30.01.2003: Kaboom!
Klika dni temu poczas targów muzycznych w Cannes Robbie Williams powiedział, że właściwie to nie ma nic przeciwko piractwu i ściąganiu muzyki przez internet. Nie interesuje go jak ludzie zdobywają jego muzykę, lecz czy jej słuchają. Ta niepopularna w środowisku muzycznym wypowiedź spotkała się z natychmiastową reakcją oficjeli brytyjskich. Sam minister kultury Kim Howells skarcił Williamsa za "propagowanie kradzieży" i uświadamiał, że nielegalne kopiowanie muzyki może doprowadzić do ok. 600.000 zwolnień w przemyśle muzycznym. Dodał rownież, że opinia Williamsa, tylko zachęca międzynarodowe gangi zajmujące się handlem narkotykami i prostytucją do prania brudnych pieniędzy w internecie.
Można by uznać, że gwiazda pop o takich dochodach jak Robbie Williams może sobie pozwolić na wygłaszanie niekomercyjnych gadek i igranie z własnym wydawcą. Wydaje się jednak, że stoi za tym duża intuicja i wyczucie zmian nadchodzących w przemyśle fonograficznym. Tematem przewodnim najnowszego magazynu Wired jest slogan Apple'a RIP.MIX.BURN. i zapowiedź rychłego upadku największych firm fonograficznych. Dziennikarze Wired udowadniają, że kolos rzeczywiście się chwieje, z którejkolwiek strony by nie spojrzeć.
Statystyki pokazują brutalną prawdę o spadku sprzedaży płyt CD. W pierwszym półroczu 2002 spadek wynosił 11% podczas gdy sprzedaż płyt do nagrywania wzrosła o 40%. W tym czasie potroiła się liczba użytkowników Kaazy, która obecnie wynosi 60 milionów (22 miliony z USA). Przez ostatnie 6 miesięcy ściągneli oni 90 milonów plików.
Kaaza jest teraz wrogiem nr 1 wielkiej piątki. Problem polega na tym, że o wiele trudniej doprowadzić do zablokowania jej działalności niż w przypadku Napstera. Założyciele Kaazy są bardzo sprytni - serwery są umieszczone w Danii, software zarządzany jest z Estonii i tajemniczego raju podatkowego na wyspie, właścicielem interfejsu jest firma Sharman Networks z wyspy Vanuatu na Południowym Pacyfiku, domena jest natomiast zarejestrowana na firmę australijską. Tak zdecentralizowana struktura wymyka sie skutecznie prawnikom z całego świata. Jednak Kaaza przygotowuje się na wypadek konieczności zmiany profilu działania. Sherman buduje serwis, który w oparciu o bazę użytkowników Kaazy, będzie oferował pliki za opłatą. Altnet funkcjonuje równolegle z Kaazą, a wyniki przeszukiwania jego bazy danych są podawane nad wynikami z Kaazy. Na razie jego zasoby są skromne i nie mogą konkurować z milonami plików Kaazy, za które nie trzeba płacić 49 centów za piosenkę. Sherman liczy, że możliwość szybkiego przekształcenia Kaazy w serwis legalny będzie dobrym argumentem łagodzącym przed sądem.
Wraz ze wzrostem popularności MP3 rośnie sprzedaż przenośnego sprzętu do ich odtwarzania. Wired opisuje dylematy z jakimi boryka się Sony w przededniu wielkich przemian w firmie. Sony jest w tej chwili mega korporacją, która łącznie ma pod sobą 50 różnych firm, których interesy nie zawsze się pokrywają. Pionier wszelkich przenośnych urządzeń zaspał w chwili wprowadzania technologii MP3 i spóźnił się ze swoimi produktami. Konkurentem dla Sony jest np. Apple ze swoim iPodem. Jednak w tak wielkiej firmie nie jest do końca jasne jaką strategię należy przyjąć. Dla odziału produkującego sprzęt dużo lepsza jest opcja pro peer-2-peer, inaczej niż dla wytwórni, która wydaje Jennifer Lopez czy Shakirę. Sony przydarzyło się już kilka spektakularnych wpadek, gdy np. jako członiek RIAA wystąpiło przeciwko producentem nagrywarek CD, czyli m.in...Sony. Wydali również płytę Celine Dion, którą chroniły zabezpieczenia uniemożliwiające jej odtwarzanie na komputerach Sony. Taka schizofrenia na dłuższą metę nie będzie do opłacalna a wpływy ze sprzedarzy hardware'u są większe niż dochody z płyt, co może przeważyć na rzecz bardziej liberalnej postawy w stosunku do sieci p2p.
Nawet RIAA, czyli Recording Industry Association of America, wydaje się mówić cieńszym głosem. Wired przedstawia sylwetkę bardzo interesującej przewodniczącej RIAA Hilary Rosen, która prowadzi bardzo ostrą kampanię przeciwko ściąganiu muzyki z sieci. Otwarcie wini Internet i technologię za kryzys przemysłu muzycznego, ale jednocześnie nie potępia do końca użytkowników, kierując swe ostrze na dostawców plików, którzy generują gros ruchu na serwerach Kaazy. Rosen ma jednak świadomość, jak zresztą cały przemysł, że przyszłość nalezy do MP3. Wie też, że RIAA nie do końca nadąża za duchem czasów. Mimo, że wielka piątka inwestuje teraz w płatne serwisy, takie jak pressplay czy MusicNet, to są to posunięcia wymuszone i nie do końca przyjazne dla użytkowników. Ci zresztą nienawidzą zarówno RIAA, jak i wszystkich wielkich wytwórni. Rosen została zakrzyczana przez studentów podczas debaty w Oxfordzie, której była gościem.
Przemysł muzyczny nie ma przyjaciół i nie ma odwagi by się zmieniać.
A co najciekawsze, nie potrafił dostrzec w nowej technologii ogromnego źródła zysków. Internet może odegrać niespodziewanie rolę wieka od trumny dla wytwórni. Lawrence Lessig nie musiał bronić MP3 udowadniając w swojej ostatniej książce, że sieci peer-to-peer nie wpływają negatywnie na sprzedaż płyt. Tak, kupuję mniej płyt, bo mam dostęp do muzyki, o której istnieniu nawet nie wiedziałam. I nie tylko dlatego, że mieszkam w Polsce, gdzie dostęp do muzyki nowej, czy mniej mainstreamowej jest bardzo słaby, ale dlatego, że otworzyły mi się oczy na nowe zasoby. I tu zaczynam rozumieć o czym w kółko mówi Lessig - oto otwiera się pole dla innowacji i kreatywności, której przemysł muzyczny nigdy mi nie dał, chociaż mu płaciłam.
Temat zmian w przemyśle muzycznym jest fascynujący. Z jednej strony mamy globalne przedsiębiorstwa, które rozszadza od środka niemożność połączenia różnorodnych interesów (podobnie jak w wielkiej piątce firm księgowych), z drugiej strony indywidualnych użytkowników, którzy byli do tej pory traktowani po macoszemu, a teraz stali się znaczącą siłą. A w środku technologia, która nagle daje użytkownikom władzę.
Wspomniany wczoraj tekst Gibsona, zatytułowany "W kleszczach Dr. Satana (razem z Vannevarem Bushem)" zasługuje na jescze więcej uwagi. "Tajemniczy dr. Satan" jest serialem SF z 1940 roku. Obecne w nim blaszane roboty były dla Gibsona pierwszymi cyborgami jakie widział. Vannevar Bush był informatykiem i wielkim wizjonerem, twórcą instytucji naukowych, które później stworzyły Internet. W 1945 roku Bush napisał esej "As We May Think"("Jak będziemy myśleć, być może" ???), w którym, opisując wyobrażoną maszynę memex, w gruncie rzeczy wymyślił hipertekst. Gibson jest wspaniałym eseistą, który w jednym tekście łączy roboty z filmów SF klasy B, Vannevara Busha i naukowe wizje cyborga jako krzyżówki człowieka z maszyną, tłumacząc zdecydowanie zawiłe pomysły na język przystępny, ale inspirujący.
Gibson zauważa, że w filmach SF roboty były zawsze wyposażone w "elektroniczny mózg". Mózg taki należało włożyć do jakiejś maszyny, jeśli nie robota, to np. maszyny spawalniczej w fabryce. Natomiast nikt w 1940 roku nie myślał, by taki mózg, gdy powstanie, połączyć z maszyną do pisania i telewizorem, którego pierwsze modele pojawiły się w tym czasie. Do czasu, gdy w 1945 roku Bush nie wymyślił maszyny memex (to skrót od "memory extender" - "rozciągacz pamięci"), która nie tylko zawierała wczesny mechanizm hipertekstowy, ale spełniała jedną z podstawowych funkcji dzisiejszych komputerów: przechowują notatki, rachunki, teksty, zdjęcia, służyła jako zapasowa pamięć użytkownika.
Memex był wreszcie, zdaniem Gibsona, rodzajem cyborga. Gibson zarzuca literaturze SF dosłowność, która spowodowała koncentrację na wizji dosłowenego połączenia człowieka i maszyny w postaci cyborga, któego dobrze znamy: jest nim Terminator, androidy w Obcym i Blade Runnerze... Tymczasem w rzeczywistości cybernetyczny organizm powstawał, jako przedłużenia ludzkiego systemu nerwowego : film, radio, telewizja. "Stawałem się częścią czegoś, oglądając telewizję".
