terminal.

kevin mitnick, superstar

Kevin Mitnick, ultrahaker przyjechał do Polski, by promować książkę "Sztuka podstępu", wydaną przez wydawnictwo Helion. Historia Mitnicka jest niezłą porcją internetowego folkloru i po raz kolejny ukazuje tak ciekawe w przypadku hakerów pomieszanie rzeczywistości z fikcją. Niby chodzi o serwery poważnych instytucji, numery kartkredytowych tysięcy ludzi, wielkie pieniądze i wielkie straty, a jednak, momentami, w świecie hakerów to jakby przestawało się liczyć i wszystko stawało się jedną wielką zabawą. Kolejny, dobry przykład pomieszania wirtualnego z rzeczywistym - pomieszania do którego trzeba się przyzwyczaić, bo nie jest całkowicie zgodny ze zdrowym rozsądkiem fakt, że mając do dyspozycji jedynie komputer można tyle nazbroić. I na tym też polega chyba mit hakera i fascynacja tymi postaciami w niektórych kręgach: hakerzy nie są najlepszym materiałem na superbohatera naszych czasów, na ikony popkultury - a chyba się nimi stają. Dużo więcej o hakerach (Mitnicku chyba też) można przeczytać w książce HACKER CRACKDOWN Bruce'a Sterlinga (w całościonline - hurra).
Tu chciałbym zwrócić na jeden mały aspekt historii Mitnicka: Mitnick siedział w więzieniu od połowy lat 90ych bez dostępu do komputer, a potem, po wyjściu, jeszcze przez trzy lata Mitnicka obowiązywał zakaz korzystania z Internetu. Mitnick, ultrahacker komputerowy, przeżył więc okres rozkwitu Internetu z dala od tej wielkiej sieci. Więc gdy na początku tego roku mógł wreszcie wejść online, obserwowano go trochę jak małpę w klatce.
Mnie osobiście niezbyt interesuje życie Mitnicka online, szczególnie że teraz jest doradcą do spraw cyber-bezpieczeństwa i udziela nudnawych wydziałów, w których wśród ulubionych stron wymienia bloga swej dziewczyny i witrynę swojej firmy....
Ale przypadek Mitnicka możemy potraktować jako punkt wyjścia dla dwóch wątków. Oczywiście, byłby punktem dużo lepszym, gdyby Mitnick został całkowicie odcięty od Internetu, był przez lata nieświadom rozwoju sieci, do dnia, gdy nagle zostałby posadzony przed klawiaturą, a na ekranie pojawił się obrazek-na-dzień-dobry przeglądarki Mozilla.
Pierwsza kwestia dotyczy uzależnienia. Z tego co rozumiem, zakaz używania komputerów i internetu był motywowany dwoma powodami: jednym było niebezpieczeństwo, jakie stanowi Mitnick wyposażony w klawiaturę (to, że po wyjściu z więzienia Mitnick nadal nie mógł używać internetu oznacza, że sąd skazał nie tylko człowieka - przez więzienie, ale też cyborga, jakim jest Mitnick+internet), a drugim było uzależnienie - od komputerów i ich sieci - na które podobno Mitnick cierpiał. Czy w takim razie Mitnick jest nie tylko najbardziej znanym hakerem, ale też sławnym przypadkiem nieudanego odwyku od Internetu, gdyż pacjent właśnie wrócił do nałogu? Do czego zmierzam, myślę że Mitnick jest dobrą okazją, by zrewidować pomysł uzależnienia od Internetu. Są oczywiście ludzie, którzy za dużo grają w gry online, są też przypadki chorobliwego tracenia czasu w uściskach sieci P2P, ale uzależnienia od internetu nie ma - nie ma ludzi uzależnionych ani od TCP/IP wraz z całą rodziną protokołów, ani od globalnej przestrzeni informacji, ani od przepływu bitów i danych. Internet jest tylko wehikułem, przenoszącym także różne rządze i emocje, np. emocję potęgi i łamania zabezpieczeń, z którą być może Mitnick miał kłopoty.
Druga sprawa właściwie też dotyczy "uzależnienia" oraz niewielkiego eksperymentu myślowego: co by było, gdybym to ja był|a Mitnickiem? Od pytania: ile bym wytrzymał|a bez internetu, lepsze jest pytanie, co jego brak zmieniłby w moim życiu? Odpowiedź pozwala ocenić siłę związku z globalnym cyborgiem, stopień, w jakim wplótł się już w nasze życie. I chyba nie ma sensu tego już nazywać uzależnieniem.
Kevin Mitnick jest wreszcie okazją, by przypomnieć sobie internet sprzed lat: podróże w czasie na szczęście bywają możliwe (choć wcale nie są oczywiste, bo zdolność sieci komputerowych do doskonałego przechowywania wszelkiej informacji równoważy równie silna tendencja do psucia się linków, znikania stron z powodu zaniedbań, przetasowań instytucjonalnych, itp. itd.)
W tym przypadku polecam przypomnieć sobie akcję Digital Hijack zorganizowaną przez korporację artystyczną ETOY. Cyfrowe porwania miały miejsce w 1996 roku, gdy Google jeszcze w ogóle nie istniał, popularność stron ustalano na podstawie słów kluczowych zawartych w ich treści, a nie popularności w ogólnej strukturze stron WWW, a czasy gdy wyszukiarkę można było przechytrzyć ciągiem "sex sex sex sex sex sex..." wklejonym w kod strony należały do naprawdę niedawnej przeszłości. Ogólnie rzecz biorąc, były to zupełnie inne czasy, 7 lat temu!
Żądanie uwolnienia Mitnicka zostało umieszczone na stronie porwania, ale wplecione w dłuższą wypowiedź, którą autorzy określili jako "KOLEJNY NIEJASNY PUNKT WIDZENIA NA NIEJASNY ŚWIAT". Ich przekaz był tylko lukrem - ciastem był bot, czyli program odpowiedzialny za porwania. Nazywał się Iliana i potrafił tworzyć strony pojawiające się wysoko wśród wyników wyszukiwania popularnych haseł, po czym zamiast przedstawić odpowiadającą zapytaniu treść, cyfrowo porywały internautę na stronę ETOY. Porwanie może dziwaczne, ale nie bardziej niż wszystkie wirtualne gwałty, o których sporo słychać. Co ciekawe, dzisiaj cyfrowe porwanie byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby było powszechnie znane - ponieważ Google tworzy rankingi biorąc pod uwagę popularności stron: setki, tysiące innych stron musiałyby pisać o porwaniu, linkować się z nim, dyskutować sprawę...
W 1996 roku ETOY stworzył system, który odsłaniał słabość ówczesnych wyszukiwarek. W międzyczasie Google poradził sobie z tym problemem, ale widać wyraźnie, że kosztem jeszcze większej koncentracji wyników - bowiem jeszcze trudniej jest się przebić na sam szczyt wyników rzeczom dziwnym i nietypowym, takim jak cyfrowe porwanie okraszone żądaniem uwolnienia Kevina Mitnicka.

