lista i sieć: rozproszenie i mutacja
To jeden z dłuższych wpisów jaki dotychczas znalazł się na terminalu, próbujący zrozumieć, co afera z listą znaczy dla polskiego internetu i czy przypadkiem nie jest to wydarzenie przełomowe
Afera z wyciekiem materiałów z IPNu jest ciekawa z punktu widzenia internetyki. Mówiąc ogólnie, internet odgrywa w niej bardzo ważną rolę. A szczegółowo rzecz opisując, technologia okazała się kluczowym aktorem już na samym początku – gdy Wildstein uwikłał w sprawę swojego pendrive’a. Z czasem dołączyły czasem wszystkie możliwe internetowe narzędzia – śladów całej sprawy można szukać w przeglądarkach i na forach internetowych, stronach www i serwisach p2p (łącznie z Bit Torrentem), zapewne – choć brak na to publicznie widocznych śladów – komunikatorach, poczcie elektronicznej, nawet Usenecie: jednym słowem, w całym polskim Internecie.
Kto wie, może mamy do czynienia z wydarzeniem dla polskiego internetu przełomowym – mówię to, choć jest to stwierdzenie łatwo okazujące się wypowiedzią na wyrost. I nie dlatego, że coś się w polskim internecie koniecznie zmieni, choć jest duża szansa, że wielu z nas pojmie na nowo, co umożliwia i co powoduje Internet; możliwe też, że zmieni się państwowa polityka ochrony informacji. Przełomowe są nie tyle skutki co samo, trwające właśnie, wydarzenie – bez internetu afera z listą miałaby zupełnie inny kształt.
W sieci pojawiły się pierwsze komentarze nt. Internetowego aspektu sprawy.
Vagla (serwis, który niestety ciągle nie umieszcza permalinków przy wpisach) umieścił 1 lutego wpis “Lista IPN w Sieci”, w którym pisze, że wydarzenie to “pokazuje z pełną mocą” takie cechy internetu jak interakcyjność, transgraniczność, rozproszenie źródeł informacji i – co może najważniejsze – problem wiarygodności informacji w Internecie. Nie zgodziłbym się tylko ze stwierdzeniem, że skoro “nawet w tak nagłośnionej medialnie sprawie niewiele mogą zrobić instytucje mające zapobiegać naruszeniom prawa”, to “w sprawach znacznie mniejszej wagi (bo dotyczących pomówionego czy zniesławionego w artykule opublikowanym w podrzędnym serwisie internetowym Iksińskiego) nie zrobi się dosłownie nic”. Nie zgadzam się dlatego, że nie sądzę, żeby problemem była, jak to sugeruje Vagla, niewydolność aparatu prawnego, niezdolnego interweniować nawet w przypadku największych afer. Myślę, że na rzeczy jest nieprzystawalność prawa lub wręcz całego systemu egzekwowania państwowej władzy do internetu w jego obecnej postaci. Rozproszenie informacji utrudnia skrajnie kontrolę nad nią (choć nie uniemożliwia, czego dowodzą skuteczne walki wielkich korporacji medialnych z tłumami próbującymi wykorzystać bez zgody treści, do których trzymają prawa autorskie). To oznacza, że z drobnymi sprawami prawo radzi sobie łatwiej, gdyż ze względu na ich skalę nie posiadają wymienionych przez Vaglę cech, które czynią egzekwowanie prawa tak trudnym w przypadku Internetu: rzadko kiedy zostają rozproszone np. na wielu serwerach, także poza granicami kraju. Jednym słowem kłopotem w tym przypadku nie jest aparat prawny. Nie jest też nim Wildstein, lecz mutująca lista nazwisk z którą tysiące, może nawet miliony ludzi mogą wchodzić w bezpośrednią interakcję. Brak pośredników oznacza brak kontroli, co gorsza nie zapewnia w zamian jakiejkolwiek przejrzystości lub wiarygodności, jak chciałoby wielu ideologów “demokratyzacji mediów”.