Tak samo, gdy uwaga wszystkich była skupiona na Wirtualnej Rzeczywistości, rewolucja powoli dokonywała się, byliśmy udoskonalani przez telewizję. "Gdy treść jest wystarczająco absorbująca, nie potrzebujesz gogli głębokiego zanurzenia zakrywających oczy, by odciąć się od świata. Rodzisz własny świat. Jesteś w nim. Oglądając treści, które najbardziej chcesz widzieć i nic innego". Zmiany, jakie widać w sposobie opisywania przez Gibsona sieci, cyberprzestrzeni w swoich powietrzach, potwierdzają powyższe stwierdzenie. Zmiany zachodzą, ale ich nie widzimy, bo zbyt dosłownie rozumiemy "fizyczność" cyborgowej więzi, gdy oplatająca nas sieć pozostaje niewidoczna i nie da się jej dotknąć.
Gibson pod koniec stwierdza, że działania zmierzające w stronę stworzenia humanoidalnego robota go nudzą - prawdziwym cyborgiem jest dla niego dębowe biurko mieszczące, zgodnie z wizją Busha, maszynę memex. Jeśli tak spojrzymy na cyborga, to zrozumiemy, że jesteśmy nimi otoczeni, a największym z nich jest internet, niewidzialna sieć łącząca miliony odpowiedników dębowego biurka Busha.
"Hybryda mięsa i metalu jest tylko symbolem [...] Ważne rzeczy dzieją się dookoła nas, uczestniczymy w nich codziennie, stapiamy się, wrastamy w nie". A Wzmocniona (Augmented) rzeczywistość jest ważniejsza od kolejnego symbolu, Rzeczywistości Wirtualnej. Tym esejem Gibson - autor wizji wirtualnej cyberprzestrzeni - dowodzi, że trzyma rękę na pulsie i nadal sonduje, w którą stronę Internet zmierza.
29.01.2003: cicha rewolucja globalnego cyborga
Czytam teksty Rondy Hauben, która wyjątkowo porządnie wgryzła się w historię internetu, łącznie z jego prehistorią. Hauben opisuje korzenie wolnej sieci, sieci będącej dobrem wspólnym, sieci w której informacja może być wolna, szukając tych korzeni w czasach, gdy sieć była raczej naukowym projektem, nad którymi pracowali cybernetycy, informatycy czy elektronicy.
Niesamowite, jak bardzo wyraźne były społeczne wizje tych naukowców, które wiązali z tworzoną przez nich technologią. Nie prowadzili oni inżynierii społecznej, ale nie byli też wyłącznie mechanikami - tworzyli system komputerowy z pełnym przeświadczeniem, że może on mieć radykalny wpływ na wszystkie sfery życia. Na razie musi wystarczyć jeden przykład, podawany przez Hauben w tekście"Developing the New Field of Computer Communications": w czasie konferencji International Council for Computer Communication w 1972, na której publicznie zaprezentowano po raz pierwszy sieć ARPANET, zalążek internetu, Stanley Winkler z IBM omawiał zmiany spowodowane. Choć podstawowym skutkiem będzie zdaniem Winklera wypchnięcie funkcji obliczeniowych komputerów na odległość, poprzez linie komunikacyjne, to "Zmiany obejmą [...] wszystkie sfery życia, jakie znamy". "Zmiany, w swej całości, złożą się na cichą rewolucję".
Pisząc o powstaniu protokołu TCP, Hauben opisuje w tekście "The Birth of the Internet: An Architectural Conception for Solving the Multiple Network Problem", jak protokół ten spełniał wymogi otwartej architektury informatycznej, pozwalającej połączyć różnorodne sieci komputerowe w jedną międzysieć. Ta architektura była równocześnie otwarta na różnorodne systemy administracyjne i polityczne, powiązane z poszczególnymi sieciami.
Wygląda na to, że podstawowe założenie otwartej architektury, wraz z hasłem "informacja chce być wolna", leżą u podstaw wielu późniejszych zjawisk związanych jakoś z Internetem, a ciekawych jako zjawiska społeczne: sieci wymiany plików p2p, ruch antyglobalizacyjny, ruch open source, creative commons. W ten sposób Internet staje się poteżną metaforą społeczną, można sobie w wielu sytuacjach zadać pytanie: czemu nie mamy być tacy jak Internet?. Argumentem za jest zauważony przez Williama Gibsona na jego blogu fakt, że Internet jest największym na tej planecie dziełem ludzkich rąk - cóż za success story! Argument przeciw może brzmieć następująco: Internet to maszyny i technologie, a my jesteśmy ludźmi!
Na taki zarzut jedną z odpowiedzi możemy znaleźć w tym samym tekście Gibsona, poświęconym cyborgowi, połączeniu człowieka i maszyny: "Oto mój cybernetyczny organizm: internet. [...] Ci, którzy w nim uczestniczą są fizycznie jego częścią". Myślenie o hybrydach ludzi i maszyn jako czymś więcej niż wizji SF zaczyna się pojawiać na obrzeżach nauk humanistycznych. Osobiście jestem święcie przekonany, że człowiek z komórką to coś więcej niż człowiek i komórka, a skoro grupa społeczna może nie być sumą swoich części, to ten zaszczyt może też przypaść grupom techno-społecznym.
25.01.2003: internet zerwie okowy, zasypie się w piasku?
"The Internet, untethered", tekst Toma Standage o mobilnym internecie, pewnie należałoby mówić o internecie komórkowym albo ruchomym internecie okazał się być pierwszą częścią większego raportu na temat mobile internet, opublikowanego w 2001 przez "The Economist". Bardzo dobra piguła, na temat coraz bardziej aktualny.
Standage zgrabnie zarysowuje kluczowe przemiany, jakie zajdą w internecie, gdy komórki stana sie podstawowym interfejsem, przez który ludzie łączą się z siecią. Nokia obstawiała, że do sieci podłączonych będzie więcej komórek niż PCtów już w 2002, Ericsson typował 2003, pesymiści mówią o 2005.
Standage, podobnie jak uczestnicy panelu w czasie IV Forum Internetu Obywatelskiego, sugeruje, że Internet w swoim obecnym kształcie nie wyczerpuje wszystkich swych możliwości. Pisze o telegraficznym etapie rozwoju, w którym koszta i złożoność technologii zniechęcają szerokie rzesze ludzi do korzystania z niego. Swoją drogą to zabawne uważać, że internet, z ponad 500 milionami użytkowników, jest medium ekskluzywnym, elitarnym. Ale Standage chyba ma rację, że komórkowy Internet może być dużo bardziej popularną, mainstreamową technologią. Standage przewiduje, że użytkownicy komórek nie będą zainteresowani swobodnym buszowaniem po sieci, lecz otrzymywaniem istotnych drobin informacji w odpowiednich momentach. O ile użytkownicy PCtów przyzwyczaili się, że internet jest darmowy, choć może nie zawsze wiarygodny, komórkowi internauci mogą płacić, ale za bardziej zaawansowane i wiarygodne serwisy. Komórkowy internet będzie wreszcie kolejną szansą dla firm, by wreszcie zarobić na nowym medium, w którym za wszystko można pobierać opłaty, bo taka jest komórkowa tradycja, path of dependency.
Jednym słowem szykuje się niezła rewolucja, która zmusi nas do określenia ponownie, co to jest internet. Tymczasem nie wiemy jeszcze dobrze, czym jest obecny, telegraficzny, PCtowy. Moim zdaniem odsłona internetu w jego kolejnej wersji zmusza do solidnego ustalenia czym jest internet. Rozwiązanie? Z jednej strony zdefiniować internet w jego ścisłym technicznym znaczeniu, jako sieć opartą na protkole TCP/IP i do tego wzorca przystawiać wszelką aplikację, wszelki serwis aspirujący do miany internetowego. A z drugiej strony trzeba myśleć o zdefiniowanym w sposób fuzzy internecie rozumianym społecznie, obejmującym wszystko, co ludzie robią z pomocą internetu, a zapewne także z pomocą technologii, które wydają im się internetem...
Z tym, że pierwszy internet, twarde jądro całej sieci, będzie zakopany coraz głębiej pod kolejnymi warstwami software'u, standardów i protokołów. A ten drugi, społeczny, będzie się rozrastał i rozrastał i rozrastał.
Declan McCullagh, amerykański publicysta tkwiący gdzieś na styku świata nowych technologii i amerykańskiego Kongresu, donosi, że niedługo będzie nas śledził "Wieli Brat w malutkich porcjach", znaczniki RDIF, malutkie chipy rozmiaru ziarnka piasku. Takie chipy kosztują grosze, znają swój wyjątkowy numer identyfikacjny (jest 18,000 trylionów możliwych numerów) i potrafią odpowiedzieć na sygnał radiowy, wykorzystując energię tego sygnału. Żadnych bakterii. Ziarnka piasku RDIF można będzie wszywać, zatapiać w plastiku, upychać w drewnie, wyobrażam sobie nawet piekarza posypującego wyrobione kajzerki RDIFami... Technologia RDIF nie pozwala wprawdzie śledzić ludzi (tak jak to umożliwiają osławione przez wszystkie filmy w konwencji noir mikrochipy wszyte pod skórę), ale skutecznie śledzą wszystkie przedmioty, których tak wiele w życiu każdego. Jeśli w jakiś sposób centrala będzie się łączyć z ziarnkami za pomocą internetu, to wtedy powstanie doprawdy wyjątkowy internet krzemowych ziarenek, śledzących nas na każdym kroku.
