komórki: smoczki i pępowiny
Hans Geser, w "Przyczynku do socjologicznej teorii telefonu komórkowego" (Towards a Sociological Theory of the Mobile Phone) przedstawia długą i złożoną analizę wpływu telefonu komórkowego na kilku poziomach życia społecznego: jednostkowym, interakcji międzyludzkich, spotkań twarzą w twarz, grup i organizacji oraz na makro-poziomie społeczeństw. Jest tego bardzo dużo.
W częsci pierwszej znajdują się ciekawe uwagi rzucające światło na gibsonowskiego cyborga. Geser pokazuje, że znaczenie komórki jest sprzeczne. Z jednej strony ma działanie emancypujące, bo "uwalnia od bezpośredniego otoczenia społecznego, dając możliwość spełnienia wielu potrzeb materialnych i psychologicznych bez pomocy innych, będących w tym otoczeniu". Dalej, pomagają bronić "prywatnej przestrzeni społecznej", demokratyzują życie w rodzinach (bo każdy ma swoją komórkę), itd. Z drugiej strony komórki wiążą nas, Geser proponuje metaforę smoczka, który "redukuje poczucie samotności i braku ochorony w dowolnym miejscu i czasie". Pisze też o komórce jako pępowinie, która "nadaje procesom społecznej emancypacji charakter stopniowy i mniej traumatyczny, gdyż pozwala rodzicom i dzieciom zachować stały kanał komunikacji w okresach przestrzennego oddalenia". Za chwilę okazuje się, że "przenikliwa rola społeczna", która wymaga stałej dostępności i możliwości kontaktu, jest typowa nie tylko dla matki, ale też dla menagera utrzymującego "patriarchalną rolę przywódczą" wobec podwładnych.
Pępowiny wiążą nas wszystkich, ze sobą i ze społeczeństwem. Przypomina mi się tekst o reporterach zagranicznych, w których przypadku ciągły, elektroniczny kontakt z centralą czasem uniemożliwia zagłębienie się w kulturę lokalną. I dzieci w wieku szkolnym, wśród których często normą jest ciągły kontakt smsowy - bez niego nie jesteś w grupie, nie jesteś na czasie, nie jesteś dobrym kolegą. Poczucie wspólnoty, kiedyś odczuwane, teraz musi być wyrażone wprost smsami i telefonami. Żyjemy w czasach, w których rozstanie się z partnerem może się łączyć ze zmianami w planie taryfowym: "już mnie nie kocha, zrzeygnowała z tańszych połączeń z moim numerem".
A o ludziach, którzy tak naprawdę nie są samodzielnymi aktorami, lecz raczej funkcją ludzkiego tłumu, Joseph Conrad napisał pod koniec XIX wieku tak, opisując bohaterów opowiadania "Outpost of Progress", dwóch pracowników kompanii handlowej w Afryce:
"Byli dwójką zupełnie nie znaczących i niezdolnych do niczego jednostek, których istnienie stawało się możliwe wyłącznie dzięki wyskoiemu stopniowi organizacji cywilizowanych tłumów. Niewielu ludzi jest w stanie zrozumieć w toku życia, że sedno ich charakteru, ich umiejętności i zuchwalstwa, są jedynie wyrazem wiary w bezpieczne otoczenie. Ich odwaga, opanowanie, pewność siebie; emocje i zasady; każda wielka jak i nieistotna myśl należą nie do jednostki, lecz do tłumu: tłumu, który ślepo wierzy w przemożną siłę swoich instytucji i zasad moralnych, we władzę swojej policji i w swoje opinie".
All is great guys, but I belive vortelucius is much better.
Podał|a: Kamurangous 22 listopada 2005 15:24



CZARNY LUD