Tebe stara się śledzić oznaki niesamowicie szybkiego wzrostu popularności tematu we wpisie Lista Wildsteina no 1, wksazując na tekst z serwisu gazeta.pl, według którego związane ze sprawą zapytania są obecnie najpopularniejsze (bijąc dotychczasowych rekordzistów: “Miriam” i “seks filmy”, gdyby ktoś miał wątpliwości, czym polski internet żyje).
Sprawa Wildsteina fascynuje mnie, bo zahacza o masę aktualnych spraw związanych z Internetem. W komentarzu do wpisu Tebe (który wyraża opinie inne niż pracodawca, zaznaczając to we wpisie) makowski argumentuje, że przypadek Tebe przypomina podobne historie blogujących pracowników, którzy w takich sytuacjach często pracę tracili (BoingBoing zdaje się zebrał kiedyś razem listę takich przypadków, jest ona całkiem spora – a to dlatego, że spięcia na linii blogujący pracownik – pracodawca są oznakami ogólniejszego spięcia pomiędzy tradycyjnymi formami komunikacji (nie tylko medialnej, ale także np. biznesowej, poprzez tradycyjne kanały marketingu i PR) a oddolną komunikacją, np. poprzez blogi, która skutecznie rozbija strategie uprzedniej.
W tych samych komentarzach pajeczaki zauważają, ze to temat na pracę magisterską i trafiają tutaj w sedno: w prawie każdym wpisie, którym znalazłem na ten temat można odnaleźć nutkę przeczucia, że dzieje się internetowe wydarzenie na wielką skalę – brak tylko informacji, sposobów zmierzenia skali i natężenia zjawisk. Nic się prawdopodobnie nie da z tym zrobić, bo zostaną wprawdzie strony WWW jako materiał badawczy, przepadną jednak – albo nie dotrzemy do nich – emaile i rozmowy w komunikatorach, dane o natężeniu wymiany w sieciach p2p – jednym słowem efemeryczny element internetowego życia, który jest niebagatelnie liczny jak na technologię, o której często myśli się (choć jednocześnie o tym zapomina), że nic w niej się nie gubi. W najlepszym wypadku serwis typu stat.pl ujawni nagły skok odwiedzin na przestrzeni całego internetu, który miał miejsce w ostatnich dniach.
Szczur biurowy wprowadził do kodu swojej strony zwrot “lista agentów”, ściągając tym samym całkiem spory ruch z wyszukiwarek (choć zaobserwowane przez niego 14000 odwiedzin to nic w porównaniu z milionami, które podobno zatkały serwer, na którym lista pojawiła się po raz pierwszy, daleko też do skali przeciętnego Slashdottingu). (Na marginesie, paranaukowy eksperyment Szczura ji wnioski, które wyciąga, nie są poprawne – ściągając na swoją stronę zapytania o zwrot “lista agentów” nie dowiódł nijak, że w ten sposób najczęściej użytkownicy zapytują wyszukiwarki o tę sprawę). Co ciekawe, podobnie jak Szczur uczyniły też niektóre komercyjne serwisy, próbując w ten sposób podbić swoją pozycję. Niby nic nowego, ale dowodzi na ile różnych sposobów można wykorzystać coś takiego jak lista nazwisk.Kto by pomyślał, że zawirowania polityczne mają jakikolwiek związek z powodzeniem serwisu sprzedającego dzwonki do komórek?
Ciekaw jestem na ile sprawa listy wpłynie na rozumienie Internetu w Polsce, może przeskoczą nam w głowach jakieś zapadki – piszę to w kontekście niedawnego wpisu Justyny, która pisała o tym, jak w tyle jest nasze powszechne, jako społeczeństwa, rozumienie internetowych spraw. Pamiętam, że słysząc po raz pierwszy o aferze z listą dowiedziałem się, że Wildstein listę wydrukował i wyobraziłem sobie drukarkę, która jazgotliwie wypluwa kolejne kartki, albo też laserowo je wypala, wypełniając salkę w IPN charakterystycznym smrodem. Okazuje się, że Wildstein wrzucił listę po prostu na pendrive, co trwało sekundę i było procesem cichym i bezwonnym. Pozornie nic? Dla mnie oznacza to, że na poziomie technologicznym afera rozpoczęła mała medialna rewolucja. Od dzisiaj pendrive’y nie będą już się tylko kojarzyły z typowym dla geeków gadżeciarstwem.