22.01.2003: IV forum internetu obywatelskiego
Wczoraj w ramach targów Komputer Expo 2003 odbyło sie IV Forum Internetu Obywatelskiego - Cyfrowe wykluczenie czyli: Jak zapobiec podziałowi informacyjnemu polskiego społeczeństwa, zorganizowane przez Internet Obywatelski, inicjatywę, która określa siebie jako "niekomercyjną i apolityczną inicjatywę stawiającą sobie za cel rozwój społeczeństwa informacyjnego w Polsce". Rozdanie nagrody "Internetowy Obywatel Roku 2002", która przypadła ks. dr Józefowi Klochowi z katolickiego serwisu internetowego opoka.org.pl najwyraźniej było kluczowym punktem programu, gdyż tylko o tym wspominają nieliczne notki prasowe, które znalazłem w Internet Standard i Web Expressie. Oprócz tego w czasie forum miały miejsce wykład prof. Cellarego z Akademii Ekonomicznej w Poznaniu oraz dyskusja panelowa, które miały dotyczyć informacyjnego podziału, albo cyfrowego wykluczenia w polskim społeczeństwie. Jedno z tych dwóch pojęć jest tłumaczeniem digital divide, jak na mój gust najlepszy byłby remix z dwóch: cyfrowy podział.... Tak czy siak, wykład i dyskusja digital divide, wbrew zapowiedziom nie dotyczyły. Wykład zarysował podział polskiego społeczeństwa na aktywnych i wykluczonych, pod wpływem komputerów, które doprowadzą do upadku turynowej pracy umysłowejj i przemysłu oraz rozwoju usług. Przy czym wiedza jest czynnikiem przesądzającym o wykluczeniu lub awansie do grupy aktywnych. Co do strategii życiowych, to wykluczeni chcą się wyrwać z własnego środowiska lub zahamować rozwój całego społeczeństwa, a aktywni akceptują wykluczenie innych lub decydują się na wyjazd. Dalsza część wykładu dotyczyła "egoizmu pokolenia rodziców", które odkłąda pieniądze na emeryturę, zamiast przeznaczyć je na edukację i przyszłość dzieci. Ratunkiem ma być "Ministerstwo Edukacji Całego Społeczeństwa", które za pomocą Internetu i uczenia na odległość podwyższy poziom wiedzy w całym społeczeńśtwie. Jak dla mnie, jest to wizja wpisująca się w sam środek utopijnej, odciętej od faktów, technokratycznej wizji społeczeństwa informacyjnego, zwrot ten pojawiał się zresztą na ustach wszystkich użytkowników. Internet na sam koniec okazał się rozwiązaniem dla bolączek wynikającego z najgłębszego podziału ery informacji, wynikającego z nierównego rozkładu wiedzy. Szkoda, że kwestia digital divide nie została wprowadzona, bo właśnie to pojęcie tłumaczy, dlaczego wizja prezentowana m.in. przez prof. Celarego jest błędna: divide oznacza, że nie da się zrzucić na Polski naród internetu niczym manny z nieba, że będzie się on rozpraszał nierówno, powielając najprawdopodobniej istniejące nierówności wiedzy i majątkowe. Podobała mi się jedynie myśl o konieczności udostępnienia publicznych zasobów edukacyjnych wszystkim Polakom, czyli ogólnie rzecz biorąc coś na kształt Creative Commons, coś na kształt inicjatywy MIT Open Courseware , w ramach której MIT chce udostępnić online materiały do wszystkich swoich zajęć.
Późniejsza dyskusja panelowa, z której wyszedłem, nie zmierzała w kierunku analizy polskiej digital divide, a raczej roztrząsania stanu polskiego społeczeństwa informacyjnego i wymieniania win rządu oraz sił reakcyjnych w naszym społeczeństwie, które spowalniają rozwój.
Ogólnie rzecz biorąc, wykład i dyskusja pokazały, że w Polsce społeczna dyskusja o Internecie prędko nie wyjdzie poza ciasne ramy koncepcji społeczeństwa informacyjnego.
Ciekawa była za to wypowiedź Krzysztofa Kiliana z Internetu Obywatelskiego, który stwierdził, że obecny Internet, potrafiąc jedynie zaspokajać ciekawość, nie spełnia roli, do której został powołany. Wymiana myśli i ułatwienie zarządzania jest tylko ułamkiem tego, czym byłby użyteczny Internet.
Myśl teoretycznie jest interesująca, bo sugeruje, że obecny Internet jest dla XXI wieku tym, czym telegraf był w wieku XIX - jedynie zapowiedzią całej gamy nowych technologii. Telegraf był dopiero pierwszym zastosowaniem elektryczności, pozwalającym na wymianę wiedzy, na zaspokajanie ciekawości. Potem nadeszło elektryczne światło, telefon, radio i masa innych użytecznych narzędzi. Zdaniem Kiliana z Internetem będzie podobnie, pierwszym krokiem jest nieźle rozwinięta e-bankowość, następnym będzie e-government.
Wszystko pięknie, tylko taka wizja oznacza, że odrzucenie założenia obecnego od początku Internetu: że to właśnie swobodna wymiana myśli, "Informacja, która chce być wolna" i wspólna kreatywność są tym, co czyni Internet pięknym i wyjątkowym.
21.01.2003: Kulturalne komórki?
Ostatni Economist przynosi niesamowite wieści z frontu komórkowego. Firma Ideo zajmująca się wzornictwem przemysłowym opracowała pięć prototypowych "kulturalnych komórek " (ang. social mobiles), które mają korygować niepożądane zachowania ich użytkowników. Autorzy projektu postanowili zmusić nas do kulturalnego obchodzenia się z telefonami poprzez nadanie im uprawnień do upominania nas. Zapomnijmy o superego, nasz kieszonkowy rodzic tylko czeka kiedy dać nam reprymendę. Zaprezentowano 5 modeli charakteryzujących się odmiennymi funkcjami.
SoMo1 aplikuje użytkownikowi delikatne kopnięcie prądem, informujące o natężeniu głosu osoby po drugiej stronie. Jeśli rozmówcy za bardzo podnoszą głos, siła kopnięcia staje się większa. SoMo2 ma być wykorzystywany w miejscach, gdzie rozmawianie przez telefon jest nie na miejscu (muzeum, kino). Za pomocą joysticka i klawiszy kontrolujących syntezator mowy możemy imitować "aha", i inne niewerbalne sygnały, które pozwalają na podtrzymanie konwersacji, jeśli ktoś do nas zadzwoni a chcemy go wysłuchać.
SoMo3 przypomina mały instrument muzyczny podobny do klarnetu a wybieranie numeru polega na "graniu" - melodie są numerami telefonów. Twórcy uważają, że "wystąpienie publiczne, którego wymaga wykręcanie numeru będzie prawdziwym papierkiem lakmusowym stosowności telefonowania w danej chwili". Przyznam się, że nie do końca zrozumiałam ten pomysł. W SoMo4 zamiast dzwonków mamy dźwięk pukania do drzwi. Zeby zadzwonić trzeba zastukać w obudowę telefonu. A ponieważ pukanie pukaniu nierówne, na podstawie siły naszego uderzenia odbiorca zadecyduje jak pilny jest nasz telefon. SoMo5 potrafi wywołać niepożądane dźwięki w aparacie znajduącej się obok osoby, która za głośno rozmawia.
Na razie żaden z omawianych modeli nie jest produktem komercyjnym, ale możliwe, że wraz z nadejściem społeczeństwa WIEDZY i końcem ery autorytetów doczekamy się, że kiedyś wreszcie własny telefon nas kopnie.
Globalizacja dosyć łatwo poradziła sobie z odległością geograficzną: informacja przepływa natychmiastowo, ignorując istnienie odległości, a ludzie - szczególnie w krajach Północy - przemieszczają się stosunkowo szybko i łatwo. Co oczywiście oznacza też, że czas się skończył i w przypadku przeływu informacji raczej stoi w miejscu niż płynie.
Ale pozostają strefy czasowe, z nimi nie da się tak prosto poradzić, czasem pomagają, czasem szkodzą. Kwestią stref czasowych zainteresował się Cory Doctorow, który w artykule dla Wired stwierdza: "W naszej sieciowej rzeczywistości odległość między osobami daleko od siebie jest mierzona nie w milach, lecz w strefach czasowych". Doctorowa interesuje grupa ludzi - nazywa ich Eastern Standard Tribe - która z różnych powodów, żyjąc w różnych strefach, dostosowuje swoje życie do jednej - zazwyczaj strefy czasowej Nowego Jorku. Co ciekawe, do Plemienia należą nie tylko menadżerowie i specjaliści wielkich globalnych korporacji rozsianych po planecie, którzy muszą współpracować. Doctorow wymienia też telemarketerów w krajach Azjatyckich, których firmy zapewniają outsourcing na rynku amerykańskim, oraz graczy grupowych gier online, którzy dostosowują czas grania do największego, amerykańskiego środowiska graczy. Niezla zbieranina.
Możnaby więc powiedzieć, że globalizacja zniszczyła też strefy czasowe. Ale nie do końca. Można sobie wyobrazić (zresztą ktoś o tym pisał - Castells?) firmy, które wykorzystują strefy czasowe: gdy w Hollywood zapada noc, w Londynie jest już właściwie ranek - jedna firma ulokowana w dwóch miejsach może pracować non stop, na dwie globalne zmiany.
Swego czasu Neal Stephenson, pisarz SF, wymyślił globalną straż osiedlową, wykorzystującą fakt, że Zachodnie Wybrzeże USA, Wielka Brytania i Australia są rozmieszczone na planecie "co 8 godzin". Strumień wideo płynący nocą z kamer umieszczonych w jednym miejscu byłby śledzony przez internautów, typy ślęczące przy komputerach, w dwóch pozostałych miejscach. Z wzajemnością. Projekt oczywiście niewypalił, jeśli już, to jakaś firma outsourcuje taką usługę, i zapewne nie dba, czy jej pracownicy będą pracować w ciągu dnia, czy nocy - skazując ich na przynależność do Plemienia Czasu Eastern Standard.
19.01.2003: william gibson 'all tomorrow's parties'
W wywiadzie z ks. prof. Zastępą pojawia się e pytanie na temat przemian interfejsu - przejścia od "ekranu, klawiatury, myszki" do "diod, które podłączymy do mózgu". Ks. Prof. stwierdza: "Bałbym się tego strasznie".
