gadżety
W 1998 roku Netscape wyraźnie tracił udziały w rynku przeglądarek internetowych na rzecz Internet Explorera. Problem w gruncie rzeczy polegał na tym, że Explorer był za darmo dołączany do wszechobecnego systemu Windows i niewiele osób widziało powód, żeby potem instalować inną przeglądarkę. Netscape postanowił uczynić kod źródłowy własnej przeglądarki wolno dostępnym, w oparciu o licencję open source. Management firmy zakładał, w oparciu o wcześniejsze projekty open source, że praca nad nową wersją przeglądarki, wykonywana w modelu open source, przyciągnie rzeszę zewnętrznych programistów, dzięki którym powstanie przeglądarka dużo lepsza niż Explorer (na marginesie trzeba dodać, że z góry założono, że przeglądarkę da się udoskonalić, w dużej mierze poprzez ładowanie w nią masy informatycznych gadżetów).
Netscape wykonał ruch przełomowy, po raz pierwszy oprogramowanie o zastrzeżonych prawach autorskich stało się nagle open source. Jak się po tym okazało, przełomowe posunięcie nie przyniosło rewolucyjnych skutków, gdyż przeglądarka Mozilla jest rzeczywiście lepsza od Explorera, ale nie jest w stanie osiągnąć solidnej pozycji na rynku - w Polsce, na przykład, używa jej mniej niż 1% internautów.
Niemniej początkowo wszyscy uwierzyli, że model open source może spowodować gwałtowny przyrost kreatywności i innowacji. Komentatorka pisma Wired, w tekście Netscape: Bring on the Frankenbrowsers (Netscape: dawajcie nam Frankenprzeglądarki) powoływała się na spekulacje, zdaniem których "przeglądarki mogłyby niedługo być montowane na poczekaniu, zgodnie z potrzebami indywidualnych użytkowników".
Indywidualizm jest dziś bardzo na czasie, więc możliwość mikro-projektowania, dostrojonego do gustów już nie segmentu rynkowego lub rynkowej niszy, ale pojedynczego użytkownika, była wizją porywającą.
Oraz nierealną, w chwili obecnej. Mozilla rzeczywiście daje się intensywnie modyfikować, ale jest to praca wymagająca żmudnej dłubaniny w przeglądarce i studiowania niezbyt ciekawych, dla przeciętnych użytkowników, stron.
Jednym słowem, wpływ na design pozostaje nadal przywilejem dostępnym jedynie elicie, a my od wizji Frankenprzeglądarek powracamy do mitu doktora Frankensteina, samotnego naukowca działającego poza zasięgiem społecznej kontroli.
Edwin Bendyk w "Zatrutej Studnii" wspomina, że "doktor Craig Venter, szef niezależnego programu poznania genomu ludzkiego, do analiz wykorzystywał... własne DNA."
New York Times z 30 października, w tekście "Ideas Unlimited, Built to Order" (Nieograniczone pomysły, budowane na zamówienie"), poprosił "jedenaście ważnych mężczyzn i kobiet, w tym kilku technologists*" aby zaproponowali technologię lub gadget, który należałoby wymyślić.
Tekst został okraszony smakowitą anegdotą: typowy CD mieści 74 minuty nagrania dlatego, że we wczesnych latach 80-ych Norio Ohga, ówczesny prezydent firmy Sony i klasycznie kształcony śpiewak, zażądał, aby nowa technologia nagrań była w stanie odtworzyć w całości 9-tą Symfonię Beethovena.
Wśród 11 osób rysuje się wyraźne zapotrzebowanie na technologię, która zjednoczy wszystkie dotychczasowe gadżety w jedno wygodne narzędzie z intuicyjnym, przyjaznym intefejsem. Powtarzają się narzekania typu "wierzę, że gadżety samoczynnie powielają się do momentu, gdy moje życie staje się morzem błyskotek i badziewiów [...] noszę ze sobą dwa telefony, P.D.A, laptopa i szwajcarski scyzoryk" (John Perry Barlow) albo "podróżuję z laptopem, BlackBerry i dwoma komórkami [...] mamy te wszystkie rzeczy, chciałabym je połączyć w jedno" (Patricia F. Russo, Lucent Technologies). Więc jednak potrzeba nam Franken-narzędzia: ręka wzięta z telefonu, klatka piersiowa z laptopa, i głowa mówiąca głosem ulubionej gwiazdy szklanego ekranu.
Podał|a: Alek Tarkowski, 3.11.03 |



CZARNY LUD