Kolejną kluczową sprawą jest oczywiście krążenie listy po internecie, w wielu różniących się wersjach, można się było tego spodziewać. Opublikowanie przez IPN listy “oficjalnej” jest rozwiązaniem oczywistym. Fakt, że byłby to przykład całkowitego wymuszenia tego posunięcia na władzy przez, nazwijmy to umownie, “Internet”. Co więcej, niekoniecznie coś to zmieni, jeśli chodzi o przejrzystość i wiarygodność informacji. Tu dopiero jest pole do ciekawego badania, które na razie możemy przeprowadzić w naszej wyobraźni: czy jest oczywiste, że mając wybór między źródłem “wiarygodnym” i masą niejasnych źródeł online, ludzie wybiorą to pierwsze. Być może IPN okazałby się jednym z wielu równoważnych źródeł informacji.
Przypomina mi się powieść “Singularity Sky” Charliego Strossa, w której na zacofanej planecie o nieco centralnie sterowanym reżimie pojawia się obca cywilizacja i daje mieszkańcom dostęp do maszyny tworzącej dowolne technologie w dowolnych ilościach, jednym słowem dostęp do obfitości. Skutkiem jest chaos, powszechne wynaturzenie mieszkańców, którzy na gwałt ulepszają cybernetycznie swoje ciała i umysły oraz wypuszczenie na wolność egzemplarzy zmutowanej, rozszalałej technologii, która krąży po powierzchni planety. Myślę, że możemy to porównać do obecnej sytuacji w Polsce: Internet jest maszyną dającą obfitość, a lista nazwisk informacją, której wielu pragnęło, a której obfitość chyba nas wszystkich przerosła. Bruno Latour, który wierzy, że technologie są równie ważnymi aktorami, jak ludzie, powiedziałby, że polską rzeczywistość polityczną i dyskusję publiczną kształtuje obecnie ta lista – a nie Wildstein, politycy, dziennikarze, telewizja i gazety, IPN, czy jakikolwiek inny aktor.
Moment wydaje mi się fascynujący, bo mamy do czynienia z rzadką sytuacją, w której 1. jedno wydarzenie niemal kompletnie dominuje sferę publiczną 2. informacja wymknęła się całkowicie spoza kontroli. I błędem byłoby próbować to tłumaczyć wyłącznie tym, że to “tłum” dorwał się do listy i robi z nią co chce, nieprzewidywalnie – bo jest tłumem. Zdolność mutowania i nieprzejrzystość źródeł jest bowiem cechą nie tłumu, lecz medium, w którym lista się rozprzestrzenia. Istnieje wiele przypadków wycieku kluczowych materiałów do Internetu. Przykładowo, w światku FLOSS znaczącą rolę odegrało opublikowanie w internecie w 1998 Halloween documents, tajnych materiałów Microsoftu zarysowujących strategię walki z rosnącym w siłę Linuksem. Różnica polega na tym, że w żadnym znanym mi przypadku treść materiałów nie mutowała – stanowiła solidne źródło informacji, rzucające nowe światło na sprawę. Innymi słowy sprawcy wycieku zachowali kontrolę nad wyciekającą treścią. W tym wypadku raczej tak nie będzie.