Nowa książka Williama Gibsona pt. "All Tomorrow's Parties" jest świetnym komentarzem na temat przyszłości interfejsów, internetu, jego wizualizacji, itp. W swojej pierwszej książce "Neuromancer" Gibson, jeszcze w latach 80ych, serwował nam jakże chwytliwą wizję sieci jako zbiorowej halucynacji, po której wędrowali kowboje podczepiający swoje układy nerwowe do sieci, wizualizujący jej przestrzenie gdzieś w głębi głowy. Ta wizja zapłodniła przemysłową wyobraźnię, Jaron Lanier do dziś promuje wirtualną rzeczywistość.
W najnowszej powieści interfejsem są "eyephones", jak sądzę połączenie gogli ze słuchawkami. Wszystko wskazuje na to, że przestrzenią, po której wędrują podpięci ludzie nie jest graficzna reprezentacja danych, wirtualna Matrix, tylko znana nam dobrze sieć, w której jeden z bohaterów przegląda strony, miarowo klikając w linki.
Tę przemianę, odczarowanie interfejsu, możemy rozumieć na dwa sposoby. Przez pewien czas literatura cyberpunk wyprzedzała rzeczywistość, cyberprzestrzeń Gibsona istniała na długo zanim John Perry Barlow zastosował tę metaforę do opisania powstającej sieci WWW, którą nazwano cyberprzestrzenią barlowiańską. Wizja SF wytyczała kierunek w czasach, gdy przełom w wirtualnej rzeczywistości był tuż-tuż. Przełom jednak nie nadszedł, więc można uznać, że autorzy przytemperowali swoje futurystyczne wizje.
Pytanie, dlaczego? Myślę, że istniejący Internet i rzeczywistość dookoła nas w prawie 20 lat od czasu napisania "Neuromancera" okazały się być wystarczająco fascynujące, wystarczająco cyber i punk. Dlatego kolejna książka Gibsona, która ukaże się w marcu, dzieje się dzisiaj i jest już fiction bez science, Bruce Sterling zajmuje się śledzeniem efektu cieplarnianego jako społeczno-ekologicznego zjawiska, a Neal Stephenson napisał książkę o kryptografii dzisiaj i w czasie IIWŚ, a zdaje się zamierza cofnąć się jeszcze dalej w historii i zająć się alchemikami.
Dziennik Wschodni online zamieścił wywiad z ks. prof. Tadeuszem Zastępą na temat internetu. Bardzo ciekawy wywiad. Jednak, jak dla mnie, wypowiedzi ks. prof. Zasępy składają się na wizję internetu nieco nie na czasie. I tak, po kolei:
przewodnicy/nauczyciele: Na samym początku pojawia się kategoria przewodnika po Internecie, osoby, która wskazuje innym, jak się w morzu informacji poruszać. Na poziomie ogólnej refleksji, że mądrzejsi uczą głupszych, pomysł ma sens, ale tak naprawdę sprowadza nas szybko do gatekeeperów wskazujących co jest dobre, a co nie: "Najpierw rodzice, którzy powinni być pierwszymi przewodnikami po świecie Internetu. A potem nauczyciele. Nawet katecheci". Pomijając fakt, że ideologicznie nie do końca mi to pasuje, to takie podejście zupełnie nie chwyta istoty naszych czasów, gdzie dzieci uczą się od siebie, a czasem uczą też nauczycieli. Myślę, że istnieje w internecie swego rodzaju republika młodych, których palce szybko śmigają po klawiaturze, których głowy zapamiętują wszystkie adresy DNS blogów znajomych, które wiedzą co może gadu gadu, co icq, a co im - i do tego świata dorosłym nie będzie łatwo przeniknąć.
Dużo bardziej zgadzam się z ks. profesoem w rzadkich momentach, gdy stawia on na samo-rozwój, samo-kontrolę, itp. Jeśli internet to rzeczywiście "technology of the self", to wszystkie samo-kategorie są dużo bardziej na miejscu niż nauczanie. Umówmy się, zazwyczaj jesteśmy sam na sam z Internetem i w tym układzie nie ma za dużo miejsca na nauczyciela stojącego za naszymi plecami.
morze śmieci: to pierwszy moment, w którym pojawia się w tym tekście pesymistyczna klisza dotycząca internetu: "w internecie nie znajdziemy informacji strategicznych" - tylko buble. Dla mnie, cały ruch open source + creative commons próbuje pokazać, że warto się dzielić z innymi najbardziej kreatywnymi i strategicznymi ze swoich myśli, i że da to pożytek i mnie i innym. Na BBC był program o nastolatku, który stał się ekspertem giełdowym studiując darmowe serwisy giełdowe.
fałsz i zakłamanie: "badania w Ameryce wskazują, że 80 proc. kontaktów przez Internet to kontakty okłamane [...] mężczyźni przedstawiają się jako kobiety, kobiety jako mężczyźni" - ten fragment jest "so 90s!", jak to zgrabnie można powiedzieć po angielsku. Lata 90-te to czasy, gdy karierę robiły teksty o zabawach z tożsamością na Lambda-MOO, o których później Castells pisał jako "anegdotycznych". Myślę, że lata 00-we to dużo bardziej czasy identyfikacji, bo z jednej strony okazało się, wspólnoty wirtualne są silniejsze, gdy członkowie są w miarę stabilnymi i zidentyfikowanymi personami, z drugiej strony identyfikacja/inwigilacja jest ogólnym trendem w naszym świecie, który na pewno nabrał rozpędu po 11 września 2002.
W dalszej części wywiadu pojawia się jeszcze wirtualny cmentarz, który odwiedza się po podpisaniu "intratnego kontraktu" i na którym można nawet wziąć udział w pogrzebie (?). Pojawia się wreszcie uzależnienie internetowe, uwielbiane przez wszystkich, w 12 różnych odmianach. Nie chodzi o to, że nie ma cmentarzy i uzależnienia, tylko że dlaczego w wywiad o internecie muszą być wplecione takie właśnie smaczki, a nie fascynujące opowieści o rozwoju creative commons, o problemach w zarządzaniu DNSem czy o cenzurze w Chinach. W Internecie dzieją się dobre i wspaniałe oraz złe i straszne procesy, ale nie zrozumiemy ich, jeśli w opisach internetu będzie nam przyświecać metafora "Domu w którym straszy" w wesołym miasteczku. (Oczywiście wiadomo dlaczego tak jest - o ile cmentarz internetowy może kogoś zainteresować, to creative commons, rzeczywiście mało kogo obchodzi).
Co ciekawe, w wielu tych przykładach pojawia się kategoria "badań w Ameryce", "w Ameryce można już". Myślę, że takie wyrażenia, potoczne zwroty rozproszone w naszym języku, są najlepszym dowodem na to, jak bardzo internet jednak jest w naszych oczach amerykański - i chyba słusznie.
Zresztą pod koniec wywiadu pojawia się stwierdzenie:"W Ameryce wszystko może się zdarzyć. A w Polsce? Jestem dobrej myśli. Rozwój Internetu pójdzie w dobrym kierunku. Internet zachowa twarz". Stwierdzenie ciekawe, bo zakłądające istnienie nie tyle Ameryki, Polski i Internetu, co amerykańskiego i polskiego internetów, a to chyba znacząca różnica. Ja bym dobrej myśli nie był, myślę, że w Polsce też może się wszystko zdarzyć, ale za to jest dużo mniej fermentu społeczno-intelektualnego, który jest tak silny w amerykańskim internecie. Nasz staje się powoli poletkiem porządnie zaoranym przez medialne giganty.
wiedza/kontakty: Ks. prof. Zasępa zaskakuje, gdy mówiąc o rozwoju internetu rysuje sytuację albo/albo: zdobywanie wiedzy albo nawiązywanie kontaktów - i wybiera to pierwsze. Nie chodzi o słuszność tego wyboru, sam podział wydaje mi się absurdalny, gdy w stanach trąbią o sieciach blogów, w których cały pic polega na tym, że kontakty osobiste i zdobywanie wiedzy łączą się w kreatywną sieć będącą aproksymacją zbiorowych inteligencji przyszłości na miarę naszych obecnych możliwości.
społeczeństwo informacyjne - musiało wkraść się do tego wywiadu, bo to bardzo modna w Polsce koncepcja, niestety. Skłaniająca do takich stwierdzeń jak:"Nadchodzi era społeczeństwa informacyjnego, które technicznie potrafi korzystać z Internetu, potrafi wykorzystywać go do pracy, potrafi nim kierować i potrafi zrozumieć, że jest to piękne narzędzie, które nie może stanąć ponad i przeciwko człowiekowi". Strasznie błędną perspektywę narzuca teoria społ.info. ze swoją wizją oświeconych, żyjących w blasku informacji użytkowników. W rzeczywistości nie ma "potrafienia" korzystania z Internetu, bo to by zakładało jedną, prawdziwą, słuszną i dobrą metodę. A "techniczne potrafienie korzystania" jest już zupełną fantazją - rzeczywistością jest narastający, jak sądzę, podział na rozumiejących bebechy internetu programistów (ale też rozumiejących geometrię sieci WWW ekspertów od pozycjonowania stron, działania wyszukiwarek, itp.) i resztę użytkowników. Jedni rzeczywiście surfują w morzu informacji, drudzy często grzęzną w błocie.
Podoba mi się natomiast strasznie cytat z Biernata z Lublina, który napisał:"A kto się kocha w czytaniu, w pisaniu / Bywa z duchem w rozmawianiu". Jak dla mnie, Biernat 500 lat temu zbliżył się do definicji cyberprzestrzeni, jako "miejsca, w którym są nasze duchy w rozmawianiu". Bardzo mi się to podoba, wierzę, że w naszej środkowo-europejskiej spuściźnie jest ukryta porządna refleksja komunikacją skrojona na miarę naszych internetowych zainteresowań.