Podał|a: Alek Tarkowski, 10.03.03 |
Komentarze
Dodaj komentarz
















witajcie, przyjaciele!

Terminal jest poświęcony monitorowaniu i socjologicznemu namysłowi nad zmianami, jakie powoduje rozwój nowych mediów.
Nowe komentarze wydarzeń i linków pojawiają się co tydzień.
! Na stronie o nas znajdziesz informację o autorach terminala.
ENGInformation about us and our terminal on the about us page - where else?.

planujemy iCommons Polska

Uczestniczymy w pracach przygotowawczych do stworzenia iCommons Polska, polskiej odnogi projektu Creative Commons.

tłumaczymy na polski Free Culture Lawrence'a Lessiga

Używamy Firefoksa i Thunderbirda.

Get Firefox!

archiwum
ostatnio dodane
najnowsze komentarze
linki
CZARNY LUD
to tłumaczenia tekstów, które w krótkich formach kryją głęboką refleksję o internecie i jego okolicach. Każdy tekst jest też dostępny jako gotowy do druku PDF. Nasze palce są czarne od tuszu drukarek.
!William Gibson: W KLESZCZACH DRA SATANA

!Bruce Sterling: CIEMNA STRONA WOLNOŚCI. ŻELAZNA PIĘŚĆ, NIEWIDZIALNA DŁOŃ, I WALKA O DUSZĘ OPEN SOURCE

movable type
Creative Commons License
Treść bloga dostępna na licencji
Creative Commons.