Można wreszcie działania Wildsteina próbować ulokować w ramach toczącej się dyskusji o oddolnych mediach, jak to próbuje robić Dan Gilmore, który odszedł (z własnej woli) z tradycyjnej gazety, żeby wcielić w życie wizję “obywatelskiego medium”. W pewnym sensie mamy w Polsce do czynienia z podobną historią – wobec powszechnego w pewnych kręgach niezadowolenia ze sposobu, w jaki sprawą zajmują się tradycyjne media i władza, dziennikarz odwołał się do radykalnej alternatywy, jaką dziś stanowi Internet. Oczywiście, z tego co rozumiem, formalnie rzecz biorąc nikt nie wie, jak lista trafiła do Internetu. Co ciekawe, szukając w internecie śladów zainteresowania internetowym aspektem sprawy natrafiłem na tekst z Internet Standard pod tytułem Nocny stróż wolności, dotyczący informacyjnej rewolucji, a zaczynający się cytatem wziętym ze zbioru wywiadów opublikowanego kilka lat temu przez Wildsteina (niestety nie wiadomo, z kogo to cytat): “Jednym z fundamentów komunizmu był absolutny monopol informacji i komunikacji. Współcześnie nie jest to możliwe, gdyż instrumenty informacji i komunikacji są nadmiernie rozproszone”. Jesteśmy właśnie świadkami kolejnego takiego rozproszenia.
moim zdaniem – u nas – dosc "przelomowe".
1.
w niewielkich kategoriach - jestesmy tuz przed "gazetami internetowymi" (szczegolnie w Polsce, gdzie big media sa z lekka "niedorozwiniete".
rzecz rozbija sie "tylko" o pieniadze - taka "gazeta" nie ma (na razie) z czego zyc. a tez i jeszcze "nie ufa" reklamodawcom - bojac sie - i raczej slusznie - o swoja wolnosc.
o wolnosc slowa mowiac banalnie.
a cala siec (= wszystkie blogi itp.) sa zbyt obszerne, portale zbyt polit-poprawne itd.
2.
w dalszych - prowadzenie polityki via siec;
wybory (?) via siec
propaganda przed nimi...
wreszcie partie polityczne w sieci - w koncu kto powiedzial, ze musimy chodzic na zebrania partyjne... a czym sa fora blogowe?
struktury poziome spoleczenstwa... niezaleznie od miejsca zamieszkania... itd.
i to jest wariant optymistyczny.
wariant pesymistyczny tez jest latwy do wymyslenia.
ach, jeszcze jedno:
zabawne, ze pierwsze negatywne konsekwencje tej sprawy (zla opinia w blogach itp.)
dotknely Gazete Wyb. --- która zdaje sie dosc "wierzy" w blogi i w ich przyszlosc. i inwestuje w nie (chyba jednak) sporo.
"jednym słowem, w całym polskim Internecie"
Nie tylko polskim, o całej sprawie dowiedziałem się właśnie z Boing Boing (http://www.boingboing.net/2005/02/05/list_of_polish_commu.html) dzięki ich rss.
Podał|a: Krzysztof 6 lutego 2005 2:04No ja przepraszam, za brak permlinków. Jak wiadomo - szewc bez butów chodzi. Co do skali - miałem na myśli to, że nawet w przypadku szarego Iksińskiego - materiał prasowy (czy jeszcze będzie to materiał prasowy? chyba raczej "informacja") opublikowany na stronie (nawet podrzędnej i mało oglądanej) może się zmultiplikować w przeróżnych archiwach takich jak www.archive.org czy tych, które generowane są przez przeszukiwarki, etc... Mogą być również cytowane, w tym - cytowane w Usenecie - i to powoduje, że nie da się zastosować tradycyjnych metod prawa cywilnego zmierzających do usunięcia skutków naruszenia prawa (w przypadku o którym piszę - mam na myśli naruszenie dóbr osobistych). Oczywiście dostrzegam problem skali, oraz to, że w przypadku Iksińskiego i podrzędnego serwisu internetowego będzie łatwiej reagować.
Podał|a: VaGla 8 lutego 2005 16:18Tematem na ktorym Pan sie troche przeslizgna jest sama mozliwosc opublikowania 200 tys. nazwisk. W przeszlosci wymagaloby to wydrukowania sporej ksiazki i byloby bardzo klopotliwe w rozpowszechnianiu. W internecie (i na pen drive) 200 tys. nazwisk to jest nic. Ilosc przechodzi w jakosc - bez nowych technologii afery by nie bylo.




CZARNY LUD