Podsumowując, wywiad daje do myślenia, ale ogólna perspektywa patrzenia na Internet jest jak dla mnie tak odcięta od wydarzeń zachodzących obecnie w tym medium, tak wyraźnie widać w niej polskie skrzywienia, np. na punkcie społeczeństwa informacyjnego jak i brak, momentami, aktualnej wiedzy, zastępowanej anegdotkami. Albo tę perspektywę zmienimy, albo uznajmy, że to właśnie jest polska wersja internetu, polska jego otoczka, i ją będziemy kultywować, w zaparte.
18.01.2003: wiktoriański internet
Kończę czytać książkę Toma Standage pt. "Victorian Internet", będącą historią telegrafu. Standage interesuje się różnymi technologiami z przeszłości, ale widzianymi w perspektywie współczesnej - jak mówi "zna tylko jeden dowcip, ale opowiada go nieźle: opowieść z przeszłości owinięta w nowoczesność. Dwie inne jego książki dotyczą odkrycia planety Neptun oraz mechanicznego Turka, potencjalnie pierwszego robota (grającego w szachy), który jednak okazał się być kukłą sterowaną przez karła. Jak dla mnie fascynujący wybór tematów, trochę na temat każdej z książek można się dowiedzieć ze strony autora.
Przede wszystkim, Standage wyraźnie szuka podobieństw między telegrafem i Internetem.: elitarna grupa telegrafistów była jak dzisiejszy hakerzy, zaszło dokładnie takie samo skurczenie się czasoprzestrzeni, tamta technologia także przeżyła okres powolnego rozwoju, który nagle przekształcił się w rozkwit w skali jak najbardziej dramatycznej... Możnaby się obawiać, że Standge przyjął swoją tezę na wstępi i włożył telegrafowi w usta jego internetowość, ale tak chyba nie jest. Myślę, że rozwój telegrafu, choć ogólnie wpisuje się w dobrze znany patern przyspeiszenia tempa podróżowania i wymiany informacji na świecie dzięki nowym technologiom, to jednak jest wyjątkowy. Wcześniejsze odkrycia, takie jak np. kolej przyspieszyły trnsport, ale wiadomości nadal podróżowały tak szybko, jak szybki był najszybszy środek transportu atomów. Telegram, mówiąc językiem Negroponte, oddzielił bity od atomów: statek z Indii nadal płynął tygodnie, a telegram dochodził w minuty.
Czytanie o telegrafie oczywiście budzi dużo myśli o Internecie. Przede wszystkim, Standage pokazuje, że przemiany wprowadzone przez to medium były rewolucyjne i dotknęły całych społeczeństw - ale bezpośrednio z telegrafu korzystały głównie rządy i biznes, gdyż dla przeciętnych ludzi był za drogi. Być może kryje się tu analogia do Internetu, choć pozornie przecież szary człowiek bardzo z internetu korzysta: czaty, mp3, porno! Ale chodzi mi po głowie myśl, że zalety nowego medium dużo bardziej procentują dla instytucji i firm, może dotcomy upadły, ale e-government kwitnie - i być możę także Internet dużo bardziej wpływa i jest korzystny dla wszelkiego rodzaju instytucji, a nie jednostek - co chyba jest niebanalną różnicą.
Standage pod koniec opisuje, jak telefon wyparł telegraf. Szukając analogii w dobie internetu, w opublikowanym niedawno w The Economist tekście (dla mnie dopiero "do przeczytania") sugeruje, że tym, czym dla telegrafu był telefon, dla Internetu jaki znamy będzie mobilny Internet, oparty na telefonach komórkowych. Myśl ciekawa, choć od kilku już miesięcy niezbyt świeża.
W tym kontekście mogę tylko polecić stronę książki "Smart Mobs", na której Rheingold z drużyną drąży temat mobilnych społeczeństw, oraz projekt Dead Media, rozpoczęty przez rewelacyjnego Bruce'a Sterlinga i niestety trochę już zapuszczony (Sterling zajął się efektem cieplarnianym), który dokumentuje śmierć i upadek technologii, które na początku, zawsze wydawały się przecież takie modern.
17.01.2003: Koniec marzeń o wolności Mikiego?
Jedna z najsłyniejszych ostatnio spraw dot. praw autorskich Eldred vs. Ashcroft zakończyła się w środę przegraną Lawrence'a Lessig'a. Stosunkiem glosów 7-2 Sąd Najwyższy uznał, że Kongres USA działał zgodnie z Konstytucją przedłużając trwałość praw autorskich o kolejne 20 lat - do 70 lat po śmierci autora. W praktyce oznacza to zgodę na przedłużanie praw w nieskończoność.
W 1999 roku Eric Eldred, który publikuje w internecie rzadkie i stare książki złożył pozew kwestionujący zgodność z konstytucją ustawy Copyright Extension Act z 1998 roku. Twierdził, że ciągłe przedłużanie praw autorskich oznacza kwestionowanie praw gwarantowanych przez Pierwszą Poprawkę. Eldred zyskał poparcie środowiska związanego z EFF i grupy naukowców i prawników zebranych w Centrum Berkmana. W jego imieniu przed sądem występował sam Lawrence Lessig, który w między czasie stworzył stowarzyszenie Creative Commons walczące o wolność tworzenia i większą swobodę kopiowania. Armaty przeciwko nim wytoczyły wielkie koncerny medialne, broniące swojej pozycji na globalnym rynku. Nadzieje związane z procesem były ogromne a ewentualna wygrana Lessig'a miałaby daleko idące konsekwencje dla całego Internetu, w szczególności środowisk P2P i formatu MP3. Od 1998 znacznie wzrosła również liczba publikacji i artykułów prasowych dotyczących problematyki nadużywania praw autorskich i wszechwładzy prawników. Powstały organizacje takie jak Publicknowledge, które działają na rzecz ochrony tzw. domeny publicznej. Przyszłość wielu nowych technologii, jak np. TiVo, w dużej mierze zależy od zmian ustawodawstwa dotyczącego copyright.
Porażka Lessiga mogła zostać odebrana jako koniec mżonek na temat otwartego dobra wspólnego i sprowadzenie na ziemie idealistów. Jednak niekoniecznie. Siva Vaidhyanthan w artykule dla Salon.com przekonuje, że to dopiero początek. Autorka twierdzi, że rodzi się nowy ruch społeczny a sprzeciw przeciwko rozwiązaniom prawnym nabrzmiewa i musi wkrótce eksplodować. W podobnym duchu jest również oświadczenie prezydenta Publicknowledge wydane zaraz po roztrzygnięciu procesu. Przyjaciele i zwolennicy Lessiga ślą mu na blogu wyrazy wsparcia i zapewniają, że gra się dopiero zaczyna. Trzymam za nich kciuki.
15.01.2003: Google przed sądem
W październiku ubiegłego roku Bob Massa, właściciel firmy hostingowej Search King, wytoczył proces przeciwko Google o celowe obniżenie pozycji Search King w rankingu PageRank i tym samym spowodowanie strat finansowych firmy. Massa domagał się przywrócenia pozycji w rankingu i odszkodowania w wysokości 75,000$.
Do oceny adekwatności wyników wyszukiwania Google wykorzystuje ok. 100 algorytmów, z których najsłynniejszym i najlepiej znanym jest PageRank. Ocenia on ważność strony na podstawie liczby i wartości stron powiązanych z nią linkami. Każdy, kto zainstaluje sobie pasek narzędzi Googla może po wejściu na dowolną stronę zobaczyć jej ocenę w skali od 1 do 10. W praktyce wysoka pozycja w rankingu przekłada się na wzrost oglądalności strony i zapewne również na wpływy z potencjalnych reklam.
Wielu webmaserów szybko zorientowało się, że na PageRank można dobrze zarobić. Powstało wiele tzw. optymizerów podbijających sztucznie wyniki wyszukiwania i tym samym wprowadzających Google w błąd. W lipcu 2002 Bob Massa stworzył nową firmę PR Ad Word, która zarabia na sprzedarzy lików, ze stron, które mają wysoki współczynnik PG. Za składający się z 5 słów link ze strony o współcznynniku PR 5 trzeba zapłacić miesięcznie 29$, za link z pozycji PG7 już 199$ a PR8 kosztuje 299$. Jednak zdając sobie sprawę z możliwych nadużyć Google co miesiąc przetasowuje swój index i algorytmy, tym samym wprowadzając zamieszanie na rynku optymizerów, które muszą się na nowo dostosowywać do wyszukiwarki. Proces ten znany jako GoogleDance spowodował we wrześniu zmiany w rankingach SearchKing i powiązanych z nią stron. SearchKing spadł z pozycji PR8 do PR4 a PR Ad Word z PR2 do PR0. Ucierpiało również wiele witryn, które nie miały nic wspólnego z PR Ad Word, a które jedynie korzystały z usług hostingowych Massy. Klienci SearchKing rezygnowali z usług firmy.
Zaraz po wytoczeniu procesu na różnych forach dyskusyjnych roztoczyła się debata. Środowisko skupione wokól Slashdot'a wzięło w obronę Google, twierdząc, że Massa zachował się jak przestępca sądzący swoją ofiarę a Google ma prawo chronić swoje wyniki przed manipulacjami . Jednak odezwały się również głosy, które zwracają uwagę na niebezpieczeństwo dominacji Googla na rynku wyszukiwarek i jego władzy nad siecią (por. Wired Magazine 1.03). Danny Sullivan, szef serwisu SearchEngineWatch uważa, że Google w znaczącym stopniu przyczynił się do narodzin "szaleństwa linkowego" a ranking PageRank jedynie potęguje to zjawisko.
