był używany wobec wirusów komputerowych. Tymczasem w latach 90-ych wirusy zostały uznane za broń w rękach osób porównywanych z terorystami i trudno już o nich myśleć np. jako o narzędziach pozwalających wykrywać usterki w sieci. Tak na marginesie, myślę że o wirusach można coraz bardziej myśleć także jako o świetnych źródłach dochodów - jeśli weźmiemy pod uwagę jak wiele warta jest ochrona danych zawartych na firmowych komputerach, które nie zawsze mogą być odcięte od sieci.
I rzeczywiście, jednym z podstawowych pytań zadawanych po ostatnim ataku robaka Slammer, było: kto to zrobił. Slammer wykorzystał wadę w oprogramowaniu serwerów internetowych, wyprodukowanym przez Microsoft, w 10 minut zaraził 90% narażonych serwerów i spowolnił lub wstrzymał przepływ danych w wielu fragmentach internetu, szczególnie w USA. Podczas gdy język epidemiologiczny może najwyżej spowodować falę paniki i lęku, nazwanie autora robaka terrorystą, skupienie się na przestępcy, a nie na informatycznej zarazie, pozwala być może złapać kogoś, kto zapłaci choć część odszkodowań lub którego los zniechęci innych, podobnych terrorystów. A poza tym pozostaje tylko wypłacić odszkodowania i zarobić na koniecznych naprawach i udoskonaleniach zabezpieczeń.
Wirusy to ciekawe byty internetowe, bo myśląc o nich możemy uświadomić sobie, że ludzie nie mają wyłączności na przebywanie w przestrzeni internetu, lecz dzielą ją właśnie z takimi tworami jak wirusy, czy pająki wyszukiwarek, przeszukujące sieć w poszukiwaniu nwoych lub uaktualnionych stron i generujące całkiem pokaźny ruch. Wirusy nie są nawet typowymi narzędziami - Galloway opisuje przykład studenta, który we wczesnych latach internetu wpuścił do sieci robaka i nie potrafił go stamtąd wyjąć. Wirusy to chyba po prostu formy internetowego życia, a ich najnowsza generacja potrafi rozprzestrzenić się w niesamowitym tempie kilkunastu minut, przez co teraz tak zwane Robaki Warhola, tak jak ludzie, mogą mieć swoje 15 minut sławy.
To, że robaki komputerowe od jakiegoś czasu najskuteczniej unieruchamiają sieć, atakując internetowe serwery, uświadamia nam, że osobiste komputery przestały być polem, na którym toczą się najważniejsze bitwy o nowe technologie. To tylko jeden z przykładów na to, że retoryka bezpośredniego zbawiennego wpływu komputerów i internetu na jednostki nie jest słuszna. Wszelkie projekty e-government, mówiąc o pomaganiu ludziom, tak naprawdę dotyczą systemów rządowych i administracyjnych, z których poszczególni ludzie skorzystają tylko pośrednio. Utopijne wizje zakładały, że w internecie jednostki całkowicie wyzwolą się spod władzy instytucji, tworząc doskonale anarchistyczne społeczeństwo. W rzeczywistości w internecie, tak jak w świecie rzeczywistym, masa pojedynczych jednostek ma coraz mniejszy wpływ na otaczającą rzeczywistość. Możemy tylko patrzeć, jak firmy komputerowe i agencje rządowe walczą z groźnymi wirusami i geniuszami-kryminalistami chowającymi się gdzieś w cieniach. I nie istnieje żadna broń, za którą moglibyśmy chwycić w pospolitym internetowym ruszeniu, albo może wirtualnym odpowiedniku akcji oczyszczania ziemi. Najwyraźniej wirusy odsłaniają nie tylko bedącą źródłem słabości jednolitość opatentowanych systemów komputerowych, ale także bezsilność większośći internautów wobec innych form cyfrowego życia.



CZARNY LUD