Na początku stycznia Google odrzucił zarzuty tłumacząc, że są one bezpodstawne i, co ciekawe, stwierdził również, że "Przypisywana stronie pozycja PageRank jest niczym innym jak opinią Google na temat ważności tej strony. Opinie i sądy są chronione przez Pierwszą Poprawkę". Do tej pory wydawało się, że PageRank to algorytm matematyczny. Jak donosi PCWorld Google jednak przyznał, że obniżył rankingi Search King, ponieważ firma "zaangażowała się w działalność, która miała na celu manipulację wynikami wyszukiwania i tym samym przyczyniała sie do obniżenia ich jakości". Mimo, że pod koniec roku przywrócono wcześniejsza pozycje Search King Massa nie zamierza wycofać się z walki. Twierdzi, że Google stosuje nieuczciwe metody próbując w taki sposób pozbyć się firm, które zarabiają na PageRank.
14.01.2003: touchgraph googlebrowser
Touchgraph wyprodukowało śmieszną aplikację o nazwie GoogleBrowser i zapewne wcale już nie śmiesznych zastosowaniach. GoogleBrowser bierze URL, sprawdza w indeksie stron Google'a jakie strony są z nim powiązane (tak jakby w zaawansowanym wyszukiwaniu użyć funkcji "podobne do") i wyświetla wyniki w postaci graficznej, jako siatkę połączonych stron, którą można rozbudowywać o kolejne powiązania, i kolejne, i kolejne, aż w końcu - zdaniem autorów całkiem szybko - będziemy mieć wykres wszystkich powiązanych ze sobą stron z indeksu Google'a.
Polska doczekała się swojego Ruchu na rzecz Wolnego Oprogramowania (RWO). Strona jest nieźle chaotyczna niestety, żadnych tłumaczeń legendarnego kanonu filozofii i adwokatury "open source", trudno się połapać co gdzie się znajduje, a tak naprawdę niewiele się chyba tam znajduje. Ale jest sporo zarejestrowanych użytkowników i jest zaangażowanie w takie projekty jak przekonanie premiera, by rząd przerzucił się na open source.
Z drugiej strony, gdy czytam w biuletynie "RWO trafik #10", że "Adam przybyła podzielił się swoją frustracją spowodowaną wypływaniem pieniędzy z Polski za ocean. Jak wyczytał, polski oddział Microsoft uzyskał wzrost przychodow o 27% do kwoty 500 milionow polskich zlotych. Oznacza to ze moznabyloby zatrudnic 10000 polskich programistow/adminow a nie musileiby tkwic na bezrobotnym" to robi mi się nieco dziwnie. Od dawna wiadomo, że ruchy społeczne to dosyć płynne stwory, właściwie niewiele więcej niż podzielane ideologie, na bazie których udaje się przez pewien czas prowadzić wspólne działania - i do takich tworów łatwo podczepić różnorakie poglądy, postawy i cele. Tak jak w przypadku ruchu antyglobalizacyjnego, pod którego cele momentami podpinają się skrajni narodowcy, bo istnieje wspólna płaszczyzna ochrony lokalności. W tym wypadku połączenie open source z ochroną polskich miejsc pracy jest dosyć absurdalne.
The Filter jest biuletynem wydawanym przez Berkman Center for Internet and Society na Uniwersytecie Harvarda. Jest to jedna z tych internetowych publikacji, których w tygodniu pojawia się kilka, a linki każdej z nich starczą na porządne popołudnie czytania.
Głównym newsem w grudniowym numerze, jest decyzja australijskiego Sądu Najwyższego, który uznał, że australijscy obywatele mogą wnosić przed australijskim sądem oskarżenia o zniesławienie wobec publikacji internetowych, uznając, że reputacja zostaje zszargana tam, gdzie szkodliwa treść została zdownloadowana. Po decyzji sądu pojawiła się seria komentarzy, których można się było spodziewać: że taka decyzja to niebezpieczny precedens, który może spowodować, że treści internetowe będą skutecznie cenzorowane na bazie lokalnego prawodawstwa. Bardziej zaskakujący jest komentarz Jonathana Zittraina z Centrum Berkmana, badającego cenzurę internetu w Chinach, który uważa, że postawienie sprawy w kategoriach globalny internet kontra lokalne prawodawstwo było typowe dla dyskusji, które miały miejsce w okolicach 1995. Obecnie, Internet już jest porozgradzany, środkami technicznymi i prawnymi - to użytkownicy pozostają nieświadomi faktycznej jego "kantonizacji". Zittrain stwierdza, że takie procesy mogą być nieuchronne i, co więcej, słuszne z perspektywy obcych reżimów i społeczeństw. Jego postawa nie jest dla mnie do końca jasna, ale na pewno umieszcza kwestię w kategoriach szerszej dyskusji o stosunku liberalizmu do innych, nie-liberalnych, kultur. Po raz kolejny staje się jasne, że szacunek dla lokalnej specyfiki i wolność słowa w skali globalnej nie mogą współistnieć. Zdaniem Zittraina rozwiązaniem będzie stworzenie możliwości, by internetowi nadawcy mogli wyrażać swoje preferencje co do dostępności treści - najpewniej za pomocą środków technicznych, czyli odpowiedniego Kodu.
W Filtrze poza tym dużo linków do badań chińskiej cenzury przez Zittraina i do projektu Creative Commons, który Centrum Berkmana współtworzy, linki do konferencji i artykułów na temat.
I zabawny przykład omijania cenzury w Ameryce(!). Ponieważ komputery w bibliotekach publicznych w USA mogą być szpiegowane przez FBI, a wprowadzona ustawa PATRIOT zabrania informowania użytkowników o tym fakcie, bibliotekarze wymyślili serię haseł, które nie łamiąc ustawy przekazują odpowiedni komunikat:
"P: Jak można poznać, że FBI jest obecne w twojej bibliotece?
O: Nie można."
12.01.2003: ludzie kontra telekomy
Clay Shirky rozesłał pierwszy w tym roku biuletyn w ramach swojej publikacji Networks, Economics and Culture, zawierający esej "Customer-owned Networks: ZapMail and the Telecommunications Industry". Esej opowiada o nieudanej próbie wprowadzenia przez FedEx, amerykańską firmę przesyłającą przesyłki ekspresowe, systemu faksów o nazwie ZapMail. Menadżerowie FedExu liczyli na to, że znacząco obniżą koszty własne (faksy zamiast listów przesyłanych samolotami), utrzymując stawki na podobnym poziomie. ZapMail okazał się plajtą, gdyż myślał o faksach jako o usłudze, a nie produkcie i nie zrozumiał, że klienci wolą kupić własny faks i jednokrotnie ponieść koszty niż płacić FedExowi za usługę.
Do czego zmierza Shirky? Jego zdaniem wraz z wprowadzeniem usług Voice over IP (VoIP), usługi telefoniczne oferowane przez telekomy staje się kolejnym ZapMailem. Podobnie z próbami tworzenia komercyjnych sieci bezprzewodowego Internetu WiFi - zdaniem Shirky'ego sieć WiFi powstanie, podobnie jak sieć faksów - nie dzięki jednej lub kilku ogromnym inwestycjom, lecz wielu indwydiualnym zakupom domowych anten WiFi. "Wielki wydatek opłacony w niewielkich porcjach, na krawędziach sieci".
Esej Shirky'ego jest pochwałą dla rozproszonych inwestycji, a przykład ZapMail ukazuje nieskuteczność w pewnych przypadkach komercyjnych, odgórnie tworzonych infrastruktury, jeśli alternatywą jest powstanie tego samego systemu za pomocą indywidualnych zakupów. Znów, nie wiem jak to ma się do Polski - w której na pocztach faksy są i mają się dosyć dobrze, WiFi się nie przyjmuje, a VoIP istnieje, ale tylko w zastosowaniach biznesowych. Odpowiedź leży zapewne w bogactwie narodu: firmy będą w Polsce zarabiać na inwestycjach, na które nie stać pojedynczych użytkowników. Shirky pisze, że korporacje nie doceniają "zdrowego rozsądku" klientów, przez co jego esej wpisuje się w retorykę: firmie nie udało się przechytrzyć trzeźwo stąpającego po ziemi społeczeństwa, które razem stworzyło, oddolnie, dobro wspólne - tylko zapomina właśnie o kwestiach ekonomicznych, które u Shirky'ego chowają się w kategorii "zdrowego rozsądku".
Jeszcze w sierpniu Doctorow opublikował w 0wnz0red, co ciekawe w dziale Tech & Business.
0wnz0red w slangu amerykańskich hakerów znaczy kontrolowany w negatywnym sensie: np. gdy ktoś włamał się do Twojego komputera i robi z nim co chce. Jest to historia młodego programisty, który przechodzi kryzys po śmierci na AIDS najlepszego przyjaciela. Któregoś dnia przyjaciel powraca "z umarłych". Okazuje się, że w ramach tajnego militarnego projektu uzyskał kontrolę, za pomocą komputera połączonego przez interfejs z własnym ciałem, nad systemami autonomicznymi swojego organizmu. Na kilkunastu stronach opowiadania Doctorow umieścił dyskusję porównującą rozważania Kartezjusza nad istnieniem z problemami rozpoznawania autentyczności hardware'u przez software, nawiązania do konfliktu Hollywood i sektora informatycznego o kwestię praw autorskich, pogoń wojskowych za bohaterami, itp. itd. Lekki cyberpunk w dzisiejszych niemal realiach.
Mnie podoba się wątek z doskonaleniem ciała poprzez oprogramowanie dosłownie wgrywane do organizmu. Nie jest to oczywiście nowy pomysł w literaturze SF, ale ujęcie Doctorowa pozwala skojarzyć ten pomysł z koncepcją Lawrence'a Lessiga kodu komputerowego jako regulatora życia społecznego na równi np. z ustawodawstwem, którą Lessig zawarł w książce "Code". Wizja kodu komputerowego zastępującego sen, gimnastykę, medytację, itp. jest dosyć przerażającą ekstrapolacją do sfery ludzkiego ciała wpływu, jaki już teraz kod ma na życie społeczne. W obu przypadkach to, co kod zastępuje, okazuje się zbędną formą, powolnym sposobem wprowadzenia zmian, które kod wprowadza natychmiastowo. Tak np. jest z kodem, który zastępuje skomplikowane, negocjowane, międzynarodowe prawodawstwo.
AcordionGuy twierdzi, że opowiadanie Doctorowa ocieka żargonem Silicon Valley i postanowił opublikować do niego przypisy (na razie tylko dla strony pierwszej i
drugiej) i na razie nie widać, by dalsze nadchodziły).
10.01.2003: W obronie Wi-Fi
Ten sam Cory Doctorow ostro rozprawia się z w wywiadzie dla InternetWeek z ostatnimi atakami na coraz popularniejsze za oceanem sieci bezprzewodowe Wi-Fi (od wireless fidelity). W zwiazku z szaleństwem na punkcie bezpieczeństwa w Stanach pojawiły się opinie, wygłaszane głównie przez Departament Bezpieczeństwa i firmy telekomunikacyjne, o zagrożeniach płynących z tytułu użytkowania Wi-Fi.
Groźne jest tworzenie otwartych punktów dostępu, które umożliwiają każdemu podłączenie się do sieci, z czego nieświadomi użytkownicy nie muszą sobie wcale zdawać sprawy. Dane płynące w otwartych sieciach mogą zostać przechwycone przez przestępców, którzy tym samym uzyskają dostęp do prywatynych komputerów. Sieci te mogą być przedmiotem ataków terrorystów, spamerów, hakerów a karą za ich działalność zostaną obciążeni dostawcy Internetu. Najbardziej jednak ustawodawców irytują praktyki tzw. "wardrivingu". Entuzjaści bezprzewodowego internetu objeżdżają okolice w celu namierzenia punktów dostępu. Kiedy je znajdą zostawiają dla innych znaki o obecności połączenia i jego parametrach (tzw. "warchalking"). Tym samym stają się złowrogimi hackerami.
Doctorow obśmiewa wszystkie te lęki, twierdząc, że płyną one przede wszystkim ze strachu firm telekomunikacyjnych przed nowym, potężnym narzędziem, które daje nowe wolności użytkownikom i przyczyni się do spadku zysków dla firm. Wi-Fi nie różni się pod wzgędem bezpieczeństwa danych do innych sieci. Podobnie, nie ma ryzyka, że włączając się do sieci ograniczamy możliwości innych użytkowników, ponieważ sieci te radzą sobie bardzo dobrze z dużym ruchem. Absurdalny jest też zarzut o obciążeniu dostawców potencjalnymi przestępstwami użytkowników skoro nie ma to miejsca w przypadku tradycyjnych sieci. Doctorow sądzi, że są prostsze metody poszukiwania anonimowej sieci (choćby kafejki internetowe czy biblioteki) niż bieganie z laptopem po osiedlu i próbowanie podłączenia się do Wi-Fi.
Firmy powinny raczej otwierać dostęp do bezprzewodowych sieci, niż go zamykać - jest to znacznie tańsze i przyczynia się do dobra społeczności, mówi Doctorow. Wi-Fi wydaje się być przyszłością sieci a obawy instytucji rządowych jedynie potwierdzają potencjał sieci bezprzewodowych i obawy przed osłabieniem pozycji dotychczasowych dostawców. Szkoda, że na razie w naszej części świata nie słychać o romantycznym warchalkingu i zagrożeniach z nim związanych...
Cory Doctorow, pisarz science fiction, współtwórca BoingBoing bloga, działacz EFF i ogólnie rzecz biorąc osoba, którą warto mieć na oku krążąc po Internecie, własnie opublikował swoją pierwszą książkę"Down and Out in the Magic Kingdom".
Przejdźmy do sedna, obok wydania papierowego, Doctorow rozprowadza swoją książkę przez Internet, za darmo, obłożoną jedynie licencją Creative Commons (nowego systemu licencjonowania który najwyraźniej nabiera pary i rumieńców). Wszyscy zainteresowani mogą ją ściągnąć w tym punkcie -> * <-. Z recenzji wynika, że jest to powieść science fiction, której akcja toczy się na terenie futurystycznego Disneylandu, w którym konflikty dotyczą kultury, a nie polityki. Znając Doctorowa, książka jest nie tylko opowieścią sci-fi, ale zawiera też pewnie solidną porcję przemyśleń na temat zjawisk dziejących się teraz.
Oczywiście fakt udostępnienia książki za darmo w Internecie jest ekscytujący nie tylko dlatego, że możemy ją za darmo przeczytać. Dzieje się coś ciekawego, jeśli debiutujący pisarz decyduje się równolegle z wydaniem książkowym rozdawać swoje dzieło za darmo. Jednym z motywów jest zaangażowanie Doctorowa w tworzenie wszelkich form dóbr wspólnych w Internecie, w co akcja z książką jak najbardziej się wpisuje. Ale myślę, że Doctorow musiał też uwzględnić czynnik ekonomiczny i najwyraźniej jest pewien, że wystarczająco wiele ludzi i tak książkę kupi. Bo jednak przedmioty, papier, kolorowe okładki, mają swoją wartość.
I ten fakt jest papierkiem lakmusowym, który pokazuje bogactwo USA i jej mieszkańców: ludzie kupują rzeczy, które są za darmo. Nabywcy książki zapłacą za jakość odbioru przekazu Doctorowa - na odwrót niż w przypadku MP3, gdzie muzyka za darmo kusi wystarczająco, by zignorować gorszą jakość. Tymczasem darmowy PDF ma 67 stron, więc da się wydrukować na mieście za ok. 10zł. Miłej lektury.
8.01.2003: 2002 wedlug Google
Na początku nowego roku Yahoo!, Lycos i Google opublikowały podsumowania (Yahoo!, Lycos) za minione 12 miesięcy. Najciekawsze wydają się statystyki Googla, zatytułowane wdzięcznie „Google Zeitgeist”, czyli duch czasów według Googla. Nazwa ta jest o tyle uprawniona, że Google jako największa obecnie wyszukiwarka internetowa, przeanalizował ponad 55 miliardów zapytań. Są to dane, które mogą powiedzieć już coś znaczącego o trendach w tym kluczowym wycinku internetowej aktywności, jakim jest przeszukiwanie zasobów Sieci.
Google sprytnie unika podawania generalnych statystyk najpopularniejszych zapytań, a w zamian prezentuje listy haseł rozbitych na poszczególne kategorie. W ten sposób nie dowiemy się ile razy w ciągu zeszłego roku wstukano w wyszukiwarce sex, chociaż powszechnie wiadomo, ze słowo to znałazloby się na pierwszym miejscu (por. Wired). Taki manewr ze strony Googla wydaje się zrozumiały, może jednak zirytować każdego, komu zależy na dotarciu do prawdziwego obrazu zainteresowan internautów. W zamian mamy ciekawostki, takie jak rozwój szaleństwa wokól Las Ketchup w różnych krajach czy porównanie popularności gwiazd showbiznesu .
Google przedstawia listy najpopularniejszych kobiet, mężczyzn, muzyków, sportowcow, technologii czy marek. Ogólny trend jest bardzo wyraźny – dominuje popkultura: wśród kobiet - aktorki i piosenkarki, wśród mężczyzn - muzycy, gwiazdy kina i sportowcy, brak polityków czy myślicieli. Na liście 10 najpopularniejszych wydarzeń puchar w piłce nożnej wyprzedził zapytania o Irak, snajpera, powódź w Niemczech czy upadek Worldcom'u. Można zadać sobie pytanie, czy nie poszukujemy informacji o wydarzeniach politycznych dlatego, że dysponujemy lepszą wiedza na ich temat lub wiemy gdzie szukać o nich informacji (np. telewizja czy prasa) czy po prostu nie jesteśmy nimi zainteresowani?
Ważnych informacji dostarcza przeprowadzone przez Googla porównanie 20 coraz częściej wpisywanych haseł z zapytaniami tracącymi popularność. I tu również dominuje kultura popularna - idole muzyczni i sportowi. Na szczycie znaleźli się Spiderman, Shakira, olimpiada zimowa. Coraz rzadziej internauci pytają o Nostradamusa, WTC, wąglika czy Osamę Bin Ladena. Bardzo ciekawe jest porównanie takich samych danych z zeszlego roku - w pierwszej dwudziestce 2001 znalazły się przede wszystkim zapytania polityczne i patriotyczne. Numer 1 to Nostradamus, zaraz po nim CNN i WTC. Wysoko w rankingu znalazły się również wąglik, Bin Laden, Talibowie, Afganistan, American Airlines czy amerykańska flaga. Dwaj najpopularniejsi mężczyzni 2001 roku to Nostradamus i Bin Laden, podczas gdy w 2002 byli nimi Eminem i Brad Pitt.
Wygląda na to, ze zeszly rok mógł być swoistym odreagowaniem po napiętych miesiącach jesieni 2001. Polityka schodzi na plan dalszy, ustepując miejsca rozrywce. Wybrane przez Googla najpopularniejsze zapytania miesiac po miesiacu rysuja wyjatkowa wizje minionego roku, który rozpoczał się wprowadzeniem Euro we wspólnocie europejskiej i Igrzyskami Olimpijskimi. Wiosną świat Googla żyl Oskarami i emocjonującymi wyborami prezydenckimi we Francji oraz zabójstwem Pim'a Fortuyna w Holandii. Lato zdominowaly wydarzenia sportowe - World Cup i Tour de France. W sierpniu internauci poszukiwali informacji o powodzi w Niemczech. Jesienią wspominaliśmy 11 września 2001 i śledziliśmy snajpera w Waszyngtonie. Sezon zimowy to przede wszystkim święta - Thanks Giving i Boze Narodzenie...
7.01.2003: kolejna potyczka wojny linux vs. windows
Rachel Greene posłała na nettime tekst wzięty chyba z Reutera pt. "Mystery Man Revealed in Microsoft Xbox Hack Console". Okazuje się, że Michael Robinson, właściciel firmy Lindows.com, jednej z wielu starających się wypromować system operacyjny Linux jako alternatywę dla WIndows, jest osobą, która w zeszłym kroku ogłosiła nagrodę $200.000 dla osoby, która zhakuje konsolę do gier Xbox firmy Microsoft tak, żeby chodziła pod Linuxem.
Sama historia należy raczej do tych ciekawych niż istotnych, ale w dwóch miejsach rzuca trochę przydatnego światła na kwestię stosunków między Windows i Linuxem. Po pierwsze, opisana przy okazji artykułu batalia zwolenników Linuxa o uratowanie komputerów na świecie przed całkowitą dominacją Windows, z polskiej perspektywy wygląda nieco absurdalnie. Dlaczego? Bo mamy piracki rynek oprogramowania i 53 procent programów jest pirackie według źródeł oficjalnych. W tej sytuacji zainstalowanie Linuxa trudno uznać za batalię z Windowsem, gdyż zamiana systemu, dla wielu z nas zapewne bolesna, byłaby posunięciem czysto symbolicznym, może dyktowanym jakąś niszową, geekową modą - ale pozbawiona zupełnie ekonomicznego aspektu. Zachód ma open source, my mamy piractwo jako jeszcze inny sposób walki z megakorporacjami.
Po drugie, okazuje się, że po ogłoszeniu tożsamości anonimowego fundatora na SourceForge, serwisie środowiska open source, obok głosów popierających działania Robinsona są i takie, które widzą w tym nie do końca udaną akcję medialną. I tak to już jest z open source, że w momencie, gdy open source promują też firmy, nie da się oddzielić wewnątrz ruchu komercyjnej działalności od społecznego zaangażowania. Jeśli programy open source promuje / sprzedaje firma, to trudno oczekiwać, by jej właściciele nie mieli snów o potędze. Zastanawiam się, czy można zdominować Internet przez standard open source i czy taka dominacja może być szkodliwa, skoro kod na zawsze pozostanie wolny i otwarty?
6.01.2003: Guardian radzi jak przetrwać 2003
Guardian Online opublikował listę pt. "Survival Guide 2003": 25 obiecujących technologii i pomysłów na rok 2003.
Autorzy podkreślają, że w zeszłym roku najciekawsze nowinki pochodziły od jednostek i niewielkich społeczności, działających z dala od korporacyjnych projektów i nierzadko dzięki upadkowi tych pierwszych, co dało twórczym jednostkom, pozbawionym pracy, czas na zrobienie czegoś ciegawego.
Bardzo dużo miejsca zajmują rzeczy związane z blogami, sporo z Googlem, przewija się kwestia tzw. "społecznego oprogramowania" (social software), wspierającego interakcje społeczne.
Na naszym podwórku polskiego Internetu ważne są dwa pytania: które z tych nowinek zaistnieją i u nas oraz ile nowych słów trzeba będzie wprowadzić do języka: guglować?
Na nettime pojawiło się Wireless Commons Manifesto, którego autorzy deklarują istnienie dobra wspólnego, jakim jest globalna sieć bezprzewodowego Internetu. Manifesto jest oczywiście na miarę innych wielkich internetowych manifestów. Jest więc mowa o niszczeniu wszelkich barier komercyjnych, technicznych społecznych i politycznych. Jest też mowa o przełamywaniu jednej z ostatnich wyrw w uniwersalnej komunikacji, bez pomocy pośredników.
Bezprzewodowy internet, WiFi, staje się w Ameryce kolejnym krokiem rozwoju sieci. W Pradze czeskiej też istnieje, choć niewielka, niezależna sieć WiFi. W Polsce jakoś o tym nie słychać, należałoby sprawdzić, czy ktoś gdzieś potajemnie w bezprzewodowości, bez rozgłosu, grzebie.
Manifesto zawiera też cenny pokarm dla refleksji nad społeczną stroną Internetu: "Ludzkość jest na skraju punktu zwrotnego, ponieważ Internet zmienił sposób, w jaki odnosimy się do siebie. Wszelka komunikacja ma swoje źródło w ludzkich relacjach, niezależnie czy to kochankowie wysyłają sobie wiadomości, czy też nastolatki wymieniają się muzyką".
A na koniec manifesto trafia w sedno internetowego zaanagażowania: bycie częścią wspólnego dobra znaczy więcej, niż bycie konsumerem. Podział na działających i wchłaniających, najbardiej widoczny w sferze informatycznych umiejętności, jest podziałem kluczowym. Internet osoby zaangażowanej i Internet biernego konsumenta to dwa różne światy.
4.01.2003: 20 lat Internetu
15 grudnia Bob Braden wysłał na listę dyskusyjną IETF wiadomość, w której stwierdził, że 1 stycznia 2003 minęła najbardziej logiczna z możliwych dat 20 rocznicy istnienia Internetu. 20 lat temu, 1 stycznia 1983, 213 komputerów wchodzących w skład sieci ARPANET zaczęło używać protokołu TCP/IP do porozumiewania się między sobą. Z technicznego punktu widzenia, zasięg oddziaływania TCP/IP wyznacza granice Internetu. Sam protokół powstał 10 lat wcześniej, w 1973 roku i jest obecnie trzydziestolatkiem. Jest też uzasadnieniem, na poziomie technologii, zarówno sukcesu Internetu, jak i wszelkiej retoryki opisującej Internet jako medium powszechnie dostępne, demokratyczne i demokratyzujące.
Więcej na temat przejścia sieci ARPANET na protokół TCP/IP można przeczytać w artykule Rondy Hauben pt. "From the ARPANET to the Internet". W tekście znalazłem ciekawy cytat z pisma ComputerWorld z 1981 roku: "Uznana za pierwszą na świecie sieć pakietową, Arpanet zgodnie z planami stanie się internetem - siecią sieci (network of networks) - stwierdziło dobrze poinformowane źródło, które wyjawiło datę zmiany protokołu". Wygląda na to, że sieć Arpanet stała się internetem, który potem został nazwany Internetem, nazwa opisowa stała się imieniem, marką, symbolem nowej medialnej jakości. Zmiana ta nastąpiła w pół roku po przejściu sieci ARPANET na protokół TCP/IP, kiedy ARPANET została podzielona na ARPANET i MILNET, dwie sieci połączone routerami internetowymi, które razem tworzyły Internet, sieć łączącą sieci, po polsku międzysieć?
Szereg tekstów na temat rocznicy Internetu wypluwa, gdy zapytany, Google News.
Prawdziwi miłośnicy zagadnienia mogą przeczytać historyczny dokument, RFC801 Jona Postela, dotyczące przejścia z protokołu NCP do TCP.
1.01.2003: Internet vs. internet
NY Times opublikował artykuł o Prof. Josephie Turow, który rozpoczyna swego rodzaju lingwistyczną krucjatę, konsekwentnie pisząc Internet przez małe i w swojej najnowszej książce.
Zdaniem Turowa, nazwa Internet sugeruje, że mamy do czynienia z marką produktu. Tymczasem internet to medium powszechne, część życia każdego z nas, wspólne niczym woda i powietrze.
Projekt zyskał najwyraźnie poparcie Association of Internet Researchers (AOIR), której prezydent Steve Jones uważa, że pora mówić o internecie tak samo jak o telewizji czy telefonie. Lingwistyczna batalia i argumetnacja prof. Turowa dobrze wpisują się w retorykę walki o swobodę dostępu do informacji, prowadzoną ostatnio w ramach kampanii Creative Commons. Niemniej trudno oprzeć się wrażeniu, że front lingwistyczny jest jednym z mniej istotnych w tym konflikcie. Robert Kahn, jeden z twórców Internetu, stwierdził, że ważne jest, by nazwa Internet należała do wszystkich i nie była zastrzeżona, a sprawa jej pisowni jest rzeczą drugorzędną. Kahn przez lata walczył z firmą EFS Concord, posiadającą prawa do znaku towarowego Internet, uzyskując wreszcie zgodę firmy na swobodne stosowanie nazwy.
Używanie nazwy Internet wiąże się jednak z bardziej złożonymi kwestiami niż niuanse pisowni. Internet to nie to samo co telewizor czy telefon, nazwy medium, ale także aparatów pozwalających z medium korzystać. Nie mówi się o Telefonie i Telewizji, a tymczasem istnieje jeden Internet, sieć która jest całością dzięki spajającemu ją protokołowi TCP IP. Z tego właśnie Internetu wszyscy korzystamy. Patrząc z tej perspektywy, istnieje także Telefon, miał go na myśli Bruce Sterling pisząc, że wczesną wersją cyberprzestrzeni była ta przestrzeń, w której odbywa się rozmowa telefoniczna.
Może więc możemy mówić zarówno o Internecie, jak i internecie, lub nawet internetach. Równolegle do jednego medium, wielkiej wspólnej pajęczyny telekomunikacyjnej, istnieją przecież prywatne przestrzenie mentalne, internety każdego z nas, użytkowników Internetu, na które składa się m.in. przestrzeń, po której dany użytkownik się porusza (jakże inna od całości Internetu) oraz sposoby postrzegania przez niego charakterystyk tego medium (często innych od asbtrakcyjnych cech medium lub założeń wynikających z cech soft- i hard-ware'u.
W każdym razie, pisanie "internet" z małej litery jest na pewno metodą na oryginalność.



CZARNY LUD


